"La Grazia": duch Krzysztofa Kieślowskiego
Kadencja głowy państwa kończy się za sześć miesięcy, w blokach startowych jest już nowy kandydat, a De Santis ma przed sobą decyzje, które mogą przesądzić o jego spuściźnie. Na stole leży bowiem kontrowersyjna ustawa oraz dwa wnioski o ułaskawienie w sprawach dotyczących morderstw. Podpisze czy nie podpisze? W oczach mężczyzny, który jest wybitnym jurystą, nie ma w tej sytuacji dobrego rozwiązania, zarówno z moralnego, jak i politycznego punktu widzenia. Sorrentino buduje fabułę filmu na rozterkach, moralnych dylematach i wątpliwościach, jakie towarzyszą głównemu bohaterowi. Pobrzmiewa tu duch Krzysztofa Kieślowskiego, którego "Dekalogiem" włoski reżyser jest zafascynowany od lat.
Zagwozdek jest w "La Grazii" więcej, bo kwestią, która spędza prezydentowi sen z powiek, jest ustalenie tożsamości kochanka jego zmarłej żony Aurory. Niepewność i tęsknota napędzają zatem "La Grazię" w równej mierze, co polityczna zawierucha. Włoski reżyser ukazuje deprymującą rutynę związaną z piastowaniem najwyższego państwowego urzędu, a także te krótkie chwile, w których bohater może być sobą. Na przykład rytualne zapalenie papierosa, zamówienie pizzy czy słuchanie włoskiego gangsta rapu. Choć najlepiej, żeby nikt tego nie widział ani nie słyszał.

"La Grazia". O prezydenturze z przymrużeniem oka
"La Grazia" to opowieść o samotności człowieka, który niemal w każdej chwili jest otoczony przez grono ludzi. Jak nie asystentka z napiętym planem dnia, to bliski mu polityk, próbujący pod stołem załatwić swoje interesy albo flirtująca ponętna ambasadorka. Wreszcie oklaskujący go tłum na inauguracji sezonu w La Scali. Nawet córka, która pracuje w prezydenckiej kancelarii i jest jego bliską współpracowniczką, wydaje się ciałem obcym, bo zdecydowanie lepiej idą im relacje formalne niż rodzinne. De Santis swobodnie może rozmawiać tylko z niektórymi - szefem ochrony, ekscentryczną przyjaciółką (Milvia Marigliano w bardzo dobrej roli drugoplanowej) z dawnych lat czy… papieżem. A w tej ostatniej kwestii Sorrentino jest prawdziwie postępowy, choć czego innego spodziewać się po twórcy "Młodego papieża".
Opowieść o mężczyźnie mającym w swoim ręku niemalże pełnię władzy, nawet jeżeli jest to jej zmierzch, byłaby pewnie trudniejsza do strawienia, gdyby nie humor, jaki serwuje nam Sorrentino. Mimo poważnego otwarcia - przytoczenia ustępu z włoskiej konstytucji, odnoszącego się do obowiązków i prerogatyw prezydenta - reżyser zwykle przebija balonik napuszenia, zanim ten napompuje się do końca. Sorrentino chętnie przedstawia szereg komicznych, często absurdalnych sytuacji, związanych nie z samym bohaterem, a z piastowaniem nobliwego urzędu. Bo kto powiedział, że nie można sobie pożartować z prezydenckiej etykiety. Bez względu na to, kogo ona dotyczy.
"La Grazia". Kolejna świetna rola Toniego Servillo
Wieloletnia współpraca pomiędzy Sorrentino i Tonim Servillo przełożyła się na to, że panowie rozumieją się bez słów. Przyjemnie ogląda się aktora, który świetnie czuje swojego bohatera, zawieszonego przez cały czas między powagą a karykaturą. Między tym, co wypada a czego raczej nie. Przynajmniej do końca prezydentury. Servillo za pomocą słów, gestów i spojrzeń oddaje pełnię tych emocji. Choć wciśnięty w elegancki garnitur, z perfekcyjną fryzurą i nienaganną prezencją, ma w sobie coś z figlarności Jepa Gambardelli, głównego bohatera "Wielkiego piękna".
O "La Grazii" można by mówić wiele, ale równie dobrze da się go opowiedzieć w jednym zdaniu. Włoski reżyser zrobił film o facecie, który marzy o tym, żeby wszyscy dali mu święty spokój.
8/10
"La Grazia", reż. Paolo Sorrentino, Włochy 2025, dystrybucja: Gutek Film, polska premiera kinowa: 6 lutego 2026 roku.










