Joe Carnahan: amerykański mistrz kina akcji
Joe Carnahan to amerykański reżyser filmowy, scenarzysta i producent, którego znamy z takich filmów jak "As w rękawie", "Przetrwanie", "Poziom mistrza", "Drużyna A", "Pod ostrzałem" czy "Shadow Force". Jego najnowszy film "Łup" z gwiazdorską obsadą miał premierę 16 stycznia 2026 roku na Netfliksie. W rozmowie z Kingą Szarlej z Interii twórca opowiedział o swoich ulubionych scenach, zdradził, która nie znalazła się w ostatecznej wersji filmu i wyznał, co według niego przyciąga widzów, by ponownie obejrzeć ulubione filmy.
Kinga Szarlej: Jestem zachwycona "Łupem". Szczególnie sposobem, w jaki budujesz napięcie w scenach: zarówno tych dynamicznych, przepełnionych akcją, jak i tych spokojniejszych, opartych na dialogach. Zastanawiam się, czy znalezienie balansu między tymi dwoma rodzajami scen było dla ciebie wymagające?
Joe Carnahan: - Myślę, że kluczem był naprawdę mocny scenariusz. Kiedy zrozumiesz emocjonalny ton tej historii, jej rytm i potrafisz się z nią połączyć, wtedy reszta polega już na obsadzeniu filmu świetnymi aktorami. A my mieliśmy niesamowicie silną obsadę i wspaniałą grupę aktorów, więc wszystko poszło łatwiej, niż mogłoby się wydawać. To po prostu nie było aż tak trudne, bo wszyscy byli przygotowani, rozumieli tekst, ale też podtekst. Uwielbiam kręcić sceny akcji, uważam je za fantastyczne i myślę, że całkiem nieźle mi to wychodzi. Ale te mniejsze momenty… powiedziałbym, że jedną z moich ulubionych scen w filmie jest ta, gdy Catalina i Teyana są w garażu i jedna z nich opowiada o tym, co te pieniądze by dla niej zrobiły. Widać tam tak wiele: w jej oczach, w jej twarzy… To są rzeczy absolutnie kluczowe. Mam poczucie, że ten film naprawdę żyje i oddycha właśnie dzięki takim scenom, zamiast być tylko prostym policyjnym thrillerem.

Czy jako reżyser i scenarzysta tej produkcji musiałeś z czegoś zrezygnować, przenosząc scenariusz na ekran? Czy były sceny, które wyglądały świetnie na papierze, ale już niekoniecznie w realizacji?
- Jasne! Mieliśmy scenę, w której sam występowałem. Był tam taki rytuał "ochrzczenia" nowego rekruta w zespole TNT. Kiedyś robili tak, że wkładali jakieś nielegalne substancje do plecaka i mu o tym nie mówili. Kazali mu ten plecak nosić, a potem musiał uciekać przed policyjnym psem tropiącym. Nakręciliśmy scenę ze mną i Chrisem Cassiano, na którym luźno jest wzorowana postać Matta Damona. Scena była zabawna, ale… po prostu nie działała. Spowalniała film, a to zdarza się bardzo często. Jest takie powiedzenie: "kill your babies" - musisz zabijać swoje ukochane pomysły. Często jest tak, że sceny, które wydają ci się sercem i duszą filmu, ostatecznie wypadają, a jakieś drobne, pozornie nieistotne momenty nagle się nimi stają. To fascynujące, jak te dynamiki się przesuwają w trakcie montażu. Ale tak - to była jedna z tych scen, przy których powiedziałem: nie potrzebujemy jej. I uwierz mi, boli wycinanie samego siebie z własnego filmu, ale… trzeba ponosić takie ofiary.
Szkoda, bo naprawdę chciałabym to zobaczyć.
- Wiesz co? Pogadam z Netfliksem. Chciałbym wrzucić tę scenę tak po prostu, dla zabawy. To w końcu scena usunięta, czemu nie? Myślę, że się zgodzą. Poza tym nie wypadam w niej tragicznie, więc raczej nie będą mieli nic przeciwko.
Mógłbyś opowiedzieć o scenie, którą najbardziej lubiłeś kręcić, a która znalazła się w ostatecznej wersji filmu?
- Wspominałem już o scenie z Cataliną i Teyaną, ale jest ich naprawdę sporo. Bardzo lubię ten pierwszy moment, kiedy Steve, Catalina i Teyana wchodzą do środka, zaraz po tym, jak zdają sobie sprawę, że… no wiesz. Scena z Mattem i Benem, która jest tuż przed tym, kiedy naprawdę ostro się ze sobą ścierają - to czysta magia. A potem przechodzimy do garażu i zaczynasz widzieć układ tego miejsca, relacje między bohaterami: Steve martwi się, co właściwie robią, zaczynają się kłócić o procedury, o to, co wynika z ich obowiązków służbowych. Uwielbiam takie rzeczy. I co najlepsze - ta sekwencja trafiła na ekran dokładnie taka, jak była napisana. To zawsze jest wspaniałe uczucie. Po prostu perfekcyjnie to zagrali.
Co twoim zdaniem sprawi, że widzowie będą wracać do tego filmu i oglądać go ponownie w przyszłości?
- Myślę, że kiedy obejrzysz film ponownie, zaczniesz dostrzegać rzeczy, które wcześniej mogły umknąć. Są tam drobne sygnały, wskazówki rozsiane po całej historii, które sugerują pewne rozwiązania. I to zawsze daje frajdę, bo nagle mówisz: "Chwila, czemu ja tego wcześniej nie zauważyłem?". Uważam, że ten film ma bardzo wysoki potencjał do obejrzenia go ponownie i to jest świetne. Każdy twórca marzy o tym, żeby widz po seansie pomyślał: "Muszę to zobaczyć jeszcze raz". Bo kiedy już znasz zakończenie, zaczynasz analizować całą konstrukcję: szukasz pułapki, widzisz, gdzie była zastawiona i gdzie zadziałała. I to jest po prostu dobra zabawa.

"Łup" to nowa perełka Netfliksa
Gdy policjanci z Miami jadą na rutynową akcję konfiskaty nielegalnych pieniędzy, szybko odkrywają, że stawka jest znacznie wyższa, niż się spodziewali. Od tego momentu nieufność w grupie narasta, a gdy o ukrytych milionach dowiadują się osoby z zewnątrz, już nikt nie ma pewności, kto jest po czyjej stronie.
W głównych rolach oglądamy zgrany duet Matta Damona i Bena Afflecka. Towarzyszy im równie gwiazdorska obsada drugoplanowa, w tym Steven Yeun, Teyana Taylor, Catalina Sandino Moreno, Kyle Chandler czy Sasha Calle.
Przeczytaj naszą recenzję filmu "Łup"!
Zobacz też: Narcyz i megaloman? Aktorski popis hollywoodzkiego gwiazdora. Będą Oscary!










