Reklama

Reklama

Detektyw na parkiecie

Kiedy Maciej Friedek dostał telefon z propozycją udziału w "Tańcu z gwiazdami" myślał, że to żart. Długo próbował się z tego wymigać - bał się, że nie da rady. Dziś, mimo wielkiego zmęczenia, tryska humorem i optymizmem.

Codzienne kilkugodzinne treningi dają mu w kość, ale mimo tego nie opuszcza go dobry nastrój. Wie, że nie zostanie królem parkietu, ale może właśnie za to widzowie darzą go sympatią.

Przygotowania do "Tańca z gwiazdami" to ciężki wysiłek. Friedek jest jednak byłym policjantem, któremu nie obce jest fizyczne zmęcznie.

- Od 6 lat, czyli odkąd pracuję w serialu 'Detektywi', mam mniej czasu na aktywny sport. Pojawiał się czasem squash czy hokej, ale nie za często. Moja żona się śmieje, że teraz to tylko torba ze sprzętem przeszkadza w mieszkaniu, bo jest wielkości sporej walizki. Porzuciłem hokej, bo okazał się morderczym sportem - opowiada.

Reklama

Udział w programie okazał się więc okazją, aby znowu intensywnie poćwiczyć.

- Kiedy dostałem telefon, pomyślałem, że to jest żart, że ważna osoba, która do mnie zadzwoniła pomyliła numery. Potem chciałem odmówić, bałem się, że zwyczajnie nie dam rady. Zacząłem więc wysuwać twarde argumenty, żeby odeprzeć atak - przepraszam, zaproszenie do programu. Mówiłem o chorym kolanie, które może mi odmówić posłuszeństwa, że nie będę widział dzieci, bo treningi są w Warszawie? Usłyszałem, że dostanę świetnego lekarza, a tancerka może przyjeżdżać do Krakowa. Jednak wciąż kombinowałem, jak się z tego wymigać. Kropkę nad i postawiła moja żona, która powiedziała, że dobrze tańczę, mam poczucie rytmu i powinienem spróbować - śmieje się Friedek.

- Ale nikt nie sprawdził, czy rzeczywiście mam poczucie rytmu. Nikogo to nie interesowało, bo to nie program o tańcu - dodaje.

Według niego bowiem "Taniec z gwiazdami" to program o tym, jak się uczyć tańca w szybkim tempie i o tym, że można przekraczać bariery w swoim życiu.

- I to chyba ludzi najbardziej interesuje - im gorzej ktoś zaczyna i lepiej kończy, tym widzom się bardziej podoba. Sam śmiałem się, kiedy czytałem wywiady, w których gwiazdy opowiadały o tym, jak to pokonały kolejną barierę, przezwyciężyły swoje słabości. Teraz, gdy poczułem to na własnej skórze, mogę się pod tym podpisać dwiema rękami. Schudłem kilkanaście kilo, tańczę 6 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu z zawodową tancerką, która tańczy od 19 lat, a niewiele więcej ma - wyjaśnia aktor.

Artysta przyznaje, że po wielu tygodniach treningów ma już większą śmiałość na parkiecie.

- Na początku, kiedy inne pary przychodziły nas podglądać, chowałem się, ponieważ wstydziłem się każdego kroku, ale teraz jest to dla mnie normalne. W końcu każdy uczy się czegoś nowego i może wyglądać nieco niezdarnie. Nawet kiedy pierwszego dnia prób do nowego tańca poruszam się po sali jak orangutan powykrzywiany w różne strony, bardziej mnie to bawi niż przeraża - żartuje.

Friedek wyznaje, że jego współpracownicy z planu "Detektywów" bardzo pozytywnie zareagowali na jego udział w programie.

- Na początku trochę się bałem, że pomyślą: 'Maćkowi odbiło, poszedł do programu, taka z niego stała się gwiazda'. Nasze stosunki w pracy są bardzo fajne i nie chciałem, żeby się zmieniły. Okazało się, że program wzbudził bardzo pozytywne emocje. Dostaję od koleżanek i kolegów esemesy, telefony. Na planie traktują mnie z jeszcze większą sympatią. Pracujemy razem 6 lat i cza-sem wpadaliśmy w rutynę, a mój udział w 'Tańcu...' stał się powiewem świeżości dla całej ekipy. Teraz wszyscy mają inny temat do rozmów, niż tylko praca. Podpytują, jak było na nagraniu, które tancerki są ładne, które gwiazdy sympatyczne - kończy były policjant.

Z Maciejem Friedkiem rozmawiała Anna Woźniak.

Więcej czytaj w magazynie "Tele Tydzień"

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: żart | Maciej Friedek | telefon | Taniec z gwiazdami | detektyw

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy