Mary Pawłowska to młoda aktorka, urodzona w 2002 roku. Obecnie jest studentką aktorstwa na Akademii Teatralnej w Warszawie i stawia pierwsze kroki na małym oraz dużym ekranie.
Do tej pory mogliśmy ją oglądać w serialach, takich jak "Pati", "Czarna śmierć", czy drugi sezon "Klangora". W "Wielkiej Warszawskiej" zalicza debiut w filmie fabularnym, wcielając się w postać Ewy, młodej dżokejki.
"Wielka Warszawska" to historia o sporcie, mafii i walce o marzenia tocząca się w burzliwych początkach lat 90. Sensacyjne, zrealizowane z rozmachem widowisko osadzone w świecie wyścigów konnych. Scenariusz filmu jeszcze w latach 80. wyszedł spod ręki Jana Purzyckiego, autora klasyków "Wielki Szu" i "Piłkarski poker". Za reżyserię oraz adaptację scenariusza "Wielkiej Warszawskiej" odpowiada Bartłomiej Ignaciuk.
Mary Pawłowska dla Interii o "Wielkiej Warszawskiej", studiach i aktorskich marzeniach
Justyna Miś, Interia: Gratuluję debiutu na dużym ekranie. Czy pamiętasz moment, gdy dowiedziałaś się, że dostałaś rolę w "Wielkiej Warszawskiej"?
Mary Pawłowska: - Tak, pamiętam, to był dla mnie bardzo wzruszający moment. Casting nagrywałam dosyć późno, agentka powiedziała mi, że wszystko trzeba zrobić jak najszybciej, bo ekipa dopina już całą obsadę. Pamiętam, że na wyniki czekałam jakieś dwa-trzy tygodnie. W pewnym momencie zaczęłam myśleć, że skoro jeszcze nie dostałam informacji, to pewnie nie ma się na co nastawiać. Po jakimś czasie zaobserwował mnie na Instagramie Tomek Ziętek i wtedy poczułam, że coś chyba jednak jest na rzeczy. Rzeczywiście - zadzwoniła do mnie agentka. Byłam wtedy w szkole, po jakimś egzaminie w trakcie sesji. Odebrałam telefon na szkolnym korytarzu. Agentka powiedziała, że dostałam rolę, a ja oczywiście bardzo się wzruszyłam. Przy kolegach i koleżankach rozpłakałam się ze wzruszenia i wdzięczności za to, co się dzieje.

Czy granie w trakcie studiowania w szkole teatralnej jest pożądane, czy raczej przeciwnie - trzeba skupić się wyłącznie na tym, co dzieje się na zajęciach?
- Jest taka zasada, że na pierwszym roku nie wolno grać. Nie ma w ogóle przestrzeni na udział w jakichkolwiek projektach pozaszkolnych ze względu na intensywność zajęć. Na pierwszym roku siedzimy w szkole od godziny ósmej, czasem nawet do północy. Mimo że zajęcia formalnie kończą się na przykład około dwudziestej, wśród nas, studentów, często pojawia się potrzeba dalszego ćwiczenia i przygotowywania się na kolejny dzień. Od drugiego roku jest już trochę łatwiej. Miałam akurat to szczęście, że dostałam projekty, na które szkoła wyraziła zgodę, i udało mi się to wszystko pogodzić. Wymagało to jednak pewnych poświęceń z mojej strony. Nie mogłam być na każdych zajęciach i musiałam indywidualnie dogadywać się z profesorami, ustalając, na których zajęciach mnie nie będzie. Jakoś trzeba to było wszystko poukładać. Natomiast udało się i faktycznie, jeśli wiadomo, że są to projekty rozwijające, takie, które mogą nas czegoś nauczyć, szkoła bardzo im sprzyja. Jest w tym też pewna duma, że studenci tej uczelni biorą udział w dużych projektach. Szkoła raczej wspiera takie działania, choć bardzo często zależy to po prostu od konkretnego projektu.
Jak wyglądały twoje przygotowania do roli w "Wielkiej Warszawskiej"? Z tego, co wiem, to jeździłaś już wcześniej konno.
- Miałam trochę łatwiej przez to, że całe dzieciństwo jeździłam konno. Natomiast treningi przypominające tę jazdę były bardzo potrzebne. Kilka miesięcy przed zdjęciami zaczęliśmy z obsadą, która w filmie jeździła konno, regularne treningi. Były to spotkania trzy-cztery razy w tygodniu. Były mi nie tylko bardzo potrzebne, ale też sprawiały mi dużo frajdy - były dla mnie powrotem do tego czegoś, co za dzieciaka bardzo kochałam. Okazało się, że to trochę tak jak z jazdą na rowerze. Jeśli raz się spróbuje, to się tego nie zapomina. Ciało wszystko pamięta. Nie musiałam już nawet o tym myśleć, żeby wiedzieć, jak ustawić nogi: że pięta zawsze musi iść w dół, a palce być skierowane do konia. To było zapisane w ciele.
- Równolegle, w ramach przygotowań do roli, zwłaszcza że była to moja pierwsza duża produkcja filmowa, skorzystałam z rady Piotrka Trojana, którego spotkałam wcześniej przy innym projekcie. Doradził mi, żebym założyła sobie zeszyt postaci. W "Wielkiej Warszawskiej" faktycznie tak zrobiłam: założyłam zeszyt, w którym rozpisałam wszystkie cechy kojarzące się z moją bohaterką. Stworzyłam też playlistę na Spotify z piosenkami. To było takie moje wewnętrzne, prywatne przygotowanie, które pomogło mi lepiej zrozumieć tę postać oraz mieć pełniejszy obraz tego, kim ona jest: jaki ma cel, jakie relacje z innymi bohaterami w filmie.
Pamiętasz, jakie piosenki były na tej playliście?
- Tak, znalazł się tam na przykład utwór zespołu Perfect "Nie płacz Ewka", "Romanca cherubina" Wandy Warskiej albo "Zaraz" Ofelii. Ta playlista jest mieszanką przeróżnych utworów - zarówno współczesnych jak i tych z lat dziewięćdziesiątych czy osiemdziesiątych. Każdy z nich natomiast w jakiś sposób kojarzy mi się z Ewką.
Jak wspominasz współpracę z aktorami na planie "Wielkiej Warszawskiej"?
- Przed rozpoczęciem zdjęć miałam sporo obaw. Byłam jedyną debiutantką i miałam najmniej doświadczenia, więc bałam się, że nie dosięgnę poziomu, który będą reprezentować pozostali. To aktorzy niesamowicie doświadczeni i wybitnie utalentowani, w dużej mierze moje autorytety. Spotkanie z nimi przy pierwszej tak dużej produkcji było czymś niezwykłym, ale jednocześnie trochę paraliżującym. Wszystkie te obawy zostały jednak bardzo szybko rozwiane, właściwie w momencie, gdy weszłam na plan. Absolutnie nikt z obsady nie dał mi odczuć, że jestem w jakikolwiek sposób mniej kompetentna. Wręcz przeciwnie - wszyscy mnie wspierali. Czułam się bardzo zaopiekowana, zarówno przez ekipę, jak i przez obsadę. Miałam poczucie, że pracujemy jak równy z równym, że jesteśmy dokładnie na tym samym poziomie i że w tym zawodzie różnice wieku bardzo się zacierają. Było to piękne doświadczenie i ogromna możliwość nauki.

Stefan i Józef Pawłowscy to twoi kuzyni. Czy udzielają ci rad na temat aktorstwa?
- Na początku wstydziłam się przyznać do tego, że wybieram akurat ten zawód. Pewnie między innymi dlatego, że dostanie się do szkoły teatralnej jest bardzo trudne. Liczba kandydatów w porównaniu do liczby miejsc na tym kierunku jest porażająca: co roku zdaje około 1500 osób, a miejsc jest tylko 18. Pamiętam, że kiedy powiedziałam o tym chłopakom, mówili, że nie będą mnie ani namawiać, ani odradzać, ale jeśli będę potrzebowała wsparcia w jakiejkolwiek kwestii, to są. Rzeczywiście konsultowałam się z nimi, choć byłam przy tym dosyć zawstydzona. Wysyłałam Józkowi nagrania różnych tekstów, pytając, co o nich myśli i czy coś zrobiłby inaczej. Ten feedback bardzo dużo mi wtedy dał. Wiedziałam, w którą stronę pójść z interpretacją tekstu i na czym się skupić. Okazało się też, że w poszukiwaniu tekstów na egzaminy do szkoły teatralnej najważniejsze jest wybieranie takich dzieł, które poruszają nas samych. Jeśli coś porusza nas, jest szansa, że uda się to powiedzieć w taki sposób, by poruszyło także drugą osobę. I faktycznie to zadziałało.
Jak odbierasz swój debiut na dużym ekranie? Czy jesteś krytyczna wobec siebie?
- Jestem akurat bardzo krytyczną osobą i pamiętam, że kiedy pierwszy raz widziałam "Wielką Warszawską", bardzo trudno mi było w pełni zarejestrować, co się dzieje. Bardzo trudno było mi podążać za historią mojej bohaterki, bo jednocześnie skupiałam się na wszystkich technicznych aspektach mojej gry aktorskiej. Zastanawiałam się na przykład: "Czy ten uśmiech tutaj był potrzebny?" albo "Dlaczego tutaj uciekam wzrokiem?". Analizowałam bardzo małe elementy, które teraz wydają mi się raczej bez znaczenia. Można z tego oczywiście wyciągnąć naukę, ale wtedy byłam bardzo samokrytyczna.
- Ostatnio byłam w kinie na "Wielkiej Warszawskiej" z moimi przyjaciółmi i było to przepiękne doświadczenie. Za każdym razem, gdy pojawiałam się na ekranie, czułam lekkie zawstydzenie, ale też ekscytację, że oglądają mnie po raz pierwszy w takiej sytuacji. Moi przyjaciele byli bardzo wspierający: uśmiechali się, patrzyli na mnie, i dosłownie wyglądało to jak ze sceny z "Pewnego razu… w Hollywood", gdy Leonardo DiCaprio widzi siebie na ekranie i podekscytowany wskazuje palcem na telewizor. Tak właśnie się czułam. Pod koniec seansu wstali i zaczęli klaskać, krzycząc do całej sali: "Proszę państwa, tutaj siedzi aktorka!". To było przesłodkie. Teraz oglądam ten film zupełnie inaczej. Za każdym kolejnym razem dostrzegam więcej szczegółów, mogę lepiej przyjrzeć się postaciom drugiego i trzeciego planu, a także oglądam samą siebie przez nieco inny pryzmat.
Media nazywają cię "wschodzącą gwiazdą". Jak reagujesz na takie określenia - motywują cię czy raczej onieśmielają?
- Bardzo ciężko mi to określić. Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, chyba nie potrafię potraktować takiego zdania całkowicie poważnie. Absolutnie nie chcę umniejszać wartości tekstów z takimi nagłówkami. Dla mnie to, gdzie teraz jestem, jest ogromnym zaskoczeniem i przebija wszystkie moje marzenia, jakie kiedykolwiek miałam o aktorstwie. Jeśli ktoś nazywa mnie "wschodzącą gwiazdą", trudno mi się z tym utożsamić. To trochę onieśmiela, ale oczywiście sprawia mi ogromną przyjemność i jest wielkim wyróżnieniem. Jestem bardzo wdzięczna, że ktoś ma we mnie taką wiarę.
Te osiemnaście osób na rok w szkole zostaje wybranych spośród ponad tysiąca kandydatów, a do tego dochodzą absolwenci innych szkół. Nie wszyscy przecież przebijają się na ekrany i nie zawsze mają od razu pracę. Zastanawiam się więc, z twojej perspektywy, jakie wyzwania stoją przed młodym aktorem tuż po ukończeniu szkoły aktorskiej?
- To jest bardzo trudne i niestety często nie do końca zależy od nas. To, co możemy zrobić, to dać z siebie wszystko w szkole i liczyć na to, że uda nam się gdzieś przebić. Później jest już łatwiej, bo jak zrobi się jedną rzecz, otwierają się inne furtki. Myślę, że wszyscy mają ogromne marzenia, a jednak niewielu udaje się dotrzeć do celów, które sobie wyznaczamy. Jest to naprawdę trudne. Z drugiej strony mówi się, że szkoła aktorska jest najlepszą agencją, jaka istnieje. Możliwość grania na przykład w spektaklu dyplomowym, na który można zaprosić reżyserów, osoby zajmujące się castingiem czy dyrektorów teatrów, jest ogromną szansą na pokazanie się. Wydaje mi się, że najważniejszą rzeczą, którą możemy robić jako studenci, jest po prostu być sobą - jakkolwiek głupio to nie zabrzmi. Albo ktoś naszą wrażliwość zauważy i zaprosi do współpracy, albo nie - wtedy trzeba po prostu robić swoje. W szkole uczą nas też, żeby nie zamykać się na oczekiwanie, aż ktoś zaproponuje nam pracę. Warto wymyślać własne projekty. Jeśli ktoś ma talent pisarski, niech napisze sztukę; jeśli reżyserski - niech spróbuje wyreżyserować coś i wystawić na małej scenie, a potem rozwijać to dalej. Tak naprawdę trzeba po prostu szukać swojej ścieżki i robić wszystko, żeby ją odnaleźć.
Masz wymarzoną rolę, którą bardzo byś chciała zagrać?
- Jestem z natury marzycielką, więc mam mnóstwo marzeń. Ostatnio pojawiło mi się takie szczególne - chciałabym zagrać czarny charakter. Wiem, że w przypadku mojej osoby raczej nie jest to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi ludziom na myśl, ale uważam, że tworzenie takiej postaci musi być bardzo ciekawe. Wychodzę z założenia, że ludzie nie rodzą się z natury źli. Jeśli ktoś jest zły, wynika to zazwyczaj z tego, że został kiedyś skrzywdzony. Dlatego tworzenie takiej postaci, szukanie momentu w jej życiu, który spowodował, że zaczęła krzywdzić innych, musi być bardzo interesującym procesem. Bardzo chciałabym spróbować czegoś takiego.












