Reklama

Jacek Poniedziałek: Obyczajowo jesteśmy sto lat za Meksykiem [wywiad]

Jacek Poniedziałek w spektaklu "Francuzi" /Jordan Krzemiński /AKPA

- Jesteśmy splątanym krajem, którego nie rozumie nikt, z nami samymi na czele - mówi znany polski aktor filmowy i teatralny Jacek Poniedziałek. Artysta zagrał główną rolę w meksykańskim filmie "Słabsze ogniwo", który 8 lipca trafi na ekrany polskich kin. Nam opowiedział nie tylko o tej egzotycznej produkcji.

Meksykańsko-polska koprodukcja "Słabsze ogniwo" miała swoją premierę podczas ubiegłorocznego festiwalu filmowego w Wenecji. Reżyserem, a jednocześnie autorem scenariusza tej mocnej, osobistej opowieści o elitarnej szkole dla chłopców i religijnej indoktrynacji jest Joaquin Del Paso. Meksykanin, który spędził kilka lat w Polsce, studiując na Wydziale Operatorskim łódzkiej Szkoły Filmowej.

W jednej z głównych ról w swojej drugiej fabularnej produkcji postanowił obsadzić cenionego polskiego aktora teatralnego i filmowego Jacka Poniedziałka. On sam przekonuje, że była to dla niego jedna z największych zawodowych przygód w życiu. Nie tylko z uwagi na związaną z filmem egzotykę, ale i fakt, że zagrał po hiszpańsku, nie znając tego języka...

Reklama

O niebezpiecznej relacji między religią a władzą, opresyjnym systemie edukacji, toksycznej męskości oraz tym, kim dla niego jest dzisiaj silny mężczyzna, z Jackiem Poniedziałkiem rozmawia Kuba Armata.

Kuba Armata: Czy to prawda, że Joaquin Del Paso wypatrzył cię nie w Polsce, a w Meksyku, gdzie pojechałeś z jedną ze sztuk Krzysztofa Warlikowskiego?

Jacek Poniedziałek: - Z tym wiąże się zresztą zabawna anegdota. Po zagraniu spektaklu ambasada zorganizowała w centrum Mexico City, w pubie w okolicach teatru, bankiet. Joaquin, który dobrze mówi po polsku, bo przecież studiował na Wydziale Operatorskim w Szkole Filmowej w Łodzi, bardzo chciał się tam z nami spotkać i mając już ten projekt w głowie, na gorąco o tym porozmawiać. Tyle że nikt go tam nie wpuścił, zupełnie jakbyśmy byli jakimiś chronionymi przez bodyguardów celebrytami. Ludzie tak nas często kojarzą, ale naprawdę ani tacy nie jesteśmy ani się tak nie zachowujemy.

Co tak bardzo spodobało ci się w scenariuszu filmu, który jest po hiszpańsku, a jego akcja rozgrywa się w Meksyku?

- Kiedy przeczytałem pierwszy raz scenariusz, oprócz radości i połechtania mojego ego pojawił się lęk, czy w ogóle temu podołam. A jednocześnie niesamowite pragnienie, żeby to wszystko się udało. W dużej mierze z powodu egzotyki projektu.

To dość zawiła opowieść o elitarnej, katolickiej szkole dla chłopców, której zadaniem jest kształtowanie przyszłych liderów kraju.

- Scenariusz już w pierwotnej wersji był dość skomplikowany. Nie wszystko było dla mnie jasne choćby na poziomie kulturowym. Postać, w którą się wcielam, profesor Sztuhr, to świecki funkcjonariusz okołokościelnych struktur. Ta organizacja wymyślona została na potrzeby filmu, ale inspirowana jest w pewnym stopniu Opus Dei, które także u nas działa i przez jakieś siostrzane organizacje finansuje szkoły, bo oficjalnie nie może tego robić. To ciekawe, bo niby związane jest z religią katolicką, pochyleniem się nad biednymi, słabszymi, opowiadaniem o miłości, równości, sprawiedliwości, tymczasem to inkubator totalnej, drapieżnej elity. W Meksyku i podobnych mu krajach ta tradycja jest bardzo silna, o czym zresztą trochę czytałem, przygotowując się do roli, ale też rozmawiałem z Joaquinem. 

Który zresztą przez rok do takiej szkoły uczęszczał.

- To miejsca, które nie uznają rozwodów, a jeśli rodzice się jednak rozwiodą, wtedy ich dziecko natychmiast wylatuje ze szkoły. Rodzice Joaquina się rozwiedli i starali się ten fakt ukryć. Ale jakoś się to wydało. Joaquin został wtedy wezwany do gabinetu dyrektora, gdzie absurdalnie oskarżono go o kradzież pizzy ze szkolnej stołówki. On oczywiście wszystkiemu zaprzeczył, ale nie miało to znaczenia. Powiedziano mu, że albo się przyzna przed całą szkołą i poniesie surową karę, albo wyleci. Na szczęście rodzice zabrali go stamtąd i uratowali przed tym szaleństwem, ale taka opresja musi wywołać w psychice dziecka wielkie zmiany. Myślę, że dlatego napisał ten scenariusz, który w gruncie rzeczy jest bardzo osobisty. Spodobała mi się w tym tekście jego spójność, a zarazem swoista "nie-nachalność". On jest z jednej strony dość mocny, ale jednocześnie nie wszystko jest tam "wywalone", nie ma oczywistości. Można go interpretować na wiele różnych sposobów. Dwoma największymi ultrasami, postaciami wyznaczającymi opresyjność tego świata, jest dyrektor szkoły oraz moja postać. Pierwszy z nich używa perswazji, miękkiej indoktrynacji, drugi z kolei wychowuje radykalnie, przemocowo.

Z czym tobie kojarzy się edukacja? Powiedziałeś kiedyś, że chciałeś zostać aktorem po to, żeby być wolnym.

- Poza szkołą teatralną, którą ukończyłem w 1990 roku, wszystkie inne skończyłem jeszcze za komuny. Jestem zatem "produktem" starego systemu. Mimo, że obowiązywały peerelowskie programy edukacyjne, lektury obowiązkowe, akademie czy rocznice, nauczyciele przekazywali nam bardzo solidną i gruntowną wiedzę o świecie. Także w kwestiach wrażliwych, czyli relacji z ówczesnym Związkiem Radzieckim, którego byliśmy wasalem. W szkole średniej miałem fantastyczną nauczycielkę historii, należącą zresztą do Kuźnicy, dzięki której nie było takiego społecznego, historycznego czy politycznego tematu, o jakim bym nie wiedział. Zatem mimo opresyjnego systemu, w jakim żyliśmy, ówczesna szkoła była moim zdaniem lepsza od obecnej, gdzie posyła się dziecko na bezprawnie obowiązkową religię, a w nowych podręcznikach roi się od homofobii i antyeuropejskich bredni.

Casus elitarnych placówek edukacyjnych to coś, co znamy też z Polski. Zwłaszcza w dużych miastach powstaje coraz więcej prywatnych, ekskluzywnych szkół. Masz poczucie, że proces segregacji, podziału na lepszych i gorszych zaczyna się już od najmłodszych lat?

- Z pewnością, i to w paru wymiarach. Bo to nie tylko kwestia dużych miast i jego bogatszych oraz biedniejszych enklaw. Ważny jest szerszy kontekst geograficzny - mniejszych miast, wsi. Tam takich szkół prawie nie ma, bo ludzi po prostu na nie nie stać. A nawet jeśli mają pieniądze, to jest ich tak niewielu, że nikomu nie opłaca się prowadzić takich placówek.

- Jesteśmy splątanym krajem, którego nie rozumie nikt, z nami samymi na czele. Dochodzi do sytuacji, w których pewien prominentny, radykalnie prawicowy polityk o ultranacjonalistycznych poglądach posyła swoje dziecko do najbardziej elitarnej francuskiej szkoły na warszawskiej Saskiej Kępie. Coś tu się jakby nie zgadza. Tak aksjologicznie. Podziały, te dystynkcje, elitarności, jakie narosły w Polsce, nie mają przecież wiele wspólnego z publicznie głoszoną troską o ludzi biednych, wykluczonych itd. Pomieszanie z poplątaniem. A jak na podwórku ma się czuć dziecko z biednej rodziny, które chodzi do publicznej podstawówki gdzieś na Grochowie, kiedy zetknie się z rówieśnikami mówiącymi od siódmego roku życia po francusku, znającymi nazwy dań francuskiej kuchni?

A z kolei to, co w dzieciństwie, mocno determinuje nasze dorosłe życie.

- Sam pochodzę z takiej rodziny i wiem, czym jest kompleks biedy. Do tego jeszcze wypieranie homoseksualizmu i powszechna homofobia, także wśród dzieciaków. Zarażają się nią w domu, w szkole, na lekcjach religii. To rany, które musisz później bardzo długo leczyć.

Wiele w przestrzeni publicznej mówi się o wyrównywaniu szans, tyle że w praktyce jest chyba dokładnie odwrotnie. Podziały są jeszcze bardziej widoczne i klarowne.

- "Słabsze ogniwo" to opowieść o takich podziałach, ale też związanej z nimi hipokryzji tej filozofii społecznej. System, w którym posługujemy się wszystkimi frazesami o wolności, równości, sumieniu, jest krwawy, bezwzględny i nieprawdopodobnie pazerny. W tym sensie nazywam go systemem mafijnym. Od komuny i czerwonej mafii przeszliśmy do tej czarnej. Paradoksalne jest to, że w Meksyku są bardzo silne tradycje lewicowe. Z drugiej strony, mocno opresyjny, elitarny system katolickiej edukacji, różnych fundacji, instytucji, które się tam rozpanoszyły. Żeby było śmieszniej, ma on też swoje związki z kartelami narkotykowymi.

- Sytuacja w Meksyku jest zatem bardzo skomplikowana. Choć porównując nasze dwa kraje, w sferze obyczajowej panuje tam kompletna wolność. To jest w ogóle nieporównywalne. Każdy stanowi o sobie, nikt niczego się nie boi. W kontekście decydowania o swoim ciele, tego, z kim mieszkasz, żyjesz, związków jesteśmy sto lat za Meksykiem. Tam po prostu oddychasz wolnością.

Problemy hierarchizacji, rasizmu, homofobii, szczucia jednych na drugich są jednak dość uniwersalne. Filtrowałeś to wszystko przez naszą rzeczywistość?

- Skoro Joaquin, który zna dość dobrze Polskę, bo studiował tu operatorkę, zdecydował się zaprosić Polaka do obsady, to być może dlatego, że dziś nasz kraj funkcjonuje w globalnej wyobraźni jako religijny, średniowieczny skansen i państwo społecznej opresji. Miałem na przykład niedawno kontakt z młodą ciężarną dziewczyną z Ukrainy. Pomogłem znaleźć mieszkanie jej i jej ośmioletniemu synowi. Ona śmiertelnie bała się rodzić w Polsce. Czuła, że jeżeli pojawi się problem z ciążą, to będzie musiała ją donosić. Przyjeżdżające tu kobiety boją się antyaborcyjnej opresji polskiego państwa, podejścia lekarzy i przede wszystkim konsekwencji, jakie ich czekają. Taki jest dzisiaj obraz Polski w świecie.

"Słabsze ogniwo" to także opowieść o toksycznej męskości. Z ust dyrektora szkoły padają nawet takie słowa: "Wszystko, czego chcemy, to silni mężczyźni". To chyba kolejna rzecz, której zbyt dużo jest w przestrzeni publicznej?

- Toksyczna męskość to kolejny owoc katolickiego zamordyzmu i mentalnych ograniczeń ludzi, sprawujących rządy i rządy dusz. Nie przystaje ona kompletnie do nowoczesnego świata i myślenia. Nie ma też wiele wspólnego z rzeczywistym obrazem społeczeństwa. Jesteśmy bardzo indywidualni, bardzo różnorodni, a próby sprowadzenia nas wszystkich do dwóch prostackich formuł: cis-męskiej i cis-żeńskiej, są z góry skazane na porażkę. A jednak taki model dominuje w mentalności wielu dzisiejszych decydentów, o biskupach i ich akolitach nawet nie wspominając.

Kim zatem dzisiaj dla ciebie jest silny mężczyzna?

- Silny mężczyzna to taki, który ma na tyle uporządkowany stosunek do własnej męskości, że nie musi tego za każdym razem udowadniać. Nie boi się przyjaźni z homoseksualistami, nie obawia się mieć poglądów sprzecznych z tą twardą tradycyjną męskością. Ubiera się swobodnie, nie ma nic przeciwko malowaniu sobie paznokci czy oczu, noszeniu kolczyka czy naszyjnika. Ale też taki, który tego nie robi, a przy tym nie ocenia innych, którzy to lubią robić. Pocieszające jest, że młodzież, zwłaszcza w dużych miastach, mimo wspomnianego modelu edukacji nie ma z tym "dziaderskim" mitem nic wspólnego. Oni sami chcą decydować o tym, jak postrzegają swoją płeć i nikomu nic do tego. Młodzież ma na to w cudowny sposób wyje...

Zobacz też:

Polscy sportowcy na ekranie. Jednorazowa przygoda czy aktorska kariera?

Defekt czy atut? Oto najpiękniejsze gwiazdy, które mają... piegi!

Quentin Tarantino znów został ojcem! Syn czy córka?

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Jacek Poniedziałek | Słabsze ogniwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL