"Wielki Marty" to fascynująca historia geniusza o wielkiej ambicji, apetycie na życie i zdolności do podnoszenia się po życiowych upadkach. Marty, w którego marzenia nikt nie wierzy, nie cofnie się przed niczym, by rzucić świat na kolana. Chce być gwiazdą, nagnie więc wszystkie reguły, wejdzie w sojusze z ludźmi, od których powinien trzymać się z daleka i gotów będzie uwieść każdą kobietę, byleby tylko zrealizować swoje marzenie o wielkości.
Opowieść o młodym chłopaku, który postanawia zostać mistrzem tenisa stołowego, wyreżyserował Josh Safdie. Tytułową rolę zagrał Timothée Chalametowi, a partnerują mu m.in. Gwyneth Paltrow, Odessa A'zion, Fran Drescher i Kevin O'Leary.
"Wielki Marty" zdobył aż 9 nominacji do tegorocznych Oscarów, m.in. w takich kategoriach, jak najlepszy film, reżyseria, scenariusz oryginalny, zdjęcia, aktor pierwszoplanowy. Tytuł trafi na ekrany polskich kin 30 stycznia 2026 roku.
O pracy na planie filmu "Wielki Marty" opowiada hollywoodzka gwiazda Gwyneth Paltrow.
Co czułaś, czytając scenariusz? Pomyślałaś, że to może być coś wyjątkowego?
Gwyneth Paltrow: - Pomyślałam, że ten scenariusz jest wyjątkowy i niezwykle ambitny oraz... lekko zwariowany, szczerze mówiąc. Myślałam: "Jak im się to uda?". Był fascynujący, a ja lubię wyzwania. I uwielbiam postać Kay Stone [tę bohaterkę w filmie "Wielki Marty" gra aktorka - red.]. Była tak bardzo złamana życiem, w rozsypce, ale też słodka na swój sposób. Byłam podekscytowana, czytając scenariusz.
Trudno o taką postać we współczesnych filmach. Z wadami, z głębią, dobrze zarysowaną. Jak przygotowywałaś się do tej roli?
- Stosuję pewne podejście do pracy nad rolą. Śledzę losy bohaterki przez całą fabułę. Jaką ją zastajemy, jaką żegnamy i czy to mówi nam, dokąd podąży dalej? Dokładnie omówiłam z Joshem [Safdie, reżyserem - red.] jej wcześniejszą historię. Straciła syna na wojnie i chociaż nie widzimy, jak o tym mówi, wiemy co się stało. Uznałam, że to ma duży wpływ na tę kobietę. Wiemy, że zrezygnowała z marzeń dla bezpieczeństwa i małżeństwa, w którym nie zbyt wiele miłości. Na początku jest więc chłodna i zamknięta, wręcz lodowata. A na końcu jest zdruzgotana, zdewastowana. Ale ożywa dzięki temu chłopcu. Myślę, że Marty trochę przypomina jej syna oraz samą siebie. Budzi w niej ambicję, a ona podejmuje ważne decyzje.
Twoje sceny z Timothée Chalametem są ucztą dla widza. Jak wam się pracowało? Skąd taki wspaniały efekt?
- Przyszło nam to dość łatwo. Żywiliśmy do siebie wzajemny szacunek. Jest bardzo miły, uprzejmy i niezwykle oddany pracy. Zależało mu, żeby zagrać wspaniale i to zrobił. Na planie było cudownie.
Josh Safdie to fascynujący człowiek. Mówi dużo i bardzo szybko. Łatwo było się wam porozumieć?
- Trzeba go słuchać i wciąż zadawać pytania. Ma bardzo dużo energii. Bywa, że jego wskazówki zmieniały się z ujęcia na ujęcie, ale staraliśmy się go zrozumieć. Chce, żeby nasza gra była świeża. Trzeba po prostu być gotowym i podjąć tę grę.
Tempo tego filmu nie jest szybkie, ale szalone! Jak wejść w coś takiego?
- Zabawne, ale na planie tempo wcale nie wydawało się szalone. I to mnie zaskoczyło, kiedy zobaczyłam film. Akcja aż zapiera dech w piersiach. Natomiast na planie wszystko było konkretne i przestudiowane. To stanowi ciekawy kontrast z rezultatem.
Intrygujące w tym filmie jest to, że dzięki muzyce z lat 80. i 90., wymyka się on swojej epoce, swoim czasom. Twoim zdaniem, obecnie jest wiele takich osób jak Marty?
- Moim zdaniem żyjemy w czasach, kiedy pycha i arogancja są, że tak powiem... modne. Tak jak przyjmowanie pozy kogoś, komu wszystko wychodzi. Tak więc uważam, że Marty Mauser jest bardzo współczesny. Myślę, że to... trochę nihilistyczne podejście, ale naprawdę uważam, że coś takiego jest teraz modne.
Jestem ciekaw reakcji widzów. Jaki może być odbiór filmu, twoim zdaniem?
- Mój syn widział niedawno film i z punktu widzenia jego pokolenia, jest rewelacyjny. Wydaje się, że Amerykanom bardzo się podoba. Choć pokazałam go też przyjaciółce i jej się nie spodobał, bo nikt nie jest w nim sympatyczny i wcale nie kibicowała Marty'emu. Tak więc sporo wymaga od widzów. Podoba mi się, że ten film jest dziełem sztuki pod względem technicznym i aktorskim. To oznacza, że nie każdemu się spodoba, ale to pięknie zrealizowana historia.
W latach 70. i 80., kiedy filmy realizowali na przykład Sidney Lumet czy William Friedkin, przywykliśmy, że nie lubimy i nie musimy lubić bohaterów. Myślisz, że obecna publiczność może mieć z tym problem?
- Sądzę, że to pewna zmiana. W Hollywood i stale oczekujemy happy endów. W trudnych czasach ludzie chcą szczęśliwych zakończeń, a moim zdaniem ten film mimo wszystko kończy się szczęśliwie. Uważam jednak, że - zwłaszcza w tym roku - mamy dużo filmów o złożonych postaciach, niekoniecznie antybohaterach, chociaż trochę też. Taki jest Leonardo DiCaprio w "Jednej bitwie po drugiej". Bohaterowie tego filmu są rewelacyjni, skomplikowani, nie ma prostego podziału na dobrych i złych. Stellan Skarsgård w "Wartości sentymentalnej" również przepięknie zagrał.
- Jako artystka i człowiek bardzo chcę zobaczyć bohaterów, którzy w równym stopniu są jaśni i mroczni. Bo tacy jesteśmy jako ludzie. Mnie samą bardzo to interesuje.














