Skomponował muzykę do kilkudziesięciu kultowych polskich produkcji takich, jak "Nigdy w życiu!", "Tylko mnie kochaj", "Dlaczego nie!", "Nie kłam kochanie", "Och, Karol 2", "Gierek", "Wkręceni 2", "Kryminalni", "To nie tak jak myślisz kotku", "Sługi wojny", "O psie, który jeździł koleją 2". Jego talent został zauważony również w USA.
Maciej Zieliński, który za sprawą filmu "Chcę więcej" po raz pierwszy w karierze miał okazję stworzyć w pełni elektroniczną ścieżkę dźwiękową, opowiedział w rozmowie z Mary Kosiarz zarówno o swojej najnowszej produkcji, jak i zagranicznych sukcesach i początkach przygody z muzyką.
Mary Kosiarz, Interia Film: Kiedy słyszysz, że muzyka filmowa jest osobnym bohaterem opowieści, co to dla ciebie znaczy?
Maciej Zieliński: - Zdarza się tak, że muzyka prowadzi w filmie czytelną narrację, która jest pierwszoplanowa albo bliska pierwszego planu, ale dzieje się tak stosunkowo rzadko. W filmie "Chcę więcej" reżyser bardzo stawiał na muzykę i chciał, żeby to właśnie ona była pierwszoplanowa. Były sceny, w których efekt był bardzo mocny, ale po kilku rozmowach w 100% zaufałem tej wizji. Damian Matyasik [reżyser, red.] ma bardzo jasną wizję, wie czego chce, podejmuje szybkie, konkretne decyzje. Właśnie to powodowało, że tym łatwiej zaakceptowałem jego podejście.
Wasza współpraca to ciekawe zderzenie debiutanta, którego dotychczas fascynował krótki metraż, z doświadczonym muzykiem z wieloma kultowymi tytułami na koncie. Co sprawiło, że zdecydowałeś się na ten krok?
- Na początku oczywiście podchodziłem do tej współpracy ostrożnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, czy przyjmę tę propozycję. Później dostałem pierwszą wersję scenariusza, która była naprawdę dobra. Rozmowy z Damianem były świetne, złapaliśmy dobry kontakt, a w pracy artystycznej to jest niesłychanie ważne, żeby artyści mówili podobnym językiem. Wszystko od razu zadziałało tajemniczo dobrze. Damian zadzwonił do mnie po zdjęciach i powiedział, że siada do montażu. Spytałem go, z kim montuje, a on na to: "No ja sam będę montował!". To jest w branży duży znak zapytania, jeśli twórca wyreżyserował, napisał scenariusz, a teraz samodzielnie zaczyna jeszcze montować. Brzmi to ryzykownie. Ale uspokoiłem się, kiedy dostałem od niego pierwszą wersję montażową i była naprawdę niezła. Pomyślałem sobie: porywa się trochę z motyką na słońce, ale ma duży talent. To wszystko robiło duże wrażenie. Wiedziałem, że chcę w tym projekcie uczestniczyć, dołożyć się do jego filmu moją muzyką tak, żeby finalny efekt był możliwie jak najlepszy.
To też pierwszy raz w twojej karierze, kiedy miałeś okazję skomponować muzykę w pełni elektroniczną, głębszą, mroczniejszą. To niespodziewane wyzwanie czy marzenie, które już od jakiegoś czasu w tobie kiełkowało?
- Raczej to drugie. Instrumentarium elektronicznego używam od wielu lat. Dotychczas nie miałem w filmie takiej możliwości, żeby robić to pierwszoplanowo. Zwykle był to dodatek do instrumentów akustycznych, czyli było to podejście hybrydowe łączące elektronikę z brzmieniami akustycznymi. Teraz Damian chciał użyć w pełni elektronicznej ścieżki dźwiękowej i to w taki sposób, żeby ta muzyka była rzeczywiście bardzo istotna dla narracji filmowej. Podobną stylistycznie muzykę zrobiłem do filmu "Cold Wallet" w reż. Cutter'a Hodierne'a w Stanach, ale w Polsce akurat nie trafił do mnie taki projekt. Ta współpraca to było naprawdę świetne przeżycie. Co prawda czułem się trochę dziwnie pracując od początku do końca sam. Zwykle mam nagrania z muzykami wykonującymi moją muzykę. To duże przedsięwzięcia angażujące sporą grupę współpracowników, a tutaj wszystko powstało tylko z moim udziałem.
- Każdy muzyk wnosi coś do moich ścieżek. Ich talenty podnoszą to, co ja skomponuję na wyższy poziom. Zawsze jest to niesłychanie ciekawy i satysfakcjonujący proces. Zastanawiałem się nad zaproszeniem muzyków także do tego projektu, ale z wielu różnych względów ten pomysł finalnie nie zadziałał.
Ale to pokazuje też twoją ogromną wszechstronność jako kompozytora. Zajmujesz się zarówno muzyką filmową, jak i rozrywkową, ważną rolę pełni w twojej karierze też muzyka poważna. Z czego wynika ta różnorodność?
- Kiedyś użyłem takiego sformułowania, że jestem "zachłanny zawodowo" i to chyba najlepiej tłumaczy moje działania. Wynika to też z doświadczeń, jakie wyniosłem z dzieciństwa. Mój ojciec był perkusistą jazzowym, grał ze wspaniałymi muzykami, z Komedą, Namysłowskim, Urbaniakiem, nagrywał muzykę do wczesnych filmów Polańskiego. W naszym domu odbywały się czasem próby, więc dorastałem otoczony muzyką jazzową, rozrywkową. Później w szkole muzycznej do moich zainteresowań dołączyła też muzyka poważna i już od szkoły podstawowej kręciła mnie też elektronika. Budowałem wtedy nawet własny syntezator. Mnóstwo rzeczy mnie wtedy interesowało. Potem już na studiach rozwijałem karierę kompozytora muzyki współczesnej, wygrywałem konkursy, występowałem na różnych festiwalach, ale komponowałem też muzykę rozrywkową, piosenki. Taka różnorodność daje mi do dzisiaj dużo satysfakcji twórczej. Jedynym problemem jest brak czasu, bo doba ma tylko 24 godziny i taka wielowątkowość wymaga to ode mnie pracy w ekspresowym tempie.
Dorastając w tak hermetycznym środowisku, na młodym człowieku ciąży czasem presja podążania w jakimś konkretnym kierunku. Z tego co mówisz, muzyka wsiąknęła w ciebie dość naturalnie, ale czy odczułeś kiedyś, że bliscy wymagają od ciebie kariery w tej branży?
- Na pewno nie czułem żadnej presji, że muszę podążać w stronę muzyki. Na bardzo wczesnym etapie życia zacząłem podejmować samodzielne decyzje. Szybko przejąłem od rodziców funkcję osoby, która zarabia pieniądze i pomaga w utrzymaniu domu. Nikt nie mówił mi, że muszę zostać muzykiem, bo mój tata nim był. Szedłem w tą stronę w sposób naturalny. Mój pierwszy komputer kupiłem będąc nastolatkiem dzięki temu, że odwiedziłem wujka w USA i zarobiłem tam trochę pieniędzy, m.in. malując płot. Brzmi to trochę kombatancko, ale były to zazwyczaj zabawne sytuacje i dzięki temu krok po kroku kompletowałem mój warsztat pracy i było mi coraz łatwiej rozpocząć karierę.

Można w takim razie powiedzieć, że krok po kroku doszedłeś do swojego "american dream". Od pewnego czasu realizowałeś w Stanach także muzyczne projekty. Jako początkujący muzyk miałeś okazję współpracować z mistrzowskimi kompozytorami, choćby z Janem A.P. Kaczmarkiem. Jakie lekcje wyniosłeś z tego okresu?
- Na początku studiów w Warszawskiej Akademii Muzycznej współpracowałem z Janem i ze Staszkiem Syrewiczem. Obaj robili wtedy karierę zagraniczną, ale bardzo często nagrywali w Polsce. Dzięki temu mogłem asystować im i podglądać profesjonalne sesje nagraniowe, obserwować co działa, a co nie. Mogłem zbierać doświadczenia nie na własnej skórze, tylko obserwując trochę z boku. To było bezcenne, ponieważ nagranie muzyki filmowej przypomina trochę akcję specjalną. Jest na to konkretny budżet, zakontraktowany czas sesji z orkiestrą w studiu. Każdy błąd powoduje, że na sesji nagraniowej jest opóźnienie, które może zaważyć na ilości nagranego materiału i jego jakości. Podobnie jak na planie filmowym - wszystko musi działać idealnie, bo inaczej pojawiają się rujnujące wszystko opóźnienia. Uczyłem się więc technik opanowania tej skomplikowanej materii. Przyjaźń z Janem i Staszkiem była i jest dla mnie bardzo ważna. Ze Staszkiem do dziś utrzymujemy przyjacielski kontakt, z Janem niestety już nie. Kiedy dowiedziałem się od niego o jego chorobie, z którą nie mógł wygrać, było to szokujące. Ale tak czy inaczej zawsze mam w pamięci te fajne początki i wyjątkowe wspomnienia.
Opowiesz nieco szerzej o tym, jak dokładnie wygląda, ile czasu i poświęcenia wymaga najpierw sama kompozycja, a później ten nagraniowy "plac boju"?
- Jest różnie, bo często zależy to od tego, ile dni mamy do premiery (śmiech). Pamiętam takie skrajne przypadki, jak podczas prac nad filmem "Nigdy w życiu!" w reż. Ryszarda Zatorskiego. 40 minut muzyki musiałem napisać w dwa tygodnie. Proces wyboru kompozytora był wtedy bardzo długi, a ostateczna decyzja zapadła dzień przed Wigilią. To była bardzo szybka praca, ale pełna dobrej energii. Nie wiedziałem wtedy, że ten film będzie tak popularny i zostanie w umysłach odbiorców na tak długo. Niedawno podczas wywiadu usłyszałem, że kiedy "Nigdy w życiu!" jest emitowane w telewizji, ludzie się skrzykują na Facebook'u i organizują nawet wspólne seanse.
Niektórzy od czasów "Nigdy w życiu!" zaczęli liczyć sceny w polskich filmach, które dzieją się na moście Świętokrzyskim.
- O tym też nie wiedziałem! (śmiech). Pamiętam kilka takich nietypowych sytuacji w mojej karierze. Jedną z nich był zlot fanów serialu "Kryminalni" w warszawskiej Kinotece. Zupełnie się nie spodziewałem, że będzie tam taki tłum fanatycznych wielbicieli tego serialu. Siedzieliśmy wspólnie z obsadą przy stole, a fanów się zrobiło w pewnym momencie tak dużo, że zaczęli na nas napierać. Musieliśmy stamtąd uciekać tylnymi drzwiami (śmiech). Pierwszy raz byłem w sytuacji tak fanatycznego zainteresowania. Oczywiście było to bardzo miłe, ale z drugiej strony niepokojące. Wtedy nie było jeszcze nawet wydanej płyty z muzyką, a pamiętam, że ktoś podszedł do mnie z własnymi płytami - nadal nie wiem, skąd miał muzykę - i poprosił o podpis. Nie wiedziałem, co z tym zrobić, ale w końcu podpisałem (śmiech).

To musiał być wyraźny sygnał, jak bardzo twoja sztuka oddziałuje na publiczność, nawet jeśli ludzie mają do niej tak ograniczony dostęp.
- Lubię, kiedy to, co robię daje ludziom emocje, przyjemność, działa angażująco. Na tym mi zależy. Piszę muzykę filmową trochę dla siebie, dla dobra filmu, ale końcowym odbiorcą zawsze jest widz, ze swoimi odczuciami i emocjami. Ważne dla mnie jest skomunikowanie się z nim.
Produkcje polskie to jedno, ale przez pewien czas robiłeś też muzykę do niezależnych filmów amerykańskich. Z tego co wiem, pracowałeś w studiu, w którym powstawała ścieżka dźwiękowa do takich klasyków, jak "Gwiezdne wojny" czy "Indiana Jones".
- Dostałem telefon od producenta amerykańsko-argentyńskiego filmu "Initials S.G." w reż. Rani Attieh i Daniela Garcii, który debiutował na Tribeca Film Festival. Zapytał mnie, czy mam czas, żeby przyjechać na zgranie. Wspomniał o Skywalker Sound i mnie zatkało. Nasz film nie miał jakiegoś olbrzymiego budżetu, dlatego myślałem, że się przesłyszałem. Okazało się, że studio ma czasem przestrzeń nie tylko na to, żeby robić gigantyczne produkcje, ale też mniejsze filmy, które im się podobają. Zaowocowało to dla mnie kilkudniowym pobytem w Skywalker Sound, a praca tam była naprawdę olbrzymim przeżyciem. Cały kompleks znajduje się na terenie odciętym od świata. W środku świetni fachowcy, sprzęt najwyższej klasy, a na zewnątrz pagórki i uprawa winogron. Nigdy nie mogłem się tym szczególnie pochwalić, bo nie wolno tam robić żadnych zdjęć. Ci, którzy tam byli i te zdjęcia opublikowali, już nie mają tam wstępu. Ostre zasady, a ja jednak chciałbym tam kiedyś wrócić (śmiech).
Twoje doświadczenia w Polsce i za granicą ukształtowały w tobie muzyczny kierunek określany jako postmodernizm emocjonalny. Jak ty to rozumiesz?
- To określenie zostało użyte w stosunku do mojej muzyki współczesnej. Myślę, że przede wszystkim chodzi tutaj o emocje obecne w moich utworach. Czy to jest muzyka współczesna, czasem awangardowa, niełatwa, czy też lżejsze formy, ta emocjonalność zawsze jest dla mnie ważna. Postmodernizm to jest oczywiście pewien worek stylistyczny, do którego w dzisiejszych czasach możemy różne rzeczy wrzucić. Ja w swoich utworach przetwarzam trochę przeszłość, choćby muzykę baroku. W ostatnim czasie miałem też okazję skomponować utwór "The Whooper" dla kwartetu saksofonowego "The Whoop Group" i trio jazzowego, w którym łączę muzykę współczesną, funk i jazz. Utwór jest tak napisany jakby DJ miksował różne style muzyczne, włączał sample, zwalniał, przyspieszał, etc. Dodam, że to wszystko muzycy wykonują "na żywo" bez żadnego sprzętu. Postmodernizm, to łączenie różnych elementów w nieoczywisty, oryginalny sposób, a ja staram się znaleźć własny klucz do takich zabiegów. Zawsze staram się szukać jakiejś oryginalności i czasem są to większe, a innym razem niewielkie zdobycze.
A chciałbyś w najbliższym czasie znowu popracować nad w pełni elektroniczną ścieżką dźwiękową?
- Ścieżka do "Chcę więcej" sprawiła mi ogromną przyjemność. To było bardzo odświeżające i trochę żałowałem, kiedy skończyliśmy nad nią pracować. Na pewno chciałbym w tym kierunku dalej tworzyć. W przypadku elektroniki często samo komponowanie jest dużo łatwiejsze niż praca nad brzmieniem, która zajmuje większość czasu. Jest to dość wymagający proces, ale dający dużo satysfakcji. Efektem naszej pracy z Damianem jest nie tylko film, ale także płyta ze ścieżką dźwiękową, dystrybuowana przez Universal Music, której można już posłuchać w serwisach streamingowych.
A co twoim zdaniem jest najważniejszym przesłaniem, zarówno samego filmu, jak i twojej ścieżki dźwiękowej?
- Ścieżka dźwiękowa jest integralną częścią niemal każdego filmu i jej przesłanie zależy od obrazu, do którego powstała. Film "Chcę więcej" mówi o tym, że każdy wybór ma swoje konsekwencje i że niepowstrzymana chęć do bogacenia się i przekraczania granic może doprowadzić do utraty tego co najważniejsze. Muzyka idzie za tym przesłaniem. Pracowaliśmy nad tym, żeby maksymalnie wzmocnić emocje i pokazać przemianę głównego bohatera, konsekwencje jego decyzji. W pewnym momencie filmu naszych bohaterów wciąga ciemna strona, wtedy muzyka podkreśla to bardzo mocno. Mam nadzieję, że film trafi do serc oglądających. Jest skierowany głównie do młodszego pokolenia, ale myślę, że starsze generacje też znajdą w nim wiele istotnych dla siebie treści. Mamy tu do czynienia z takim współczesnym motywem ze "Zbrodni i kary", czymś bardzo uniwersalnym z punktu widzenia moralności, etyki, zwykłej ludzkiej słabości. Choćby z tego powodu warto ten film zobaczyć.













