Dwa lata temu podczas festiwalu Camerimage miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z reżyserem "Elvisa" Bazem Luhrmanem, z którym rozmawiałem właśnie o tym, jak pokazać człowieka, który obrósł mitami i stał się ikoną. Luhrman przyznał, że jeszcze większym problemem dla niego było to, że Elvis Presley jest do dziś najczęściej naśladowanym i parodiowanym muzykiem. Kolejne pokolenia znają już nie tylko Elvisa z licznych filmów dokumentalnych i fragmentów koncertów, ale również z naśladowców, którzy od dekad przebierają się w kostium "Króla" i regularnie go parodiują, jak choćby kontrowersyjny komik Andy Kauffman (Jim Carrey wcielił się w niego w "Człowieku z księżyca" Milosa Formana).
Jak dotrzeć do prawdziwej twarzy kogoś, kto obok Marylin Monroe jest najbardziej wyrazistą ikoną światowej popkultury? Luhrman w fabularnym "Elvisie" (2022) pokazał, jak Presley (Austin Butler) stał się gadżetem w rękach swojego managera, diabolicznego pułkownika Toma Parkera (Tom Hanks). W "Epic: Elvis Presley in Concert" pułkownik pojawia się tylko na chwilę. Ten film ma pokazać Elvisa, opowiadającego o swoim życiu wyłącznie własnymi słowami.
Elvis sam o sobie, wyłącznie swoimi słowami
Podczas konferencji prasowej przed koncertami w Madison Square Garden w czerwcu 1972 Elvis został zapytany przez reportera, czy jest zadowolony ze swojego wizerunku. "Wizerunek to jedna rzecz, a bycie człowiekiem to coś innego, więc… to bardzo trudne podążać za swoim wizerunkiem" - odpowiedział. To bardzo istotna scena w filmie Luhrmana. Jego muzyczny dokument/koncert (ten film to zdumiewająca hybryda) buduje Elvisa z takich rzuconych tu i ówdzie zdań, fragmentów wywiadów i gestów. Zarówno na scenie, jak i podczas sesji nagraniowych. W większości są to nigdy wcześniej nie widziane ujęcia.
Podczas zdjęć do "Elvisa" Luhrman dowiedział się, że istnieje stos taśm z nagraniami Elvisa, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Blisko 60 godzin negatywów zostało znalezionych w biurach Warner Bros w Kansas. Nie tylko ujęć koncertowych, ale też domowych nagrań z kamery Super 8 z Graceland. Dwa lata trwało poszukiwanie i złożenie wszystkiego z dźwiękiem, w co zaangażował się Peter Jackson, który wcześniej dokonał podobnego wyczynu w dokumencie o The Beatles pt. "Get Back". Efekt jest wspaniały. Ja oglądałem ten zjawiskowy film w multipleksie, ale zazdroszczę tym, którzy zobaczyli go w kinie IMAX. Luhrman w jednym z wywiadów zapewnia, że do złożenia całości nie użyto AI, co musiało być przecież pokusą przy dzisiejszej technologii. "Jedynym efektem specjalnym w tym filmie jest to, jaki Elvis miał wpływ na publikę" - mówi reżyser.
"Epic: Elvis Presley in Concert". Takiego filmu jeszcze nie było
Od pierwszych ujęć widać wizjonerskie oko reżysera "Moulin Rouge". W ciągu kilku brawurowo zmontowanych minut przelatujemy przez rewolucyjne sceniczne początki Elvisa, symbolizowane przez jego "skandalizujące" i cenzurowane w telewizji poruszanie biodrami, służbę wojskową i nie do końca udaną karierę w Hollywood. Tak dochodzimy do serii występów między 1969 i 1977 rokiem z Las Vegas, które odsłaniają ludzką twarz Elvisa lepiej niż wszystkie jego fabularne biografie, na czele z "Elvisem" Luhrmana.
Wszystko wzbogacone jest fragmentami znanych występów z dwóch koncertowych filmów "Elvis: That's the Way It Is" (1970) i "Elvis on Tour" (1972), przy którym pracował młody Martin Scorsese, późniejszy reżyser genialnych koncertowych filmów o trasach Boba Dylana, Rolling Stones i The Band.
Luhrman nie raz dowodził, jak wizjonersko potrafi składać muzykę z obrazem ("Wielki Gatsby", "Romeo i Julia"), ale dopiero tutaj pokazuje swój talent w pełnej okazałości.
Łatwo mógł przy tym zgubić Elvisa jako człowieka. Presley był trochę enigmą. Unikał przecież wywiadów jeden na jeden. Nie wypowiadał się też na tematy polityczne (co zarzucano mu w gorących dla USA latach 70.), więc nie jest łatwo nakreślić jego wizerunek poza tym, co sam pokazywał na scenie. Tutaj widzimy nie tylko wyjątkowo charyzmatyczne "sceniczne zwierzę", które panuje nad publiką, ale też dowcipnego i pełnego uroku muzyka.

Elvis Presley: nie tylko obiekt westchnień rzeszy mdlejących fanek, ale również wybitny pieśniarz
Nie znałem Elvisa od tej strony. Luhrman błyskotliwie montując ze sobą sceny z nieznanych wcześniej sesji nagraniowych i znanych koncertów pokazuje, jakim muzycznym profesjonalistą był Elvis. Owszem, widzimy go jako celebrycko-religijny obiekt westchnień rzeszy mdlejących fanek, z którymi chętnie się całował w tłumie i na scenie (nie do pomyślenia w erze po rewolucji #metoo), ale przede wszystkim dostajemy obraz wybitnego pieśniarza, żonglującego muzycznymi gatunkami i stylami, które go już w dzieciństwie ukształtowały. To przecież człowiek rozciągnięty między białą i czarną kulturą. Między rhythm and blues/gospel, a "wieśniackim" (nazywano go przecież redneckiem i "białym śmieciem") country. Luhrman świetnie to pokazał w otwarciu fabularnego "Elvisa". Teraz dopełnia obraz.
"Elvis pożarł Amerykę, zanim ona pożarła jego" - to zdanie z napisanego w 1995 roku poematu "American David" kończy film. Napisał je Bono, który czyta je teraz w filmie. To jedyny głos kogoś z "zewnątrz", kto opisuje fenomen "Króla". Luhrman oddał głos samemu Elvisowi i wyciągnął prawdę o nim z jego tekstów, gestów na scenie i fragmentów wypowiedzi. No i piosenek, które na nowo wybrzmiewają tutaj z wielką mocą.
9/10
"Epic: Elvis Presley in Concert", reż. Baz Luhrmann, USA 2026, dystrybutor: UIP, polska premiera kinowa: 27 lutego 2026 roku.










