Reklama

"Men": Samiec twój odwieczny wróg! [recenzja]

Kadr z filmu "Men" /materiały prasowe

Alex Garland dał się poznać jako twórca patrzący na świat z kobiecej perspektywy. Jego transhumaniczny "Ex Machina" był filmem o zrzucaniu kajdan świata ułożonego przez mężczyzn. Teraz dociska pedał do dechy. "Men" to znakomicie zagrany i rasowy body horror. Szkoda, że tak nachalnie łopatologiczny.

Horrory "feministyczne"

"Carrie", "Obcy", "Milczenie owiec", a ostatnio "Niewidzialny człowiek", "To my", "Ostatniej nocy w Soho" - to tylko pierwsze z brzegu przykłady horrorów, które można ochrzcić mianem "feministyczne". Silna kobieta, manipulujący i toksyczny mężczyzna, kobieca furia i krwawa zemsta. Alex Garland nie pierwszy raz wpisuje się w te modne tematy. Transhumaniczna "Ex Machina" była o ucieczce kobiety cyborga ze świata zwichrowanego naukowca i samozwańczego boga w typie Kurtza z "Jądra ciemności". "Anihilacja" to opowieść o zagładzie kosmicznego porządku, ale też z perspektywy kobiecej. W "Men" Garland łączy ze sobą te elementy, umieszczając je w przytulnym domu na angielskiej wsi.

Reklama

Harper (Jessie Buckley) potrzebuje ucieczki po tragicznej śmierci męża (Paapa Essiedu). Wioska Hertfordshire wydaje się być miejscem idealnym. Elżbietański dom ma być dla niej miejscem wyciszenia, odnalezienia balansu i poukładania sobie życia na nowo. Jej jedynym kontaktem z londyńskim życiem jest przyjaciółka (Gayle Rankin), z którą co jakiś czas łączy się na wideokomunikatorze w telefonie. Sielanka się kończy, gdy w ogrodzie Harper pojawia się przerażający, nagi mężczyzna, ciągnąc za sobą kolejne upiorne wydarzenia.

Fani gore i body horroru będą zachwyceni

Garland stara się balansować na granicy, jaką genialnie eksplorował Roman Polański w "Dziecku Rosemary" czy "Wstręcie". Oba kultowe horrory opowiadają o pętli zaciskającej się na szyi kobiety, która (w zależności od percepcji widza) popada albo w szaleństwo, albo jest pochłaniana przez ciemne moce. Próżno szukać u Garlanda igrania z widzem. Harper wpada w świat złożony (poza jedną policjantką) z samych mężczyzn o twarzy Rory Kinneara. Aktor, znany najbardziej z roli Billa Tannera z serii o Jamesie Bondzie, wciela się w "Men" w kilka ról. Jest nagim mężczyzną w ogrodzie, odrażającym proboszczem miejscowej parafii, właścicielem domu, który wynajmuje Harper, policjantem, barmanem i nawet bezczelnym, upiornym nastolatkiem.

Kinnear daje aktorski popis, o jakim marzy pewnie każdy aktor. Szczególnie z The Royal Shakespeare Company. Razem z doskonale rozdygotaną Jessie Buckley tworzą zjawiskowy i charyzmatyczny duet na ekranie. Poprzednie filmy Garlanda sygnalizowały, że jest on zafascynowany body horrorem. Teraz dociska pedał do końca, stając się wiernym uczniem mistrza Cronenberga. W finale "Men" odnajdziemy elementy "Coś" Carpentera, "Głowy do wycierania" Lyncha, ale też, do czego Garland się przyznaje w wywiadach, jest fascynacja serialem Anime "Atak tytanów".  Fani gore i body horroru będą zachwyceni. Ja jestem. Tyle, że dostrzegam, jak mocno te efekty przykrywają główną myśl Garlanda.

Nie ma mrugnięcia okiem do widza. Zbyt serio?

Ta myśl jest niestety wyświechtana i podana łopatologicznie. W "Ostatnim kuszeniu Chrystusa" Scorsesego, ukryty za twarzą anielskiego dziecka szatan mówi Jezusowi, że istnieje tylko jedna kobieta, która przybiera po prostu różne twarze. W "Men" istnieje jeden mężczyzna, który nawet nie przybiera różnych twarzy. On ma twarz tego samego aktora. Każdy z mężczyzn jest toksyczny, pasywno-agresywny i pełen przemocy, która tylko czeka, by eksplodować spod jego patriarchalnych powiek. Garland bardzo szybko gra znaczonymi kartami, tworząc dychotomiczny podział na uciskaną kobietę i uciskających ją mężczyzn. Nie ma półcieni i niedomówień. Nie ma ironii i mrugnięcia okiem do widza. Ba, kluczowy jest tutaj motyw biblijnego ogrodu, zerwanego jabłka i nagiego mężczyzny. A więc nic w relacjach damsko-męskich nie zmieniło się od czasów biblijnych? Serio? 

Ma "Men" halucynacyjną rytmikę. Angielska wieś, sfotografowana przez stałego współpracownika Garlanda Roba Hardy'ego, ma swój piękny surrealistyczny mrok. Scena w tunelu, która otwiera przed Harper inny świat, długo będzie wam dudniła w głowie. Trudno nie dać się w ten świat wciągnąć. Szkoda więc, że Garland ociera się o łopatologię Darrena Aronofsky’ego z jego nieznośnej "mother!". No, ale może to znak czasów, gdy trzeba wrzeszczeć wyjątkowo głośno, że samiec od biblijnej jabłoni to twój wieczny wróg. A może to problem mężczyzny, który tak bardzo chce dowieść, że jest feministą, że popada w autoparodię? Mary Harron w "American Psycho", Rose Glass w "Saint Maud", ale też Agnieszka Smoczyńska w "Córkach dancingu" dowodzą, że moja teza nie jest wydumana.

6,5/10

"Men", reż. Alex Garland, USA 2022, dystrybutor: M2Films, premiera kinowa: 3 czerwca 2022 roku.

Zobacz też:

"Top Gun: Maverick": Szaleństwa pana Toma [recenzja]

"IO": Z kamerą wśród zwierząt [recenzja]

"Infinite Storm": Rozmyta legumina [recenzja]

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Men (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL