Reklama

"Pajęcza głowa": Skończcie ten eksperyment! [recenzja]

Scena z filmu "Pajęcza głowa" /Netflix © 2022 /materiały prasowe

Niezła, charyzmatyczna obsada; reżyser, który kino akcji ma w małym palcu; dobry pomysł fabularny, atrakcyjne dla oka wnętrza i malownicza wyspa. I film, który tak bardzo rozczarowuje, choć dawał nadzieję na miło spędzony wieczór.

Ktoś kiedyś policzył, ile w danym filmie potrzeba scen akcji, seksu i humoru, żeby wyprodukować murowany hit. Obejrzał z kajetem w ręce wszystkie te hollywoodzkie blockbustery, które ściągały do kin miliony i uzyskał gotową wyliczankę, wzór-marzenie. "Pajęcza głowa" albo te proporcje skrajnie pomyliła albo jest idealnym przykładem tego, że bez pewnej iskry i odrobiny odwagi dobrego kina nie da się zrealizować. A już na pewno nie da się wyjść poza sztampę. Gdyby nie pierwszoligowa obsada i atrakcyjna wizualna warstwa filmu, można by sądzić, że to jakiś telewizyjny produkcyjniak kupiony przez dystrybutora w pakiecie z innym, znacznie lepszym tytułem.

Reklama

"Pajęcza głowa": Jak telewizyjny produkcyjniak

Co poszło nie tak? Wszystko wydaje się na swoim miejscu. To znaczy na miejscu, gdyby odhaczać komórki w arkuszu kalkulacyjnym. Aktorzy? Tak - są: Thor we własnej osobie, czyli Chris Hemsworth. Tu jako sexy-crazy naukowiec Steve Abnesti z eleganckimi oprawkami, wysportowanym ciałem i złowieszczym planem (ale o fabule za momencik). Obok niego Miles Teller - przeszedł już swoje, przeciągnięty najpierw przez J.K. Simmonsa w "Whiplash", a ostatnio przez Toma Cruise’a w "Top Gun Maverick", (jako syn Goose’a, więc nie ma żartów). Tu jest głównie sexy, ale prześladują go wyrzuty sumienia, które motywują go do przejrzenia niecnych szachrajstw granego przez Hemswortha Abnestiego. W tle kilka pań - jedna jako obiekt prawdziwej miłości (Jurnee Smollett), druga - jako obiekt chwilowej namiętności, stymulowanej wstrzykniętymi w rdzeń kręgowy lekami (Tess Haubrich). Dobry zestaw, nie można narzekać. Wszyscy piękni, charyzmatyczni, tak naprawdę ratują sytuację i sprawiają, że "Pajęczą głowę" w ogóle da się oglądać.

Kolejne komórki arkusza kalkulacyjnego po odhaczeniu też wiele obiecują. Reżyseria: proszę - Joseph Kosinski. Zrobił świetną robotę z "Top Gun Maverick", wcześniej wciągnął widzów w światy takich filmów jak "Tron: Dziedzictwo" czy "Niepamięć". Kino akcji ma w małym palcu, potrafi je sprawnie prowadzić. Nie tym razem. "Pajęcza głowa" trwa 106 minut, a jednak ciągnie się i ciągnie. Kolejne sceny jakoś nie mogą pchnąć wydarzeń do przodu; atrakcyjne, gdy widzi się je po raz pierwszy, powtarzane dalej - zaczynają usypiać. Niby słowa zaczynają padać inne, lek na szczęście zamienia się w lek z demonami, ale dreszczu emocji brak. Wiadomo, jak to się dalej potoczy.

"Pajęcza głowa": Nużący eksperyment

I tu dochodzimy do scenariusza - serca filmowej opowieści autorstwa Rhetta Reese’a i Paula Wernicka, czyli duetu, który wcześniej współpracował m.in. przy "Zombieland" i "Deadpoolach" (czyli przy całkiem udanej rozrywce). Na warsztat wzięli opowiadanie "Escape from Spiderhead" George’a Saundersa. Na pierwszy rzut oka - ta komórka w arkuszu kalkulacyjnym mogła rozbłysnąć zielonymi jak trawa dolarami.

"Pajęcza głowa" to dystopijny świat (osobiście dystopie kocham), rozwieszony gdzieś pomiędzy "Gattacą - szokiem przyszłości" Andrew Niccola, "Ex Machiną" Alexa Garlanda i "Wyspą" Michaela Baya. Przez ułamek sekundy w głowie zaświtać może jeszcze "Wyspa tajemnic" Martina Scorsese - jeżeli uwzględni się, że akcja rozgrywa się w więzieniu na wyspie, które skazańcy mogą wybrać zamiast regularnego więzienia stanowego pod warunkiem, że zgodzą się stać królikami doświadczalnymi dla nowej generacji leków-psychodelików. Może jeszcze na myśl przyjdą "Odmienne stany świadomości" Kena Russella. Ale...

Wszystkie miłe dla oka i ucha referencje, budzący zaintrygowanie eksperyment na ludzkiej duszy z pomocą chemii, błyskawicznie rozmywają się. Zostaje wierzchnia warstwa: minimalistyczne wnętrza (beton przełamywany odrobiną drewna), muzyka (kilka przebojów w ścieżce dźwiękowej), krajobrazy, po prostu "punkt wyjścia". A potem... potem jest jakiś najbardziej nużący - jak na psychodelię - eksperyment świata. Co prawda na szybach i ścianach rozmazywane bywają to krew, to fekalia, a przed oczami bohaterów przemysłowe kominy błyszczą i zachwycają niczym Lucy in the Sky With Diamonds, ale... najpiękniej się robi, gdy "Pajęcza głowa" wreszcie dobieg kresu. Mogło być świetnie. Wyszło, jak wyszło.

4/10

"Pajęcza głowa" [Spiderhead], reż. John Kosinski, USA 2022, data premiery: 17 czerwca 2022 (Netflix)

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Pajęcza głowa | Netflix

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL