"Żyj za mnie": historia Arianne i Zahry
Pierwsze leczenie nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Krótka remisja kończy się przyjazdem karetki i fatalną prognozą od lekarza prowadzącego. Przed Arianne (Sophie Linder) ostatnie tygodnie, w najlepszym razie miesiące życia. Nic nie da się zrobić. Ale ona może jeszcze coś zdziałać. Dla swojej przyjaciółki Zahry (Maryam Akbari) - i to dużą rzecz!
Zahra przyjechała do Holandii z Afganistanu sześć lat wcześniej. Pod osłoną nocy uciekła przed prześladowaniami razem z rodziną. Zostawili za sobą wszystko, żeby zamieszkać w azylu. Gdy wydawało się, że odnaleźli spokój, własny dom, rząd Holandii uznał (akcja filmu rozgrywa się w 2004 roku), że mogą wracać do siebie. Nikt jednak nie śpieszy się po bilety do Kabulu.
Arianne wpada na szalony pomysł: jeżeli dla niej nie ma ratunku, to może jeszcze uratować Zahrę, przekazując jej swój "numer ewidencyjny", przypisywany każdemu obywatelowi Holandii. Niezbyt realne marzenie nastolatki przybiera szybko kształt petycji pod hasłem: "Nie płaczę, wymieniam" oraz uczniowskich protestów. Ari mobilizuje całą szkołę oraz zyskuje uwagę mediów.
Historia oparta na prawdziwych wydarzeniach
Jak dowiadujemy się z czołówki "Żyj dla mnie" historia Arianne i Zahry zainspirowana została autentycznymi wydarzeniami, aczkolwiek prawdziwe dziewczynki miały inne imiona: Maartje van Winkel (której pamięci film jest dedykowany) oraz Derakshan. Była to bez wątpienia poruszająca i głęboka przyjaźń. Jak wypada na ekranie?
Choroba nowotworowa i jej wymagania, skomplikowana sytuacja polityczna, kulturowa, adaptacja rodziny uchodźczej do warunków życia w nowym kraju - te toposy, które dzieje przyjaciółek otwierają, często goszczą na ekranie. Bywa że przynoszą dzieła wybitne, a przynajmniej bardzo komercyjnie udane (np. "Gwiazd naszych wina"). Film w reżyserii Marka de Cloe i ze scenariuszem Barbary Jurgens to jednak typowa, obyczajowa produkcja dla nastoletniego widza.
Na plan pierwszy przebija się więź dziewczynek, reszta jest tylko ledwie zarysowaną wydmuszką. Może bywa wzruszająco, ale raczej na poziomie ckliwego dramatu obyczajowego z telewizji, okraszonego najbardziej standardową i przewidywalną oprawą muzyczną, niż kina z jakimikolwiek większymi ambicjami. Narracja prowadzona jest spójnie i logicznie, wedle alfabetu kina stylu zerowego. Dziewczynki - aktorki - wypadają… sympatycznie. Nic więcej nie da się powiedzieć o stronie wizualnej.
"Żyj za mnie" to film ku pokrzepieniu serc
"Żyj za mnie" to po prostu film ku pokrzepieniu serc, pokazujący młodemu widzowi, że życie nie zawsze usłane jest płatkami róż, nie zawsze jest sprawiedliwe i najmłodsi też muszą mierzyć się z wielkimi wyzwaniami. Takie historie, nawet tak bezbarwnie opowiedziane, też są potrzebne. Mają swoją szlachetną misję do wypełnienia. Chociaż chciałoby się, żeby opowieść o nastolatce, która, umierając, poruszyła niebo i ziemię, aby pomóc przyjaciółce, miała większy rozmach i była bardziej oryginalnie przedstawiona.
4/10
"Żyj za mnie", reż. Mark de Cloe, Holandia 2025, dystrybutor: Kino - Bomba Film, premiera kinowa: 20 lutego 2026 roku.












