Reklama

Reklama

"Sprawa Gorgonowej": Ta historia wstrząsnęła przedwojenną Polską

Mija 45 lat od premiery filmu Janusza Majewskiego "Sprawa Gorgonowej" - opartym na prawdziwej historii guwernantki oskarżonej o zabicie nastoletniej podopiecznej, która wstrząsnęła przedwojenną Polską. W tytułowej roli zobaczyliśmy Ewę Dałkowską.

Mija 45 lat od premiery filmu Janusza Majewskiego "Sprawa Gorgonowej" - opartym na prawdziwej historii guwernantki oskarżonej o zabicie nastoletniej podopiecznej, która wstrząsnęła przedwojenną Polską. W tytułowej roli zobaczyliśmy Ewę Dałkowską.
Ewa Dałkowska w filmie "Sprawa Gorgonowej" /Renata Pajchel /East News

Najsłynniejszy proces II RP

To był najsłynniejszy proces II RP. Rita Gorgonowa została skazana za zamordowanie 17-letniej córki swojego kochanka, lwowskiego architekta Henryka Zaremby. Gdy jego żona trafiła do zakładu psychiatrycznego, ten do opieki nad córką Elżbietą (Lusią) i synem Stanisławem zatrudnił piękną Ritę Gorgonową, którą poznał w jednej z lwowskich cukierni, gdzie kobieta pracowała. Rita jako guwernantka zamieszkała w willi Zaremby w Łączkach pod Lwowem. Ich znajomość przerodziła się w romans, który trwał kilka lat, a skomplikował się, gdy 17-letnia już córka Zaremby zbuntowała się i zażądała od ojca rozstania z kochanką. Ojciec postanowił przenieść się z Lusią od stycznia 1932 roku do Lwowa. Gorgonowa wraz z córką Romaną, którą urodziła Zarembie, miała pozostać w majątku w Łączkach. 

Reklama

Plany te pokrzyżowały wydarzenia w nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku. Lusia została zamordowana. Ofiara została zabita kilofem do lodu, który znaleziono w przydomowym basenie. Zwłoki dziewczynki w jej łóżku odkrył brat Stanisław, którego o północy obudził skowyt psa Luksa. W postaci przemykąjącej w holu w stronę werandy rozpoznał Gorgonową. Gdy chłopiec zaczął krzyczeć, do pokoju przybiegł Zaremba, a za nim Rita w koszuli nocnej i futrze. Guwernantkę aresztowano już dzień po morderstwie. 

Podczas procesu Gorgonowa plątała się w zeznaniach, na jej ubraniu znaleziono ślady krwi i szybko uznano ją za główną podejrzaną. Sąd działał pod dużą presją społeczną. Podczas wizji lokalnej tłum chciał zlinczować "Gorgoniachę" - tak oskarżoną kobietę nazywały gazety. Prokurator nie miał wątpliwości, że to ona weszła do pokoju dziewczyny uzbrojona w kilof i uderzyła ją kilka razy w głowę. Potem upozorowała gwałt. Proces był poszlakowy, a Gorgonowa nie przyznawała się do winy. 

14 maja 1932 r. lwowski sąd skazał Ritę na karę śmierci przez powieszenie. Gorgonowa złożyła apelację. Zawieziono ją do krakowskiego więzienia św. Michała. To tam urodziła drugą córkę, której Zaremba nie uznał i dziewczynka trafiła do sierocińca. Podczas procesu apelacyjnego sąd potwierdził winę Rity, ale zmienił kwalifikację jej czynu, uznając, że było to zabójstwo w afekcie i "zbrodnia popełniona pod wpływem ogromnego wzruszenia". Gorgonową skazano na 8 lat więzienia, ale wyszła z niego przed czasem - na mocy amnestii we wrześniu 1939 r.

Przedwojenna Polska lat 30. XX wieku

Film Janusza Majewskiego jest odtworzeniem tych zajść, ale główny nacisk położony w nim został na przedstawienie samego procesu wytoczonego Gorgonowej. "Chcieliśmy w tym filmie podkreślić fundamentalną zasadę prawa, że do skazania potrzebne są niekwestionowane dowody winy, a jeśli ich nie ma, to oskarżonego należy uniewinnić" - powiedział reżyser w czasie jednej z dyskusji jaka odbyła się po projekcji filmu.

Reżyser Janusz Majewski przyznał, że o sprawie Gorgonowej po raz pierwszy dowiedział się, kiedy jako młody chłopiec , jeszcze w czasach okupacji we Lwowie, trafił na strychu na roczniki tygodnika "Tajny Detektyw". Po wojnie sprawa Gorgonowej wróciła w gazecie "Echo Dnia", w której opublikowano artykuł o tym, że ogrodnik inżyniera Zaremby przyznał się do zamordowania Lusi.

Pomysł filmu o głośnym procesie podsunął reżyserowi Bolesław Michałek, kiedy Majewski ugruntował już swoja reżyserką pozycję "Zazdrością i medycyną" oraz "Zaklętymi rewirami". "Pojechaliśmy z Bolem do Krakowa i w archiwum sądu zaczęliśmy wertować akta sprawy Rity Gorgonowej" - Majewski napisał we wspomnieniowej książce "Ostatni klaps".

Reżyser dodawał, że bardziej od wyjaśnienia zagadki głośnej zbrodni, interesowało go pokazanie "nastrojów i stanu umysłów przedwojennej Polski lat trzydziestych".

"Wertując stosy akt i innych materiałów, w tym licznych wycinków prasowych, zrozumieliśmy z Bolesławem, że nie możemy kusić się na rozwiązanie zagadki tej zbrodni, skoro ani werdykty sądowe nie przesądzały bezapelacyjnie winy Gorgonowej - została skazana na podstawie poszlak i nigdy do zabójstwa Lusi się nie przyznała, ani późniejsze lata nie rzuciły  nowego światła na sprawę. Uderzył nas za to niezwykły oddźwięk procesów w społeczeństwie, atmosfera im towarzysząca, w dużej mierze zmanipulowana przez prasę, ale też odzwierciedlająca nastroje i stan umysłów przedwojennej Polski lat trzydziestych. Skierowanie uwagi na klimat, szczegóły obyczajowe, na wierne odtworzenie epoki było bardzo w moim guście, z zapałem i swoistą rozkoszą zanurzyłem się w konstruowanie scenariusza, gdzie drobiazgowe budowanie prawdy tej sprawy przez dbałość o wiarygodność najmniejszego rekwizytu było wyzwaniem ambitnym".

Twórcy "Sprawy Gorgonowej" w sądzie

Tuż po premierze filmu twórców czekała jednak niemiła niespodzianka.

"Zostaliśmy pozwani przez krewnego profesora Jana Olbrychta, nieżyjącego już wybitnego uczonego, który występował w procesie Gorgonowej jako rzeczoznawca - za rzekome znieważenie jego pamięci. Krewny ów dopatrzył się w postaci niewymienionego z nazwiska rzeczoznawcy, granego w filmie przez Wojciecha Pszoniaka, złośliwej karykatury swego sławnego stryja.(...) Pozew od razu wydał nam się dziwaczny, ale stawiliśmy się na wezwanie sądu" - przypomniał Majewski.

Rozprawa odbyła się w sali sądu w Lesznie, gdzie filmowcy kręcili wcześniej sceny "Sprawy Gorgonowej". Wyrok nie był dla nich korzystny - oprócz poniesienia kosztów procesu Majewski i Michałek musieli opublikować w gazetach przeprosiny, dodatkowo sąd nakazał im usunięcie z filmu wszystkich scen z udziałem rzeczoznawcy.

"Wtedy otworzyły nam się oczy: wytoczony nam proces był w istocie atakiem na 'Zespół X' i jego kierownictwo, to jest Andrzeja Wajdę i Bolesława Michałka, atakiem, za którym stał osławiony 'Grunwald' Poręby. Zaraz bowiem pojawiły się publikacje dyżurnych piewców ideologii tego ugrupowania, z furią atakujące pozornie film, a naprawdę znienawidzonych 'szyderców', czyli ludzi mających odwagę myśleć" - wyjaśnił Majewski, przypominając działalność Stowarzyszenia Patriotycznego "Grunwald", którego działaczem był znany reżyser Bohdan Poręba.

Ostatecznie Majewskiego i Michałka uniewinniono. "Sprawa Gorgonowej" okazała się zaś kinowym hitem a na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdańsku nagrodzono autora zdjęć do filmu - Zygmunta Samosiuka.

Ewa Dałkowska: Rys tragizmu wpisany w wyraz twarzy

Film był jednak aktorskim popisem odtwórczyni tytułowej roli - Ewy Dałkowskiej.

"Ewa Dałkowska wydawała się wręcz stworzona do takiej roli: południowy typ urody, idealny wiek, rys tragizmu wpisany w wyraz twarzy, no i doskonały warsztat aktorski. Nie pamiętam już, kto mi zwrócił na nią uwagę, czy robiliśmy jakieś próbne zdjęcia, w każdym razie, kiedy podjąłem decyzję, byłem bardzo do niej przekonany" - Janusz Majewski pisał w "Ostatnim klapsie".

Reżyser "Sprawy Gorgonowej" twierdził, że rola Dałkowskiej sprawiła, że widz uwierzył w niewinność bohaterki. 

"Nasi aktorzy wynoszą ze szkół przekonanie, że mają moralny obowiązek bronić odtwarzanej postaci, nawet gdy jest to postać z gruntu negatywna: krwawy, morderczy potwór, trzeba znaleźć w nim ludzkie cechy i okazać współczucie, nim skarze się go na potępienie. Rola Gorgonowej była okazją do takiego właśnie podejścia: w zbiorowej pamięci żyła jako demon zbrodni, a fakty niekoniecznie potwierdzały jej winę, tym bardziej więc zasługiwała na obronę. Opierając się na takim założeniu, Ewa stworzyła rolę wielką, przejmującą  i wiarygodną, zdecydowanie powyżej poziomu tego, co spotykało się w naszych filmach, aczkolwiek może zbyt przekonująco zasugerowała niewinność Gorgonowej, o czym my nie chcieliśmy przesądzać".

"Zrobiliśmy film, o którym pisano, że był zbyt powściągliwy, zbyt chłodny, a jednak rozwścieczyliśmy czerwonych nacjonalistów tak bardzo, że aż zmontowali przeciw nam proces, wywołaliśmy dyskusje w kołach prawniczych, a co najważniejsze, publiczność na niego poszła. A moją prywatną satysfakcją było to, że znowu, po Marku Kondracie w 'Zaklętych rewirach', wylansowałem nową gwiazdę, odkryłem nowy wybitny talent aktorski - Ewę Dałkowską" - podsumował Janusz Majewski.

"Ta kreacja wymagała brawury. Aktorka nie próbowała niczego sugerować, nie ułatwiała decyzji widzowi, nie odwoływała się do sentymentalnych uczuć. Stworzyła postać nieco enigmatyczną, wzruszającą w wymiarze czysto ludzkim, jakby niezależnie od oceny sprawy. Nie ulega wątpliwości, że ta rola pozostanie wśród osiągnięć naszego kina" - czytaliśmy w "Filmie". 

Po premierze filmu Janusza Majewskiego koledzy aktorki mieli zaintonować piosenkę "Ewa Dałkowska, filmu polskiego Matka Boska".

Czytaj więcej:

Kevin Spacey: Kolejna osoba oskarżyła aktora o przestępstwa seksualne

Anne Heche: Rodzina zmarłej aktorki pozwana do sądu przez ofiarę wypadku

Hanna Englert studiowała w USA. Dlaczego wróciła do Polski

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Janusz Majewski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy