Stefan Pawłowski w szczerym wywiadzie dla Interii opowiada o swojej drodze aktorskiej i powrocie do teatru po latach. Dzieli się także refleksjami na temat pracy przed kamerą oraz doświadczeń z planu filmu "Piernikowe serce". "Opinie, które do mnie docierają po premierze, są podobne: film zostawia ze wzruszeniem i refleksją, ale są też momenty, w których można się świetnie bawić" – mówi aktor o najnowszej produkcji z jego udziałem.
Stefan Pawłowski zaczynał karierę od epizodycznych występów w popularnych polskich serialach telewizyjnych. Widzowie mogli dostrzec go m.in. w "Ojcu Mateuszu" czy "Przepisie na życie". Prawdziwym przełomem okazała się jednak główna rola w serialu "O mnie się nie martw", w którym wcielił się w charyzmatycznego adwokata Marcina Kaszubę. Partnerując na ekranie Joannie Kulig, stworzył duet, który na przestrzeni wielu sezonów zdobył ogromną sympatię widzów.
W filmie "Piernikowe serce" w reżyserii Piotra Wereśniaka, który obecnie można oglądać w kinach, Pawłowski wciela się w postać Cezarego. Przy okazji premiery porozmawialiśmy z aktorem.
Justyna Miś, Interia: Czy na początek opowiesz, co działo się u ciebie zawodowo w ostatnich latach?
Stefan Pawłowski: - Sześć lat temu wróciłem do teatru. Od ukończenia szkoły aktorskiej miałem przerwę. Świetnie było wrócić po latach, choć czułem się trochę tak, jakbym zaczynał wszystko od nowa. Niesamowite jest to, że człowiek myśli, że już wszystko umie, bo skończył szkołę, coś tam zagrał, a okazuje się, że jest inaczej. Teatr to zupełnie inny świat, co w tym zawodzie uważam za fascynujące. W ciągu tych sześciu lat zagrałem spore role. Co prawda to teatr komercyjny, farsy, ale "na poziomie". Nie są obsceniczne ani wulgarne, co bardzo mi odpowiada, bo kilka takich propozycji musiałem kiedyś odrzucić. Te sztuki lepiej wpisują się w mój gust i poczucie estetyki. Po szkole miałem z teatrem pewien problem, nie wiem, z czego on wynikał. To nie była żadna trauma. Po prostu od razu wskoczyłem przed kamerę, i to dość intensywnie, więc nie miałem czasu myśleć o życiu prywatnym, a co dopiero o sprawach teatralnych. A teatr wymaga zaangażowania, poświęcenia i czasu, zwłaszcza na etapie produkcji. Bardzo się jednak cieszę, że do niego wróciłem.
- Poza tym przez te lata zajmowałem się także dubbingiem. Pracowałem również przed kamerą. Na przykład zagrałem niedużą rolę w serialu "Dewajtis". Główną rolę gra tam mój przyjaciel Karol Dziuba. Zagrałem w retrospekcji i wspominam o tym, bo jestem miłośnikiem jazdy konnej. Jeżdżę od wielu lat i właśnie tam miałem okazję po raz pierwszy jeździć konno na planie. Było to dla mnie zaskakująco pozytywne doświadczenie. Na planie zawsze dużo się dzieje – to nie to samo, co spokojna jazda rekreacyjna. Na szczęście nic złego się nie stało, a przygoda została ze mną na długo. Chciałbym mieć więcej takich możliwości, bo oprócz koni jestem też miłośnikiem tematyki Dzikiego Zachodu, westernów i kultury rdzennych Amerykanów. To mój temat od dziecka.
- Lubię robić podsumowanie około Sylwestra. Nie robię postanowień typu "zrobię to czy tamto", tylko patrzę wstecz i zastanawiam się, czy w różnych aspektach życia – nie tylko zawodowych – poszedłem do przodu. Czy coś, co rok temu chodziło mi po głowie, udało się zrealizować. Na razie się udaje, co bardzo mnie cieszy i napędza do dalszego działania. Licząc od 2008 roku do 2025, to już kawał czasu, odkąd się "bawię" w ten zawód. Traktuję go jako wielką przygodę. Każda nowa rola to nauka od początku. Rzemiosło, którego uczymy się przez lata, poszerzanie warsztatu technicznego i emocjonalnego – to wszystko się kumuluje. Na dziś dzień mam już jakiś bagaż, ale każda nowa współpraca z reżyserem czy partnerami to kolejna historia. To niekończąca się, fascynująca opowieść.
Co daje ci scena, czego nie daje ci plan filmowy lub serialowy?
- Na pewno teatr daje kontakt z żywą widownią, co jest w zasadzie kwintesencją tego zawodu. Teatr jest kolebką aktorstwa. Z reguły mam sporą tremę. Wiadomo, im dalej w spektakl, tym bardziej ją oswajam, ale każdy występ kosztuje mnie dużo wysiłku. Praca przed kamerą jest zupełnie inna – jeśli coś nie wyjdzie, można powtórzyć ujęcie. Kocham taką pracę i czasem zastanawiam się, czy nie wolałbym jej bardziej niż teatru, ale to temat na osobne rozważania. Teatr to doświadczenie "tu i teraz". Wychodzimy na scenę, wszystko dzieje się naprawdę w tej chwili. Praca przed kamerą wygląda inaczej, bo to, co widz ostatecznie zobaczy, często powstaje po długim czasie montażu i postprodukcji. Nie lubię oglądać siebie na ekranie – i myślę, że wielu aktorów ma podobnie. Pewnie dlatego, że gdybym mógł zagrać tę scenę kilkanaście razy, efekt mógłby być inny. Zawsze mam poczucie, że mogłem coś poprawić, inaczej zagrać, dodać coś jeszcze. Jednocześnie kocham oglądać filmy i seriale innych twórców. Wtedy nie analizuję siebie, czasem jedynie podpatruję technikę. Im lepsza produkcja, tym bardziej w nią wchodzę i tym mniej skupiam się na detalach.
W kinach można oglądać film "Piernikowe serce" z twoim udziałem. Możesz opowiedzieć, jak trafiłeś na plan?
- Na plan trafiłem dzięki producentowi i reżyserowi obsady, Krzysztofowi Łączakowi, któremu jestem bardzo wdzięczny. Ma niesamowite wyczucie w dobieraniu obsady i często stawia na nieoczywiste wybory. "Furioza" jest świetnym przykładem, bo również ją obsadzał. Film "Piernikowe serce" to debiut producencki Krzysztofa Łączaka i Katarzyny Staszczyk. To niesamowite, że w ogóle powstał, bo w polskim przemyśle filmowym młodym debiutantom wcale nie jest łatwo zacząć. Wybór obsady odbywał się częściowo przez zdjęcia próbne, a częściowo według wizji Krzyśka, której konsekwentnie się trzymał. Patrząc, jak koledzy zagrali i jakie stworzyli duety, uważam, że wykonał świetną pracę. A jeśli chodzi o Cezarego – to postać skomplikowana, a jej wątek nietypowy, dość ciężki jak na film świąteczny.
- Zawsze podkreślam, choć to subiektywne, że humor w tym filmie nie jest głupi – jest inteligentny i wynika z przypadkowych sytuacji. Nie ma poczucia, że jedziemy po bandzie i rzucamy przekleństwami. Uważam, że polski widz jest naprawdę mądry, a od twórców zależy, co mu serwujemy. Wciąż pokładam dużą nadzieję i ufność w polskiej publiczności. Więcej zarzutów mam raczej do szeroko rozumianych twórców w każdej dziedzinie sztuki, ale to osobny temat. Bardzo mnie cieszy, że po raz pierwszy zagrałem w filmie świątecznym. Świetnie pracowało mi się na planie, a film dał możliwość zetknięcia się z gatunkiem, który w Polsce powstaje rzadko. Częściej robi się dramaty, kryminały czy epickie produkcje kostiumowe, a filmy świąteczne powstają sporadycznie. Uważam też, że świetnym zabiegiem było osadzenie akcji w Toruniu. Rok temu trafiłem tam pierwszy raz podczas naszej smutnej, polskiej zimy, a miasto i tak zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jarmark bożonarodzeniowy, stare ceglane kamienice, piękna katedra, jeden rynek, drugi rynek, cała atmosfera miasta jest niesamowita.
Twój bohater, Cezary, skrywa pewien sekret. To faktycznie dość skomplikowana postać, jak na film świąteczny.
- Faktycznie jest to postać skomplikowana i od początku widz nie do końca wie, co właściwie się wydarzyło. Czuć ciężar, napięcie między Justyną a Cezarym, a za chwilę także między Cezarym a jego matką. Parafrazując słowa reżysera Piotrka Wereśniaka, to jest komedia obyczajowa. A to oznacza, że są tam ukryte ważne tematy i realne problemy. To wszystko sprawia, że jeśli ktoś oczekuje totalnej "beczki śmiechu" i imprezowego klimatu, może na początku poczuć rozczarowanie. Ale jeśli da filmowi szansę, to wychodzi z kina mile zaskoczony, z refleksją, czasem nawet ze łzą w oku. Opinie, które do mnie docierają po premierze, są podobne: film zostawia ze wzruszeniem i refleksją, ale są też momenty, w których można się świetnie bawić.
W historii twojego bohatera poruszony jest wątek hazardu. Niezbyt często pokazuje się ten problem w polskim kinie.
- Nie przypominam sobie polskiej produkcji, która poruszałaby ten problem tak, jak zrobiono to w "Piernikowym sercu". Jeśli się zastanowić, każdy zna kogoś, kto się z tym zmaga. To bardzo przykre sprawy, bo hazard uzależnia głównie psychicznie, a z takich uzależnień podobno dużo trudniej wyjść. Zgłębiając temat i sprawdzając, ile osób w Polsce jest uzależnionych i jaki wiek dominuje w tej grupie, miałem naprawdę smutne refleksje. Jestem otwartym przeciwnikiem masowej reklamy hazardu. Niestety dziś jest ona wszędzie, w każdym kraju. Ja nie zamierzam się pod tym podpisywać ani tego popierać.
- W scenariuszu miałem dwie istotne sceny w kasynie, które były ważne dla mojego bohatera i dla mnie jako aktora. Prywatnie nigdy wcześniej nie byłem w kasynie, a tu kręciliśmy w działającym, czynnym przez całą dobę miejscu. Przyszliśmy na zdjęcia około dziewiątej rano i naprawdę była tam masa ludzi. W kasynach często zasłania się wszystkie okna, żeby nie było wiadomo, czy jest dzień, czy noc. Ludzie siedzą przy maszynach, automatach, stołach, ruletkach. W tym miejscu były nawet osobne sale dla palących – co dziś jest rzadkością – oraz sale dla niepalących. Pełno obcokrajowców, pełno Polaków. Oczywiście jeśli ktoś ma nieograniczone środki, może jeszcze jakoś daje radę, ale w większości przypadków kończy się to bardzo źle. To jest po prostu przykre. Takich przykładów można mnożyć, a wniosek jest jeden: istnieje realny problem, o którym właściwie się nie mówi. Nie jestem osobą, która twierdziłaby, że film jest epicki, genialny czy najlepszy w kinematografii – to niepotrzebne. Weryfikacja należy do widzów, ja mogę jedynie dzielić się swoimi wrażeniami. Podczas pokazu w Grudziądzu jedna pani wstała i pięknie wymieniła szereg tematów, które poruszyliśmy w filmie. Jest też kwestia bezpłodności, dotycząca pary bohaterów. Nie jest to wątek główny, ale pokazuje realny problem, z którym mierzy się wiele osób. To bardzo przykre, a ja kibicuję wszystkim, którzy się z tym zmagają, bo trudno wyobrazić sobie, jak bolesne musi być pragnienie posiadania dzieci, gdy natura stawia przeszkody. Ten wątek jest małym akcentem, ale daje widzom poczucie prawdziwego życia – że w święta pojawiają się różne problemy, emocje i sytuacje.
- Siłą rzeczy święta to czas, kiedy spotykamy się z rodziną, przyjeżdżamy do domów po krótszych lub dłuższych przerwach. Każda osoba ma swój bagaż emocjonalny, a święta często prowadzą do konfrontacji. W filmie Cezary wraca do domu po latach, co wywołuje różne wydarzenia i emocje. To temat uniwersalny. Sam przeżyłem coś podobnego w młodości, w relacji z własną siostrą. Dopiero udzielając wywiadu po filmie przypomniałem sobie, jak pewien okres milczenia z mojej strony był niepotrzebny. W końcu, przy świątecznym opłatku, przeprosiłem siostrę. To historia z życia wzięta i pokazuje, jak ważne są święta jako moment bliskości i refleksji. Święta według mnie to nie galerie handlowe ani konsumpcyjna szopka. To czas, który daje możliwość refleksji i spotkania się z bliskimi. Film paradoksalnie daje coś podobnego: oprócz pracy aktorskiej pozwala przeżyć tę jedną refleksję. Jestem ogromnie wdzięczny za ten aspekt, bo pokazał mi ważny zwrot w relacji rodzinnej. Przy tym warto też pamiętać o osobach, których już nie ma przy świątecznym stole. Ja staram się pamiętać o bliskich zmarłych nie tylko w święta, ale w tym okresie aura jest szczególna. Święta przypominają nam zarówno o narodzinach, jak i o miłości – właśnie o tym jest też ten film.
Czy możesz podzielić się planami zawodowymi na najbliższą przyszłość?
- Wielu rzeczy po prostu nie mogę zdradzić. Gdy coś się wydarzy, pewnie wrzucę informację na media społecznościowe. Zawód aktora jest taki, że czasem ciężko odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej, zwłaszcza gdy na horyzoncie nic nie widać. Takie momenty uczą pokory. Jednocześnie ten zawód potrafi być nieprzewidywalny. Gdy myślisz, że nic się już nie wydarzy, nagle pojawia się coś, co może zmienić całą karierę. Przykładów jest mnóstwo.
A czy chciałbyś kiedyś zagrać główną rolę w takim wielosezonowym serialu jak "O mnie się nie martw"?
- Dzisiaj zupełnie inaczej podchodziłbym do pracy na planie, do współpracy z partnerem i do samej roli, niż 10 lat temu, kiedy byłem świeżo po szkole. Wtedy wielu rzeczy musiałem błyskawicznie się uczyć, żeby dorównać bardziej doświadczonym kolegom i koleżankom. Teraz wszedłbym w to z innej pozycji, więc trudno przewidzieć, jak bym to przeżywał. Bywało momentami naprawdę trudno, bo wszystko było nowe i dominujące w moim życiu. Trochę zajęło mi znalezienie sposobu na organizację czasu wolnego i planowanie wyjazdów z przyjaciółmi czy rodziną. Parę razy nie mogłem wyjechać, bo w ostatniej chwili wpadły zdjęcia. Może to wydawać się drobnostką, ale wtedy było istotną częścią mojego życia.
- Generalnie, wchodząc w nowy projekt nie ma się pojęcia, w jakim kierunku to pójdzie i jak zostanie odebrane, zwłaszcza przed pierwszymi emisjami. Mało kto spodziewał się, że "O mnie się nie martw" osiągnie takie rozmiary. Serial miał trwać dłużej, ale nagle został skrócony, co wszystkich zaskoczyło. Ja starałem się utrzymać na powierzchni, mając najmniejsze doświadczenie ze wszystkich. Aktor nie zawsze ma luksus przebierania w ofertach. Czasem trzeba podejmować decyzje pragmatycznie, z pełnymi konsekwencjami. Mimo to nie boję się nowych wyzwań i tego, co przyniesie przyszłość. Staram się robić swoje na sto procent, przełamując czasem własne bariery, tak jak w przypadku spraw teatralnych, które na początku bardzo mnie kosztowały. Koniec końców to wciąż jedna wielka przygoda i chciałbym tak na nią patrzeć zawsze.
Czytaj więcej: Jest przyszłością polskiego kina. "Zawsze chciałem zagrać romantyka szachistę"