"Wielki Marty": narcyz, manipulator, megaloman? Aktorski popis Chalameta
Amerykański aktor wciela się w postać Marty'ego Mausera, utalentowanego pingpongisty, który marzy o wyjeździe na mistrzostwa świata do Tokio. Chce udowodnić swoją dominację w tym sporcie, ale przede wszystkim wziąć rewanż na zawodniku z Japonii, który upokorzył go w jednym z poprzednich turniejów, stając się tym samym bohaterem w swojej ojczyźnie. Marty z kolei jest definicją antybohatera. Narcyz, manipulator, megaloman, ktoś, kto nie cofnie się przed niczym, byle tylko było tak, jak uroił sobie w głowie. Jednak w jakiś dziwny sposób kibicujemy mu w tej wciągającej awanturniczej historii.
Dzieje się tak w równej mierze za sprawą świetnego scenariusza autorstwa Josha Safdiego oraz Ronalda Bronsteina, jak i samego Chalameta. To kolejny aktorski popis tego najgorętszego obecnie hollywoodzkiego nazwiska i dowód jego artystycznej wszechstronności. Gdybym miał jednak wybrać, do jakich ról stworzony został Chalamet, to powiedziałbym, że właśnie do takich, jak w "Wielkim Martym". A zatem bohatera będącego w ciągłym ruchu, charyzmatycznego ekscentryka, który przyciąga kłopoty, ale za każdym razem w jakiś pokrętny sposób udaje mu się z nich wykaraskać. A wszystko to w anturażu zadymionego, jazzowego Nowego Jorku lat 50., przedstawionego tutaj z dużą dbałością o szczegół.

Energia, szybkie tempo, dynamiczny montaż i świetna, eklektyczna ścieżka dźwiękowa
"Wielki Marty" jest samodzielnym reżyserskim debiutem Josha Safdie, połowy artystycznego i rodzinnego duetu, znanego w branży od dobrej dekady jako bracia Safdie. O tym, że praca na własny rachunek wcale nie musi być dobrym pomysłem przekonali się nie tak dawno bracia Coen. Na szczęście w przypadku ich młodszych kolegów sytuacja ma się zgoła inaczej. Przed kilkoma miesiącami Benny Safdie zadebiutował filmem "Smashing Machine" z Dwayne'em Johnsonem w roli głównej. Co ciekawe, zarówno Benny, jak i Josh zbudowali swoje historie wokół sportowych dyscyplin, będących punktem wyjścia dla opowieści o chorej ambicji, nieumiejętności poradzenia sobie z porażką, presji czy potrzebie udowodnienia swojej wartości.
"Wielki Marty" jest w moim odczuciu dużo bardziej "naładowany" treścią i działa na wielu poziomach. Niektórzy, w tym ja, będą to postrzegali jako siłę filmu Josha Safdie, inni z kolei mogą widzieć w tym przesadę, co wpłynie zapewne na doświadczenie odbiorcze. Tym, co imponuje mi w filmach obu braci, ale zwłaszcza w "Wielkim Martym", jest fakt, że nie zrezygnowali oni z obranej wcześniej ścieżki, którą znamy z "Good Time", a przede wszystkim ze znakomitych "Nieoszlifowanych diamentów". Energia, szybkie tempo, dynamiczny montaż i świetna, eklektyczna ścieżka dźwiękowa, w której jest miejsce zarówno na klasyk Alphaville "Forever Young", jak i bardziej agresywną elektronikę. "Wielki Marty" to potężna, energetyczna bomba.
9/10
"Wielki Marty" (Marty Supreme), reż. Josh Safdie, USA 2026, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 30 stycznia 2026 roku.










