Reklama

"Nie patrz w górę": "Armageddon" naszych czasów [RECENZJA]

Leonardo DiCaprio i Jennifer Lawrence w filmie "Nie patrz w górę" /NIKO TAVERNISE/NETFLIX /materiały prasowe

Po seansie "Nie patrz w górę" rodzi się tęsknota za tymi pięknymi, prostymi czasami, kiedy na nadlatującą asteroidę wystarczyło posłać Bruce’a Willisa i Bena Afflecka, a potem wszyscy byli już szczęśliwi i wspólnie, globalnie, świętowali zwycięstwo. Jest jednak rok 2021 i Adam McKay każe nam przejrzeć się w lustrze satyry. Oto my. Oto nasz świat. Taki kolorowy, radosny, wyostrzony za pomocą instafiltrów, a jednak niezbyt fajny, zacietrzewiony i podzielony na pół.

O politycznych wyborach nie decydują ideały, przekonania czy linia partii, tylko bieżące sondaże. Zresztą nie tylko o nich: krzykliwe nagłówki (niedawno tak trafnie skomentowane przez HRejterów), puste, choć obowiązkowo głośne rozmowy na telewizyjnych i internetowych kanałach rozrywkowych i informacyjnych, podkręcane emocje i "kontrolowany" hejcik spod znaku "non-apology apology" / "my tylko żartowaliśmy". Wszystko odbite w reakcjach i hasztagach na Twitterze, Facebooku, TikToku.

Co powie użytkowniczka @malloryo0829? Bo może jednak jej się nie spodoba, przestanie śledzić, więcej nie kliknie? Nie kupi! Firmy z przydomkiem "analytics" chętnie sprawdzą, przygotują prezentację, przedstawią zleceniodawcom wykresy i zaproponują "plan ratunkowy" do natychmiastowego wdrożenia. Biznesmeni, którzy wolą być określani mianem wizjonerów ratujących ludzkość i zapewniający jej młodzieży akademiki bez okien (znacie przypadek Charliego Mungera?), wdrożą go bez mrugnięcia okiem. Może tylko zweryfikują jeszcze wyniki przy użyciu algorytmów. Tak to sobie płynie dzień za dniem na planecie Ziemia. Ale co, gdy tę sielankę przerwać spróbuje mknąca w stronę planety asteroida?

Reklama

"Nie patrz w górę": Wpływ pandemii

Adam McKay scenariusz "Nie patrz w górę" zaczął pisać jeszcze przed lockdownami i w swojej historii chciał odnieść się do kryzysu klimatycznego - przyjrzeć ludzkości odrobinę z boku. SARS-COV-2 sprawił, że filmowcom na planie na pewno pracowało się ciężej, gdyż obowiązywał ich reżim sanitarny, ale sama historia stała się jeszcze bardziej namacalna i aktualna jak nigdy wcześniej. Nazwa i typ zagrożenia nie mają jednak aż tak wielkiego znaczenia - filmoznawcy powiedzieliby może nawet, że to typowy MacGuffin, który napędza akcję i motywuje działania bohaterów. Najważniejsze jest nie to, co przynosi nam niebezpieczeństwo (zresztą efekty "kosmiczne" w filmie są dość umowne - nie jest to poziom "Grawitacji" czy "Interstellar"), a to, co dzieje się dookoła. McKay, którego kinomani mogą kojarzyć z taką perłą jak "Big Short", jest bezlitosny. Ostrze jego satyry dotyka niemal każdego, nawet naukowców, ostatnich sprawiedliwych idealistów tego padołu. Na politykach, biznesmenach, telewizyjnych gwiazdach, dziennikarzach i wojskowych nie zostawia suchej nitki.

"Nie patrz w górę": Znakomita obsada

W "Nie patrz górę" kryzys wywołuje odkrycie doktorantki Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) i profesora Randalla Mindy’ego (Leonardo DiCaprio). Zauważają kometę, która zmierza w naszą stronę. Obiekt jest na kursie kolizyjnym z naszym rajem/piekłem. Jest też na tyle duży, że kwalifikuje się do grupy "zabójców planet". Po zderzeniu czeka nas los dinozaurów. Naukowcy ze swoją rewelacją wyruszają prosto do gabinetu owalnego, gdzie zastają panią prezydent Janie Orlean (Meryl Streep) w środku innego kryzysu - medialno-sądowego. Jej doradca, a zarazem syn Jason (Jonah Hill), ustawia priorytety: ta międzyplanetarna afera mogłaby Orlean tylko pogrzebać. Temat trzeba wyciszyć. Uczonym nie pozostaje nic innego, jak udać się do mediów, gdzie z permanentnym uśmiechem na twarzy oraz toną uszczypliwości czekają na nich - jako gospodarze - Cate Blanchett i Tyler Perry oraz - jako gwiazda w miłosno-internetowych tarapatach na żywo - Ariana Grande. To dopiero początek tej jazdy po wybojach globu.

W wyśmienitym aktorskim towarzystwie niemal dwie i pół godziny seansu mija szybko, lekko, przyjemnie, swojsko i bardzo, bardzo gorzko. Wszyscy przecież jedziemy tym rozpędzonym pociągiem (na boku widnieje chyba napis Snowpiercer), który nie tylko nie zwalnia, ale jeszcze bardziej przyśpiesza, napędzany paliwem nie jednego, a kilku kryzysów jednocześnie, w tym najpoważniejszego: nauki i zdrowego rozsądku. Uśmiechamy się, ale ciężar na ramieniu każe głęboko wzdychać, bo satyryczne przerysowanie nazbyt często przekształca się w zatrważająco autentyczny portret świata 2021 roku. Szybko przekonujemy się, że "Nie patrz w górę" bliżej jest do nowego, bardziej rozbudowanego, bardzo mrocznego odcinka "Black Mirror", ewentualnie "Zapętlonych" niż "Grawitacji", "Interstellar", "Apollo 13", czy wspomnianego już "Armageddonu". Może jednak zawołajmy Bruce’a Willisa. Nikt inny nas nie uratuje.

7/10

Zobacz również: 

"Nie patrz w górę": Za hitem Netfliksa stoi autor przemów Berniego Sandersa

Nie żyje znany polski aktor. Miał 64 lata

Niespodzianka w wielkim finale show TVN

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Nie patrz w górę

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL