Magdalena Sakowska: Czas na Amerykę

Magdalena Sakowska /Polsat

Obiektywna, rzeczowa, a przy tym sympatyczna i otwarta. Od września będzie korespondentką Polsatu oraz Polsatu News w Waszyngtonie.

Trafia pani do USA w gorącym okresie. I nie chodzi o pogodę. Kończy się kampania prezydencka, niedługo wybory...

Magdalena Sakowska: - Zawodowo takie wejście z marszu na nowe terytorium jest powodem do radości, ale też sporym wyzwaniem. Czeka mnie przecież konfrontacja z obcym środowiskiem. Nazwałabym to przyspieszonym kursem "Jak odnaleźć się w Waszyngtonie".

Są ludzie, którzy nabierają wiatru w żagle, gdy muszą stawić czoło trudnościom. Są i tacy, którzy wolą święty spokój. Gdzie w tym spektrum widzi pani siebie?

- Spokój bywa niezbędny. Pozostając w ciągłym biegu, można przecież oszaleć - i to szybko. Ja jednak mam tak, że gdy za długo odpoczywam, zaczyna mnie nosić. Pewnie dlatego uwielbiam podróżować: daleko, z dziećmi albo w pojedynkę. Sama to organizuję. Wracając do wyjazdu do Stanów... Dziś marzę o jednym: żeby przeprowadzkę i formalności związane z szukaniem domu mieć już za sobą. Odetchnęłabym wtedy z ulgą.

Tymczasem to wciąż przed panią.

- Myślę, ile mi to zajmie czasu i łapię się za głowę. Ale wie pan, co? Gdybyśmy rozmawiali za kilka miesięcy, śmiałabym się z tego, jaka byłam wystraszona.

Bo taka przeprowadzka to rzeczywiście niezłe zamieszanie!

- Zwłaszcza w sferze pozazawodowej. Zasady pracy dziennikarza są takie same, tylko tematyka się zmienia. A prywatnie? Musimy nauczyć się żyć w nowym miejscu.

Chyba też wolałbym mieć to za sobą. Powiedziała pani: "musimy". Nie wyjeżdża pani sama?

- Jadę do Waszyngtonu z całą rodziną, z dziećmi: półroczną córką i dziewięcioletnim synem.

Reklama

Chłopak pewnie ma tremę?

- Nie! Jest zachwycony, podekscytowany. Dziwię mu się, ale też szalenie mu takiej postawy zazdroszczę. On się w ogóle nie boi. Mówię mu na przykład: "Tam będzie nowa szkoła, koledzy, zupełnie inne środowisko, język. Nie masz pietra?". "Nie!" - odpowiada. Dla niego taki zwrot o 180 stopni to żaden problem. Odległy kontynent, obcy kraj? I co z tego! Pamiętam, jako dziecko raz czy dwa razy zmieniałam szkołę. Bardzo to przeżywałam. A on - nic a nic, tylko się cieszy... Imponuje mi to.

Pani też wykazała się w młodym wieku odwagą, wyjeżdżając na studia do Frankfurtu nad Odrą, do znanej uczelni Viadrina Alma Mater. Studiowała pani w obcym języku?


- Tak, po niemiecku i angielsku. Sami sobie wybieraliśmy wykłady. Miło mi, że pan o tym wspomniał - to dobry przykład. Bałam się, tak jak dziś, choć Frankfurt jest nieporównywalnie bliżej niż Waszyngton. Zapakowałam rzeczy do auta i pojechałam. Zupełnie sama, w czasach przed wejściem Polski do UE. Było załatwianie wizy studenckiej, stres. Poradziłam sobie.

Dziś myśli pani pewnie: niepotrzebnie się bałam?

- Niepotrzebnie i na wyrost. Może na początku nie było łatwo, trzeba było poznać ludzi. Poza tym był to moment zderzenia z językiem. Tuż przed wyjazdem wydawało mi się, że świetnie mówię po niemiecku. Zdałam egzamin państwowy, który dopuszczał do studiowania. Faktycznie, na poziomie akademickim znałam go dobrze, ale na miejscu zetknęłam się z mową potoczną - jakże różną od podręcznikowej. Doszły też wymogi uniwersyteckie: "Na jutro macie przeczytać 150 stron tekstu socjologicznego" itp. Przez pierwsze dwa miesiące nie wychodziłam z biblioteki uniwersyteckiej. Byłam za pan brat ze słownikiem. A potem nagle, niepostrzeżenie, ten słownik przestał mi być potrzebny. Pomyślałam: "Kurczę, przeczytanie tylu stron to już nie problem, a rozmowa z koleżanką to nie mozolne konstruowanie zdań". Powiedziałam do niej: "Patrz, nie zastanawiam się nad regułami! Rozmawiam z tobą tak po prostu". Zaczęłam też mieć sny po niemiecku.

Tak jakby język z obcego stał się nasz.

- Dokładnie!

Teraz z angielskim będzie łatwiej, prawda?

- Oczywiście, zwłaszcza że czasy się zmieniły - angielski towarzyszy nam codziennie. Jest w internecie, telewizji, w gazetach, w większości filmów w kinie. Otacza nas, przenikając niepostrzeżenie do naszej świadomości.

Znajomość języka, obowiązującego w kraju, do którego się jedzie, to nie wszystko. Jakie cechy musi mieć dobry dziennikarz informacyjny?

- Najistotniejsze są: zwyczajna, ludzka ciekawość, chęć zadawania pytań i poznawania nowych rzeczy. Niezbędny jest także obiektywizm, czyli umiejętność spojrzenia na jakiś problem z różnych perspektyw. Trzeba umieć pokazać go z możliwie wielu punktów widzenia, pozostając przy tym bezstronnym. Obiektywizm nie jest równoznaczny z brakiem poglądów, ale ze stworzeniem sytuacji, w której telewidz sam je sobie wyrobi.

Maciej Misiorny

Tele Tydzień
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy