Reklama

​Greta Gerwig: Jo March reżyserii

Nie potrafię dziś stwierdzić, czy zawsze lubiłam Jo March, bo była podobna do mnie czy pewnego dnia uznałam, że chcę być taka jak ona - wspomniała Greta Gerwig, twórczyni filmu "Małe kobietki", zrealizowanego na podstawie powieści Louisy May Alcott. Nominowana do sześciu Oscarów opowieść o losach czterech sióstr już w polskich kinach.

Greta Gerwig sprawdza się zarówno przed, jak i za kamerą

Rodzinę Marchów poznajemy w Boże Narodzenie 1863 r., gdy w Stanach Zjednoczonych trwa wojna secesyjna, a głowa rodziny wyrusza na front, pozostawiając w domu żonę Marmee (Laura Dern) oraz cztery córki: łaknącą dobrobytu, przejawiającą zdolności aktorskie Meg (Emma Watson), zbuntowaną, ambitną Jo, której pasją jest pisanie (Saoirse Ronan), obdarzoną talentem muzycznym, nieśmiałą Beth (Eliza Scanlen) oraz rozpieszczoną Amy (Florence Pugh), która otwarcie deklaruje, że chce zostać "albo wielką malarką albo żadną".

Reklama

Przyjacielem dziewcząt jest zamożny sąsiad i rówieśnik Laurie (Timothée Chalamet). U progu dorosłości panny March stają przed coraz poważniejszymi wyborami, które można zamknąć w słowach: "mieć czy być". Jako kobiety pochodzące z ubogiej rodziny nie mają jasnych widoków na przyszłość, o czym z upodobaniem przypomina im bogata, ale skąpa ciotka (Meryl Streep). Najłatwiejszym sposobem na zapewnienie sobie życia na odpowiednim poziomie, wydaje się wyjście za mąż za dobrze sytuowanego mężczyznę.

Tylko co z młodzieńczymi pasjami? Czasami przegrywają z nieubłaganą rzeczywistością, czasami z uczuciami. Tak jak w przypadku Meg, która zakochuje się i poślubia ubogiego guwernanta, rezygnując tym samym z zawodowych aspiracji. Również Amy zmienia plany i wychodzi za mąż. W przeciwieństwie do starszej siostry, poślubia zamożnego mężczyznę. Jedyną z rodzeństwa, która pozostaje wierna dawnym postanowieniom, jest Jo. "Kobiety mają dusze i umysły, nie tylko serca. Mają ambicje i talenty, nie tylko urodę. I mam dość ludzi, którzy mówią, że miłość to jedyne, do czego kobiety się nadają" - mówi. Zanim jednak wyda upragnioną książkę, zaliczy wiele lekcji pokory. Będzie także musiała przekonać wydawcę, że saga o losach czterech kobiet zyska rzesze czytelników.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Jo March to alter ego Gerwig, która od dziecka chciała zostać artystką. Jak podkreśla w wywiadach, literatura i teatr ukształtowały jej sposób patrzenia na świat, wpoiły pojęcie moralności, dobra i zła. Jedną z jej ukochanych książek były właśnie "Małe kobietki" Louisy May Alcott. "Lubiłam zwłaszcza zbuntowaną Jo. Nie potrafię dziś stwierdzić, czy czułam do niej sympatię, bo była podobna do mnie, czy po prostu pewnego dnia uznałam, że chcę być taka jak ona (...). Czułam, że zna moje sekrety. A czytając tę książkę po latach, miałam wrażenie, że pewne rzeczy, które jej się przytrafiły, miały miejsce w moim życiu" - wspominała portalowi "Deadline".

Kolejną pasją urodzonej 4 sierpnia 1983 w kalifornijskim Sacramento Grety był balet. "Zawsze wiedziałam, że nie mam naturalnego talentu do tańca. Nie miałam wystarczająco dużo sił, moje stopy nie były w porządku, ale pracowałam ciężej niż ktokolwiek inny. I sądzę, że to mi zostało. Nic nie zastąpi ciężkiej pracy" - powiedziała "The Guardian". Aktorstwem zainteresowała się już w szkole średniej, ale dopiero podczas studiów filozoficznych i filologicznych w nowojorskim Bernard College zaczęła myśleć o tym zawodzie bardziej serio.

Nie udało jej się dostać na studia dramatopisarskie, dlatego zamiast zdobywać wiedzę w murach uczelni postawiła na praktykę. Razem z grupą przyjaciół, niezależnych filmowców, pracowała na planie niskobudżetowych, artystycznych produkcji, wśród nich "LOL" i "Hannah wchodzi po schodach" Joego Swanberga oraz "Noce i weekendy", który współreżyserowała. Dzięki Swanbergowi poznała Noaha Baumbacha, który obsadził ją w "Greenbergu" w roli Florence, młodej kobiety o wyjątkowo pogmatwanej osobowości.

Film, który trafił do kin w 2010 r., otworzył nowy rozdział w życiu Gerwig. Zarówno  zawodowym, jak i uczuciowym, bo wtedy rozpoczął się jej związek i współpraca z Baumbachem. Ich kolejnym filmem była ciepło przyjęta przez krytyków "Frances Ha" (2012). To utrzymana w czarno-białej stylistyce opowieść o 27-letniej tancerce, tytułowej Frances, która marzy o występach w profesjonalnym zespole. Greta zagrała główną rolę i była współautorką scenariusza, Noah zajął się reżyserią.

Kariera Amerykanki nabrała tempa. Jeszcze w tym samym roku wystąpiła w "Zakochanych w Rzymie" Woody'ego Allena i "Loli Versus" Daryla Weina, a niespełna dwa lata później - w "Upokorzeniu" Barry'ego Levinsona u boku Ala Pacino. W 2015 r. odbyła się premiera jej kolejnego filmu zrealizowanego z Baumbachem - "Mistress America". Tym razem zagrała Brooke, 30-letnią mieszkankę nowojorskiej metropolii z tysiącem pomysłów na życie, która pragnie zaimponować młodszej, przyrodniej siostrze. I podobnie jak w przypadku "Frances Ha", także tutaj Greta współtworzyła scenariusz, a Noah stanął za kamerą. "Bardzo lubię z nim pracować. Mam nadzieję, że napiszemy wspólnie kolejny film, bo to naprawdę fajna przygoda. Chciałabym też kiedyś założyć własną firmę producencką" - mówiła niedługo po premierze "Mistress America".

W 2017 r. światło dzienne ujrzał debiutancki, autorski film Gerwig "Lady Bird". Zawierająca elementy autobiograficzne historia o uczęszczającej do katolickiego liceum Christine (Saoirse Ronan), która marzy o opuszczeniu domu rodzinnego i przeprowadzce na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, zdobyła pięć nominacji do Oscara, w tym za najlepszą reżyserię i scenariusz oryginalny. "Zaczęłam płakać, śmiać się i krzyczeć. To wciąż jeszcze wydaje się nierealne. Wciąż wzbudza we mnie niedowierzanie i szczęście" - mówiła po ogłoszeniu nominacji. Film nie zdobył statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej. Został natomiast uhonorowany Złotymi Globami dla najlepszej komedii lub musicalu oraz aktorki w komedii lub musicalu. Gerwig doceniono także nagrodą Independent Spirit za scenariusz.

Dzięki sukcesowi "Lady Bird" Greta rozwinęła skrzydła. Niespełna trzy lata później na wielki ekran wszedł jej najnowszy film "Małe kobietki", w którym po raz kolejny współpracuje z Timothée Chalametem i Saoirse Ronan. Ta druga znajomość zaowocowała także przyjaźnią poza planem. Jak wyjawiła reżyserka w rozmowie z "The Hollywood Reporter", przewiduje długą współpracę z Ronan. "Chciałabym zobaczyć, jaki film nakręcimy, gdy Saoirse będzie miała 50 lat, a ja 60 (...). Odkąd ją poznałam, z 20-latki stała się 25-latką, a ja z 30-latki przemieniłam się w 35-latkę. Czuję, że razem dojrzewałyśmy. Mam nadzieję, że razem też się zestarzejemy i będziemy kręcić filmy o starszych damach" - powiedziała.

Od 31 stycznia "Małe kobietki" można oglądać w polskich kinach. W nocy z niedzieli na poniedziałek obraz powalczy o Oscary dla najlepszego filmu, aktorki pierwszoplanowej (Ronan) i drugoplanowej (Pugh), za najlepszy scenariusz adaptowany, muzykę oryginalną i kostiumy. Szeroko dyskutowany przez krytyków jest brak nominacji dla Gerwig w kategorii reżyserskiej. Co na to sama artystka? "Filmowa Amy mawiała, że 'czasy są trudne dla ambitnych dziewcząt'. Cóż, nadal niewiele się w tej kwestii zmieniło" - zwróciła uwagę w jednym z wywiadów. W rozmowie z "The Guardian" podkreśliła z kolei, że ani nagrody ani nominacje nie przesądzają o tym, czy zrealizuje kolejny film. "Będę robić filmy bez względu na wszystko" - zapowiedziała.

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Małe kobietki (film) | Greta Gerwig

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje