Karolina Bruchnicka jest absolwentką Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Rola Wiktorii w "Córce trenera" (2018) Łukasza Grzegorzka sprawiła, że zaczęła mówić o niej cała Polska. Za ten występ otrzymała nagrodę MasterCard Rising Star, którą wręczono podczas 12. edycji Mastercard OFF CAMERA w Krakowie. W kolejnych latach wystąpiła między innymi w nagrodzonych Złotymi Lwami "Wszystkich naszych strachach" Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta, "Delegacji" Asafa Sabana czy "Supersiostrach" Macieja Barczewskiego.
W 2022 roku zachwyciła publiczność kreacją w serialu Canal+ "Minuta ciszy", w którym wystąpiła u boku Roberta Więckiewicza i Piotra Roguckiego. Po trzech latach popularna produkcja w reżyserii Jacka Lusińskiego powróciła z wyczekiwanym drugim sezonem. W wywiadzie dla Interii aktorka opowiedziała o kulisach nowych odcinków oraz wyzwaniach na planie. Zdradziła również, jakie ma plany na przyszłość oraz opowiedziała o produkcjach, które mają dla niej szczególne znaczenie.
Karolina Bruchnicka o serialu "Minuta ciszy": "Każdy, niezależnie od roli, był istotną częścią całej układanki"
Paulina Gandor, Interia: Od naszej ostatniej rozmowy minęło kilka miesięcy. Widziałyśmy się w maju podczas festiwalu Mastercard OFF Camera, rozmawiałyśmy o twojej przygodzie z jogą i jestem ciekawa, jak sytuacja wygląda u ciebie teraz. Po wpisach na Instagramie widać, że dużo się dzieje.
Karolina Bruchnicka: - Myślę, że dobrze to podsumowałaś. Zawsze wspominam, że ruch, sport to dla mnie bardzo ważny aspekt życia. To bardzo mi pomaga. Dużo się dzieje i w zawodzie, i w głowie, a aktywność pozwala mi wrócić do normy.
- W lutym tego roku poczułam, że mam ochotę na samotną podróż i pojawiła mi się na końcu głowy joga, chociaż przyznam szczerze, że nie zawsze było mi z nią po drodze. Zawsze uważałam, że ruch musi być intensywny, musi się dużo dziać. Joga natomiast zawsze była dla mnie trudna, bo to było właśnie takie spotkanie ze sobą, poszukiwanie wewnętrznej i zewnętrznej równowagi. Myślałam, że to nuda, ale teraz wydaje mi się, że to była tylko taka wymówka, bo po prostu okazało się to dla mnie trudne.
- Bardzo więc chciałam się z tym zmierzyć i zrobiłam kurs instruktorski, żeby się jej dobrze nauczyć i pokonać tę wewnętrzną barierę. Początkowo nie myślałam o nauczaniu, ale po powrocie znajomi się odzywali, żebym poprowadziła dla nich lekcje i odkryłam w tym dużą przyjemność. Widzę, że mogę przez to poprawić komuś nastrój i to jest coś, do czego mnie teraz najbardziej ciągnie. Czuję sprawczość - jest działanie i efekt. Z aktorstwem jest podobnie, ale czasem długo trzeba czekać na reakcje drugiej osoby, a tu dzieje się to od razu.
- Zawsze po praktyce zachęcam, żeby podejść, jeśli ktoś ma ochotę zadać jakieś pytanie, podzielić się refleksją czy po prostu porozmawiać. Jeśli czas i życie pozwolą, to bardzo chętnie podejdę do drugiego etapu tego kursu nauczycielskiego. Lubię takie wyzwania.
Trzymam kciuki, żeby się udało, choć domyślam się, że przed tobą wiele innych interesujących projektów. W końcu 2 września odbyła się uroczysta premiera drugiego sezonu “Minuty ciszy", serialu bardzo wyczekiwanego przez Polaków. Podczas panelu przed pokazem odcinków poruszono temat trzeciego sezonu. Widzisz w tej historii potencjał na kontynuację?
- Oczywiście, że tak! Nie zdradzając oczywiście fabuły czy szczegółów, moim zdaniem ta historia ma wiele wątków, które mogłyby stanowić nowy początek. Podobnie było po pierwszym sezonie. Jest tu oczywiście zakończenie, widz nie zostaje ze swoimi domysłami, ale przy takiej ilości wątków i postaci zawsze znalazłoby się coś, co można jeszcze rozwinąć. W tym końcu jest zdecydowanie potencjał na nowy początek.
Wydarzenia w nowych odcinkach ewidentnie jeszcze bardziej zbliżyły bohaterów do siebie, ale też pozwoliły widzom na głębsze spojrzenie na ich psychikę, problemy. Zakończenie rzeczywiście dało satysfakcję, ale zdążyliśmy się jeszcze bardziej związać z granymi przez was postaciami i z pewnością będą domysły, jak dalej może wyglądać ich życie. Zwróciłaś jednak uwagę na ilość wątków, postaci i rzeczywiście, jest ich o wiele więcej. Drugoplanowi bohaterowie mają też realny wpływ na fabułę. Czy jednak nie mieliście żadnych obaw, że po otwarciu tylu nowych furtek pojawi się pewien przesyt lub zamieszanie?
- Myślę, że mogę tu mówić za wszystkie osoby, które pracowały przy serialu - my zaufaliśmy Jackowi Lusińskiemu w stu procentach. On tak sobie ten świat wykreował i poukładał, że tam naprawdę wszystko było jasne. A nawet jeśli miałam jakieś wątpliwości, to zawsze dostawałam jasną, rzeczową odpowiedź. Często jest też tak, że rzeczy, których pierwotnie nie widać w scenariuszu, później są czytelne, gdy widzi się je już na ekranie. Tak więc obaw absolutnie nie było.
- Co więcej, każdy członek ekipy, z każdego pionu był tak samo ważny - czy był przez wszystkie dni na planie, czy tylko przez jeden. Przed każdym dniem zdjęciowym spotykaliśmy się też z Jackiem i rozmawialiśmy o tym, co się będzie dziś działo. Każdy, niezależnie od roli, był istotną częścią całej układanki.
Po nowych odcinkach mam też wrażenie, że zmieniły się nieco akcenty stawiane na bohaterów. Kasia, grana przez ciebie bohaterka, zyskała jeszcze większą niezależność. Mogliśmy też lepiej poznać ją od tej emocjonalnej strony. Jak się czułaś podczas powrotu do tej roli i czy coś w pracy nad drugim sezonem okazało się dla ciebie wyzwaniem?
- Przede wszystkim cieszę się, że jest świat się bardzo poszerzył. Nie była już tą samą dziewczyną, która wszystkim we wszystkim pomaga, gasi pożary i zawsze jest dla innych, a nie ma wystarczająco dużo czasu i przestrzeni dla siebie.
- Z drugiej strony nie było to łatwe zadanie. Po pierwszym sezonie osadziłam się w tej historii, przychodziło mi z łatwością zagranie silnej bohaterki, która nie boi się krzyknąć czy rzucić ironicznej odpowiedzi. To w jakiś sposób tę bohaterkę zdefiniowało, ale teraz Jacek powierzył mi nowe zadanie. Musiałam odejść od tego, co do tej pory znałam i skupić się na jej wrażliwej stronie, czułych punktach i słabościach, które do tej pory maskowała przed otoczeniem i samą sobą. To zawsze jest trudne. Nie dość, że w wielu momentach dosłownie wali jej się świat, to jeszcze Synek naprawdę dokopuje się do swojego środka i uczy się siebie na nowo. Odkryłam przez to, że największą siłą nie jest to, co na zewnątrz, ale bycie w zgodzie z samą sobą. Nawet jeśli idzie za tym chwilowy rozpad. Dopiero gdy dokopiesz się do swojego wnętrza, jesteś w stanie załatwić pewne sprawy ze sobą i światem i wymaga to dużo większego wysiłku niż bycie na pozór twardą, czy cięta riposta. Dla mnie również było to wyzwaniem, ale jestem bardzo wdzięczna, bo nieczęsto zdarza się tak, że reżyser pozwala ci wyjść z tej strefy komfortu i że ma do ciebie takie zaufanie.
- Cieszę się, że próbuję i że nie trzymam się tylko tego, co bezpieczne i znajome. Nie krążę wokół ról, które przychodzą mi łatwo. O wiele bardziej wolę zaryzykować i być może się czasami na tym sparzyć niż iść znaną mi, najłatwiejszą drogą.

Patrząc na to z innej strony - znałaś już wcześniej tę bohaterkę, więc nie było to budowanie roli całkowicie od podstaw.
- Tak, absolutnie! Jak tylko założyłam kostium, to od razu wszystkie te emocje wróciły, na nowo "weszłam w jej buty". Nie musiałam nie wiadomo jak długo przypominać sobie, jaka była. Ponowne wejście do tego świata było jak odwiedzenie rodziny, której przez jakiś czas się nie widziało.
W drugim sezonie "Minuty ciszy" nie brakuje też kilku odważnych scen. Jak podchodziłaś do realizacji tych fragmentów? Czy mogłaś w razie potrzeby liczyć na pomoc koordynatorów intymności?
- Czułam się bardzo zaopiekowana, ale to jest też tak, że my się w tej ekipie naprawdę już czuliśmy jak w rodzinie. Z tego powodu nie było skrępowania. Mieliśmy zapewnione świetne warunki do grania takich scen. W tym czasie w pokoju były tylko osoby niezbędne, nikt nie podglądał na monitorze, nie żartował, był pełen komfort. Nie miałam oporów, nie wstydziłam się. Byłam wśród osób, które szanuję i które również mnie szanują.
A czy podczas pracy nad drugim sezonem udało ci się dowiedzieć czegoś nowego o branży pogrzebowej? Z perspektywy widzki muszę przyznać, że bardzo poruszył mnie wątek posthumanistyczny i pogrzeby zwierząt.
- Rzeczywiście jest to ciekawy i ważny temat. Kręciliśmy jedną scenę w prawdziwym zakładzie pogrzebowym dla zwierząt i te urny z łapkami były jak najbardziej prawdziwe. To miejsce było piękne, można było poczuć, z jakim oddaniem pracownicy do nich podchodzą. Czuć było ten szacunek i że zwierzęta są traktowane jak część rodziny, co dla mnie jest oczywiste, bo ja w taki sam sposób patrzę na moje psy. Dobrze było zobaczyć, że takie punkty jednak istnieją, bo podczas czytania scenariusza nie zdawałam sobie sprawy, że możemy je znaleźć w Polsce. To mnie miło zaskoczyło.
- W serialu kręciliśmy scenę śmierci psa. Oczywiście nie było to prawdziwe zwierzę, tylko stworzone na potrzeby serialu. Jednak mimo to podczas nagrywania czułam w sobie taką wielką dozę smutku. W dodatku realizacyjnie to była moja ostatnia scena w tym sezonie i gdy ją nakręciliśmy, nie mogłam powtrzymać łez.
Całkowicie rozumiem tę reakcję, bo na ekranie ten moment wybrzmiał i poruszył równie mocno. Tego miało dotyczyć też jedno z moich pytań, bo po raz kolejny w serialu nie brakowało trudnych tematów. Czy były jeszcze jakieś inne momenty, sceny na planie drugiego sezonu, po których czułaś, że potrzebujesz chwili oddechu?
- Najtrudniejszym i najmocniejszym momentem był dla mnie wątek matki Synka, który tutaj został bardzo rozwinięty. Moja bohaterka mierzy się z tym, czego do tej pory nie przepracowała. Kiedy kręciliśmy te sceny retrospekcji, którym się przyglądałam, to było dla mnie bardzo trudne i mocno to przeżywałam. Mogłam jednak, tak jak i w każdym innym momencie, liczyć na ogromne wsparcie reżysera.
To wspaniałe po raz kolejny słyszeć, że był dla was wszystkich takim oparciem. Z tego co wiem to ogólnie masz ogromne szczęście do inspirujących twórców i współpracowników.
- Faktycznie tak jest, do tej pory naprawdę nie miałam żadnych powodów do narzekań, bo każda współpraca po prostu wiele mnie nauczyła. Muszę jednak przyznać, że ten drugi sezon "Minuty ciszy" był dla mnie najtrudniejszym zadaniem aktorskim i jestem szczerze wdzięczna, że mi je powierzono.
Karolina Bruchnicka dla Interii. Aktorka ujawnia kulisy serialu "Minuta ciszy"
"Minuta ciszy" jest znakomitym serialem i z przyjemnością podziwia się akcję na ekranie, ale nie ukrywam, że ciekawią mnie jego kulisy i to, jak wyglądają wasze relacje poza kamerą. Czy mogłabyś się podzielić jakąś ciekawostką, historią z planu?
- Z pewnością w mojej głowie zostanie scena z Pazerą, którą widzowie zobaczą w ostatnim odcinku. Była ona nagrywana już nad ranem, ostatniego dnia zdjęciowego i chociaż skończyłam już właściwą pracę, to zostałam z ekipą do szóstej rano, żeby zobaczyć efekty. Panowie podczas realizacji tej sceny nie byli zbyt zachwyceni, ale oczywiście zgodzili się na to wcześniej. Wszyscy mieliśmy duży ubaw, obserwując to wszystko z boku.
- Takim aspektem, który cenię i który na pewno ze mną zostanie, jest powrót do Bodzentyna, gdzie lokalna społeczność nas bardzo polubiła. Odwiedzali nas na planie, sami się zgłaszali jako statyści. Jeden z mieszkańców był bardzo zaangażowany, robił soki i je nam przynosił. Spotkaliśmy się z dużym wsparciem i zaangażowaniem. Z dużą przyjemnością wróciłam do tego miejsca.
- Pamiętam też realizację jednej sceny z trzaskaniem drzwiami w domu. Kiedy ją kręciliśmy, właściciele posiadłości siedzieli w kuchni i oczywiście byli powiadomieni, co będziemy robić. Jednak w trakcie nagrywania kłótni i tego trzaskania drzwiami mieszkający tam pan wyszedł do mnie, żeby upewnić się czy wszystko w porządku i chciał mnie bronić. Pojawił się w trakcie ujęcia! (śmiech) To było bardzo zabawne, no i Jacek mówił, że powinnam uznać to za komplement, bo wyszło na to, że grałam bardzo realistycznie.
- Nie wszyscy też wiedzą, że w serialu jako statyści pojawiają się dotychczas niewidoczni członkowie naszej ekipy. Na przykład w drugim odcinku drugiego sezonu, podczas castingu na pracownika zakładu Wiecznego, udział w rozmowie kwalifikacyjnej bierze nasz ekspert od spraw balsamowania, pierwowzór postaci Szymona. Był on z nami od początku na planie i sprawdzał, czy sceny balsamowania są przedstawione w wiarygodny sposób. Ogólnie wiele też się od niego nauczyłam. Z jednej strony bałam się grać te rzeczy i turpizmu ogółem, a z drugiej to było naprawdę fascynujące i nawet się wkręciłam. Dużo było tych scen, ale ostatecznie wiele z nich musiało zostać wyciętych. Mógłby z tego powstać osobny odcinek poświęcony wyłącznie o balsamowaniu. (śmiech)
Przyznam szczerze, że uwielbiam ten edukacyjny aspekt serialu, bo jednak branża pogrzebowa do dziś jest owiana tajemnicą. Oczywiście, mniej więcej zdajemy sobie sprawę, z jakimi wyzwaniami mierzą się jej przedstawiciele, ale tematy związane ze śmiercią nadal uznawane są za tabu. "Minuta ciszy" pokazuje pewne rzeczy wprost, odkrywa przed widzami nowe horyzonty. No i jak by nie patrzeć, jest to dość lukratywny zawód.
- To prawda, myślę, że nie narzekają na zarobki. Większością tych zakładów władają rodziny. To praca przekazywana z pokolenia na pokolenie. A później tworzą się różne sieci połączeń ze szpitalami czy balsamistami. Trudno byłoby wejść do tego świata, nie mając znajomości.

Gdybyś miała założyć swój zakład pogrzebowy, to jak byś go nazwała?
- Jako Karolina wybrałabym "Wieczne zasady", to tak dla fanów serialu. Natomiast jako Synek byłabym wierna nazwie "Pogrzeby z zasadami". Czuję się jak prowodyrka do założenia tej firmy, także trzeba być lojalną. Zasady zawsze się obronią.
A gdybyś jako Karolina miała okazję spotkać się z Synkiem, to co byś powiedziała?
- "Spokojnie". Powiedziałabym, że wszystko będzie dobrze.
Każdemu czasem przydałoby się takie zapewnienie.
- To prawda, a jej w obecnym momencie szczególnie. Jak na swój wiek dziewczyna przeszła naprawdę wiele, los nie był dla niej łaskawy. Musi się ze wszystkim mierzyć sama. To, że ma na głowie problemy Zasady, zakład pogrzebowy plus nie ma przyjaciółek, żyje w męskim świecie, jest bardzo trudne.
- Często zakładamy jakieś maski, żeby przetrwać, żeby uciec od pewnych problemów, tematów. A zatrzymanie się, żeby zdać sobie sprawę, w jakiej jest się sytuacji, to moim zdaniem największa odwaga. Myślę, że każdy z nas, niezależnie od wieku i etapu życia mierzy się z taką sytuacją. Dlatego zawsze miło usłyszeć jakieś ciepłe słowo od znajomych czy też nieznajomych.
Karolina Bruchnicka o planach na najbliższy czas i poruszających filmach
Jakie wyzwania cię czekają w najbliższym czasie, o ile możesz cokolwiek zdradzić?
- Mam przed sobą kilka wyzwań, nie tylko aktorskich, ale chciałabym się nimi podzielić w odpowiednim czasie. Jest jednak pewna rzecz, nad którą ostatnio pracowałam, bardzo fajny audioserial dla Empik Go, "Najmilsi" na podstawie książki Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka, w reżyserii Joli Gwardys, w którym również wziął udział Robert Więckiewicz. Historia dzieje się w najmilszym mieście w Polsce, czyli Bytomiu i jest niezłą mieszanką gatunkową - kryminał spotyka się z dużą dawką czarnego humoru i klimatu noir. Bardzo polubiłam tych bohaterów, są niejednoznaczni i wielowymiarowi. Dominika, w którą się wcielam jest nieśmiałą dziewczyną, która pracuje jako wróżka i telefonistka, w dodatku prowadzi śledztwo. Uważam, że to ciekawe połączenie. Nie spojlerując, są tam wątki trupów i historii zza światów. Niekiedy historia zahacza o tematykę z "Minuty ciszy", jednak jest to podane w zupełnie inny sposób. Praca nad tym była świetną zabawą, a premiera planowana jest na 17 września.
Ostatnio w mediach mówi się o coraz częstszym angażowaniu do ról aktorów nieprofesjonalnych, bez dyplomów po szkole filmowej. Czy masz w związku z tym jakieś obawy, że na przykład niedługo trzeba będzie z nimi walczyć o role?
- Już teraz trzeba się "bić o role". Oczywiście nie w sposób dosłowny, ale jest to bardzo trudna praca. Nawet jeśli uda się zdobyć angaż to nigdy nie wiesz, czy projekt finalnie dojdzie do skutku, a jeżeli tak się dzieje to wszystko jest intensywne, wymagające gotowości dniem i nocą. Mimo wszystko sprawia mi to ogromną przyjemność. Czasem się śmieję, że gdybym wiedziała o tych wszystkich wyzwaniach, to być może bym się w to nie wpakowała. A z drugiej strony, kiedy jestem po premierze jakiegoś projektu, to czuję się tak szczęśliwa, że nie zamieniłabym tego na nic innego.
- Uważam też, że każdy reżyser może pracować z ludźmi, z którymi tylko ma ochotę. Jasne, szkoła daje warsztat czy wiedzę. Są momenty kiedy to pomaga, ale zdarza się też, że przeszkadza. Tak więc - moim zdaniem, każdy ma prawo po prostu pracować z kim chce i czasem po prostu do danej roli się pasuje, bądź nie. Doskonałym tego przykładem jest świetny tytuł "Chleb i sól", gdzie zagrały osoby, które nie miały do czynienia ze szkołą.
A udało ci się może w ostatnim czasie obejrzeć jakiś film, który cię szczególnie poruszył?
- Miałam okazję być na festiwalu Nowe Horyzonty i jak co roku widziałam dużo dobrych filmów. Podczas tegorocznej edycji najbardziej zafascynowało mnie kino skandynawskie i sekcja Oslo Reykjavik. Oglądałam też dużo filmów azjatyckich, bo jest mi blisko do tej estetyki i emocjonalności. Przemawia do mnie to zdystansowanie bohaterów, uwielbiam Azję też pod kątem literackim i turystycznym. Jednak w tym roku wspomniana sekcja skandynawska pojawiła się na podium, obejrzałam 3 lub 4 filmy z Norwegii.
- Największe wrażenie zrobił na mnie tytuł "Być kochaną" (reż. Lilja Ingolfsdottir), który od listopada będzie w kinach. To dla mnie film o często najtrudniejszej miłości- do samej siebie. O byciu wyrozumiałym i życzliwym. Z seansu wyszłam zapłakana, ale z drugiej strony, poczułam niesamowitą lekkość. Podobnie było z filmem "Miłość" (reż. Dag Johan Haugerud). Zaskoczyło mnie też, że było tam sporo dialogów, ale każda z kwestii trafiała w punkt i żadnej z nich bym nie usunęła ani nie wymieniła. Bohaterowie rozmawiali na mądre i ciekawe tematy i tego aż chciało się słuchać.
- Natomiast z azjatyckich dzieł poruszył mnie japoński film "Super Happy Foverer" (reż. Kohei Igarashi i tajwański "Left-handed girl" (reż. Shih-Ching Tsou).
Zobacz też:
Najlepsza adaptacja ostatnich lat? Ten thriller trudno będzie przebić










