Tysiące poradników, porad i coachów, ale i tak ostatecznie z codziennymi wyzwaniami każdy musi się zmierzyć na własną rękę. Dotyczy to również gwiazdy programu kulinarnego "Top Chef" Cécile Béguin (w tej roli piosenkarka Juliette Armanet).
Nieplanowana ciąża, trzy zawały i gwiazdki Michelin
W przeddzień otwarcia swojej pierwszej restauracji z ambicjami na gwiazdki Michelin znana szefowa kuchni odkrywa, że jest w ciąży. Nigdy tego nie planowała, przed laty podjęła decyzję o bezdzietności. Stało się. I to w chwili, gdy musi jeszcze ustalić i domknąć milion rzeczy związanych z nowym lokalem. Zakupy. Goście. Sesja zdjęciowa. I danie! Popisowe - takie, które ludzie zapamiętają i wrzucą na Insta i otagują.
W tym trybie i tempie nie ma miejsca i czasu na nic innego, a jednak Cécile musi je znaleźć. Poza kreseczkami na teście ciążowym, są jeszcze telefony od mamy. Ojciec bohaterki po kolejnym, trzecim już zawale, nie chce przejść na emeryturę (jaki ojciec, taka córka…). Béguin wraca w rodzinne strony. Plan ma prosty: rzeczowa rozmowa z rodzicami i powrót do Paryża. Dzień, może dwa. Tyle przecież wystarczy?
Jak to zwykle bywa, krótka wizyta niespodziewanie wydłuża się. Ojciec (François Rollin) nie przyjmuje do wiadomości żadnej propozycji zmian. Matka (Dominique Blanc) jest coraz bardziej bezradna, sfrustrowana i przerażona stanem ukochanego męża. Przydrożny bar, który prowadzą razem od dekad: on w kuchni, ona wśród klientów, przedzieleni koralikową kotarką, chyli się ku finansowej katastrofie.
Na domiar złego na horyzoncie, a właściwie na brzegu jeziora, w trakcie lokalnego festynu, Cécile dostrzega atrakcyjnego blondyna z zawadiackim spojrzeniem (Bastien Bouillon). To jej dawna miłość. Czyżby romans sprzed lat miał nabrać nowych rumieńców?

"Przepis na szczęście": w przydrożnych barach jedzenie lepsze
"Przepis na szczęście" w reżyserii Amélie Bonnin otwierał ostatni festiwal w Cannes. Po raz pierwszy w historii festiwalu organizatorzy tak zaszczytne miejsce w programie (choć poza konkursem) przyznali debiutującej reżyserce. Z pozoru wybór może zaskakiwać. To skromne, kameralne kino. Bez pompy. Bez artystowskiego zacięcia. Bufonady. Bez długich ujęć. Bez egzystencjalnych dylematów wykraczających poza skalę i możliwości jednostki. Prostota ma jednak swój nieodparty powab. Może w tym przypadku uzasadnione byłoby nawet napisanie, że smak.
Warstwa kulinarna "Przepisu…" nie jest przesadnie wyeksponowana. To polska interpretacja, oryginał bowiem brzmi "Partir un Jour", co dosłownie można by przetłumaczyć jako "wyjechać kiedyś" lub "pewnego dnia wyjechać". To nie "Czekolada", "Julie i Julia", "Smak curry", "Jiro śni o sushi" czy "Bulion i inne namiętności" - seans, w czasie którego apetyt wzmaga się z każdą sceną. Owszem, kamera zagląda do kuchni i przygląda się siekaniu, krajaniu, smażeniu, ale daleko temu portretowi do "food porn". Jedzenia jest tylko tyle, ile potrzeba, aby zrozumieć świat pasji Béguin. Co innego relacje międzyludzkie.
W "Przepisie na szczęście" idzie właśnie o więzi. Krótka wyprawa do rodziny jest podróżą sentymentalną, ale jednocześnie pozwala Cécile sprawdzić, kim jest i skąd się wywodzi, czego chce. Zapiski jej ojca sugerują, że długo od tych korzeni uciekała, może nawet ich wstydziła. W "Top Chef" nie szczędziła kąśliwych uwag na temat realiów prowincjonalnej knajpki i jej gości, którzy na hasło Michelin myślą o oponach do samochodów. To jest jednak jej dom. Tu zaczynała gotować, a jej pierwszym mentorem był tata.
Nucąc pod nosem. Uroku opowieści dodaje muzyka
Uroku opowieści dodaje muzyka. I to nie ta, którą można usłyszeć obok historii, jako jej ilustrację, ale w niej samej. "Przepis na szczęście" łączy bowiem elementy dramatu rodzinnego, komedii i… musicalu. Podobnie jednak jak w przypadku kulinariów - kolejne numery nie wkraczają nachalnie w przestrzeń widza i bohaterów, raczej wypływają zaskakująco naturalnie z sytuacji. Chce się je nucić razem z Armanet. W jej wykonaniach jest dużo lekkości, są organicznie związane z treścią i osobowością postaci.
Czasami najgorszą rzeczą, którą można powiedzieć o filmie, to nazwać go sympatycznym. I szybko zapomnieć. A jednak dla "Przepisu na szczęście" to najlepsze i pozytywne określenie. Amélie Bonnin, która napisała scenariusz z Dimitrim Lucasem, zaprasza nas do obejrzenia opowieści, w której każdy może się przejrzeć. A może tylko (aż?) do wyjazdu na krótkie, francuskie wakacje? W tych przydrożnych barach często podają dania lepsze niż niejedna wykwintna potrawa z restauracji z przewodnika Michelin.
6/10
"Przepis na szczęście" (Partir un jour), reż. Amélie Bonnin, Francja 2025, dystrybutor: Aurora Films, premiera kinowa: 6 lutego 2026 roku.










