W "Maszynie do zabijania" Ritchson wciela się w kandydata do 75. Pułku Rangerów. W rekrutacji biorą udział tylko najlepsi, a o przyjęciu decyduje mordercze ośmiotygodniowe szkolenie. W jego czasie kandydaci tracą imiona i posługują się numerkami. Grany przez serialowego "Reachera" 81 bez problemu radzi sobie z wyzwaniami fizycznymi, ale nie potrafi otworzyć się na grupę. Wszystko przez traumatyczne doświadczenia z wojny w Afganistanie. Chociaż długi pierwszy akt obiecuje nam film treningowy fetyszyzujący kolejne zmagania kandydatów, wszystko zmienia się podczas ostatniej misji. Na polu szkolenia spada meteoryt. Wykluwa się z niego pozornie niezniszczalna maszyna i zaczyna zabijać wszystkich wokół. Trzeba ją albo pokonać, albo przed nią uciec. Ot cała historia.
"Maszyna do zabijania". Nie przywiązujcie się do bohaterów
Niby 81 towarzyszy spora grupa uczestników szkolenia, ale powiedzmy sobie szczerze: skoro największe nazwiska obsady (Esai Morales i Dennis Quaid) zostały w bazie, do pozostałych numerków nie powinniśmy się za bardzo przywiązywać. Pozostali żołnierze niczym się zresztą nie wyróżniają. To nie "Predator", w którym każdy członek oddziału Arnolda był "jakiś". Tutaj członkowie oddziału są masą i łatwo ich ze sobą pomylić. Ci bardziej wyróżniający otrzymują zaledwie jedną cechę. 15 wierzy w teorie spiskowe, 44 jest dziewczyną, a 23 ma gogle. Wiadomo, że liczy się tylko 81, który w czasie walki z kosmicznym zabójcą odzyska wiarę w siebie i pokona traumy przeszłości.
"Maszyna do zabijania". Alan Ritchson nie ratuje sytuacji
Reacher to syn Minotaura i czołgu. Nie da się go okiełznać lub zatrzymać. Co innego 81. Pierwszy akt zapewnia nas, że bohater nie jest niezniszczalny, a niektóre rany goją się wyjątkowo długo. Ritchson ma przez ten czas smutną minę, mówi niepewnym głosem i się nie uśmiecha. Jest to pisane dużymi literami i podkreślone sto razy, a przy okazji odziera odtwórcę głównej roli z jego charyzmy, która ratowała go w trudniejszych momentach "Reachera". Nie jest on najlepszym aktorem na świecie, a tekst ciągnie go w dół. Na szczęście, gdy pojawia się zagrożenie, bohater zaczyna działać i wtedy jego działania można śledzić bez zgrzytania zębami.
Niestety, "Maszyna do zabijania" jest jak jej drugi plan - niczym się nie wyróżnia. Wszystko jest utrzymane w szaro-burych barwach, projekt robota z kosmosu jest strasznie nijaki, podobnie jak inscenizacja kolejnych scen akcji. Za kamerą stanął Patrick Hughes, wyrobnik znany między innymi z serii "Bodyguard Zawodowiec", która trzymała się tylko dzięki grającym główne role Samuelowi L. Jacksonowi i Ryanowi Reynoldsowi. W "Maszynie..." mamy kilka popisówek, na przykład jedno długie ujęcie z wnętrza pędzącego pojazdu pancernego. Także finał nie należy do najgorszych. Szkoda, że poprzedza go półtorej godziny filmu zrobionego po linii najmniejszego oporu. Ogląda się to bez większego bólu, ale też bez jakiegokolwiek zaangażowania.
"Maszyna do zabijania". Filmowe puste kalorie
Pod koniec film zaczyna ocierać się o kuriozum, co nijak ma się do atmosfery reszty metrażu. A ta jest posępna i brutalna. Twórcy nie oszczędzają nam efektów gore, chociaż nie szokują one. Wypadają one, winszują konsekwencji, letnio. "Maszyna do zabijania" nie jest ani samoświadomą zrzynką z "Predatora" (chociaż fabuła właśnie tak brzmi), ani kinem patriotycznym w wersji turbo rodem z taśmy Michaela Baya. To kaseta wideo, która w wypożyczalni stała zakurzona na półce, bo niczym nie wyróżniała się spośród setek podobnych produkcji. Ten film jest pozbawionym entuzjazmu wzruszeniem ramion, tyle że odzianym w moro. Tylko Ritchsona szkoda.
3/10
"Maszyna do zabijania" (War Machine), reż. Patrick Hughes, Australia/Nowa Zelandia/USA/Wielka Brytania 2026, dystrybucja: Netflix, premiera na streamingu: 6 marca 2026 roku










