Głównym bohaterem jest Dawid (Tomasz Włosok), student, który po śmierci ojca otrzymuje w spadku jego piekarnię, a także - jak się okazuje w najgorszym możliwym momencie - spory dług, na którego spłatę ma pół roku. Wiedząc, że legalnie nie zarobi wymaganej sumy, postanawia iść za radą diabolicznego adwokata (Robert Jarociński) i zacząć handlować dopalaczami. Oczywiście zakłada, że po spłacie długu zerwie z tym procederem. Jednak im więcej zarabia, tym więcej chce, a moralne opory znikają bardzo szybko.
Historia, w którą trudno uwierzyć
Największym problemem "Króla dopalaczy" jest scenariusz, bazujący przecież na głośnej sprawie, którą swego czasu żyły wszystkie serwisy informacyjne. Jednak w przedstawioną historię oraz jej bohaterów trudno uwierzyć. Przemiana Dawida w bezwzględnego, zachłyśniętego bogactwem cynika oraz jego późniejsze odkupienie są życzeniowe. On przechodzi jednak jakąś drogę, w przeciwieństwie do pozostałych postaci, które wydają się pozbawionymi charakteru kalkami.
Weźmy Lewego (Łukasz Simlat w roli bohatera, którego grał już kilka razy, w dodatku w lepszych filmach), jedynego uczciwego policjanta, który poprzysięga sobie zamknąć biznes Dawida, a jego samego postawić przed sądem. Co poza tym o nim wiemy? Mało. Nie poznamy jego motywacji. Nie dowiemy się, dlaczego nie odpuszcza sprawy, mimo kolejnych porażek. W kilku scenach widzimy, jak chce zainteresować swoich przełożonych problemem dopalaczy, a ci go ignorują. A mimo to udaje mu się skompletować zespół i prowadzić kosztowne operacje. Jak udaje mu się pozyskać na nie fundusze i otrzymać zgodę z góry, skoro widzimy, że wszyscy mają go w głębokim poważaniu? Niestety, twórcy korzystają z najgorszego wytrychu fabularnego, nie tylko w wypadku Lewego. Rzeczy się dzieją, bo historia musi iść do przodu. I idzie, a czasem nawet pędzi. Rzadko wynika to jednak z działań bohaterów.
Podobny schemat widzimy, gdy Dawid rekrutuje Maestro (Rafał Maćkowiak), genialnego chemika, który zmajstruje mu pierwszą partię dopalaczy. Ten pracuje teraz jako dziennikarz, o jego przeszłości nie wie ani rodzina, ani obecny pracodawca. Kategorycznie mówi Dawidowi, że nie chce do tego wracać. Kilka razy. Jednak bohater Włosoka bardzo prosi, więc Maestro po którymś "nie" mówi "tak". Musiał, inaczej nie byłoby filmu. Zaznacza, że zrobił to tylko raz i nigdy więcej. A potem znowu "gotuje" dopalacze, bo fabuła musi się przecież jakoś kręcić.
Za dużo niedokończonych wątków
Mało to wiarygodne, ale w tym wypadku mamy przynajmniej jakąś ciągłość fabularną. Niestety, w większości wątków jej nie ma. Weźmy taką Cindy (Katarzyna Gałązka), młodą dziewczynę, która szybko staje się fanką produktów Dawida. Niestety, w pewnym momencie przedawkowuje. Bohater wiezie ją do szpitala, ale w drodze dostaje telefon, że zbliża się nalot policyjny i trzeba opróżnić magazyny. Zostawia więc półprzytomną Cindy na przystanku autobusowym. I koniec. Nie wiemy, co się z nią stało. Później dowiadujemy się, że mogła być córką prokuratora. Nic jednak z tego nie wynika. Dawid nie porzuca swojego procederu, bo widzi, jaki ma on niszczycielski wpływ na jego klientów. Domniemany ojciec-prokurator nie wspiera krucjaty Lewego, by pomścić krzywdę córki. Niby Cindy powraca w jednej scenie wizyjnej, ale tak naprawdę wszyscy o niej zapominają.
Podobnie ma się sytuacja z Paulą (Vanessa Aleksander), dziewczyną Dawida, która skrywa pewną tajemnicę. Czy działanie dziewczyny wpływa na cokolwiek? Nie, chociaż powinno. Także wątek przestępcy (Jan Frycz), od którego Dawid pożycza pieniądze na rozkręcenie biznesu, zostaje urwany. Gdy okazuje się, że pomysł młodzieńca jest dochodowy, gangster proponuje mu współpracę. Ten odmawia, tłumacząc, że kończy z tym. Oczywiście kłamie, a przestępca z jakiegoś powodu nie reaguje na konkurencję, która wyrosła mu pod samym nosem. Potem Dawid ubliża mu przy partnerach biznesowych. Mężczyzna zapowiada konsekwencje. I na zapowiedziach się kończy.
A w czasie seansu pytania tylko się mnożą. Jak to możliwe, że matka Dawida (Grażyna Szapołowska) nie wiedziała o długu swego męża? I jak bohaterowi udało się go przed nią ukryć? Dlaczego zamiast wszystko jej wyjaśnić, porzuca rodzinę? Kto uprzedził chłopaka, że policja szykuje nalot? Jak Pauli udało się ukryć podwójne życie, skoro niemal przez cały czas jest z Dawidem? Pytania się mnożą, odpowiedzi brak.
Zmarnowana obsada
Fabularne dziury i urwane wątki irytują, ale nie są jedyną bolączką "Króla dopalaczy". Narracji brakuje energii, a historia jest nieangażująca. Film zwyczajnie nudzi. Brakuje w nim ciekawego konfliktu. Niestety, chociaż na największego antagonistę Dawida jest kreowany Lewy, tak naprawdę nie wiemy, jak wielki ma on wpływ na kłopoty młodzieńca. Natomiast gwiazdorska obsada wydaje się zmarnowana. Poza wyżej wymienionymi na ekranie zobaczymy jeszcze Agnieszkę Grochowską, Janusza Chabiora, Marka Kalitę i Wiktorię Filus. Nikt, nieważne, jak wielką ma rolę, nie dostaje szansy, by zabłysnąć. Tyczy się to przede wszystkim Włosoka, jednego z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia, który nie wypada wiarygodnie ani jako przerażony chłopak z dobrego domu, ani jako król życia na pełnej. Jest przerysowany w obu wersjach, a w drugiej niemiłosiernie szarżuje.
Boli także sposób, w jaki twórcy ukazują swoich bohaterów. Nie można odmówić, że ukazują ich losy z pewną dozą sympatii. Dominuje jednak patrzenie z góry, podkreślanie przez prosty dydaktyzm i czarno-białą wizję rzeczywistości. Sprawia to, że widoczna na ekranie Polska sprzed 15 lat wypada fałszywie. Nie wierzy się w ani jedną postać, a także przedstawienie pokolenia ówczesnych młodych dorosłych. Dialogi młodych bohaterów zgrzytają najmocniej. Tak nie mówią dwudziestolatkowie. I wydaje mi się, że nigdy nie mówili.
Apel w szkole
"Król dopalaczy" nie sprawdza się ani jako moralitet, ani teledysk z życia na krawędzi. To kino reklamowane jako rodzima odpowiedź na amerykański hit sprzed 13 lat, a w rzeczywistości przypominające nasze filmy społeczne z przełomu wieków. Do udanej rozrywki brakuje tutaj lepiej poprowadzonej intrygi i ciekawych bohaterów. Do obrazu pokolenia i problemów początków drugiej dekady XXI wieku - zgłębienia przedstawionych tematów. A tak został niemal dwugodzinny, dłużący się film z tyleż słusznym, co prostym przesłaniem, że chciwość jest zła, a zakazane substancje są jeszcze gorsze. Szkoda, że wypada to, jak nieangażująca pogadanka w szkole. Niby wszyscy się zgadzamy, ale tak naprawdę odliczamy minuty do końca.
3/10
"Król dopalaczy", reż. Pat Howl, Polska 2026, dystrybucja: Monolith Films, premiera kinowa: 13 marca 2026 roku










