Nikt nie prosił, ale (prawie) każdy potrzebował. Anna Kendrick i Blake Lively powracają jako stylowe (i nieco niezrównoważone) Stephanie Smothers oraz Emily Nelson. Przed nimi kolejne spiski i manipulacje – tym razem we Włoszech, a dokładniej w trakcie ślubu na wyspie Capri.
"Zwyczajna przysługa" z 2018 roku to był taki przedziwny hit. Komedia, która nie bierze siebie na serio. Do tego więcej zwrotów akcji niż w jakiejkolwiek powieści Agathy Christie. No i dwie aktorki – Kendrick oraz Lively – co scenę prześcigające się w konkursie na najbardziej ikoniczną i wyzwoloną bohaterkę na ekranie.
Pierwsza część nie zostawiła zbyt wielu otwartych furtek dla naszych postaci. Jednak to magia Hollywood – tam, gdzie pojawia się wizja zarobku, tam i nowe rozwiązania się znajdą. Najwyraźniej "Kolejna zwyczajna przysługa" była jedynie kwestią czasu. Czy warto było czekać?
Rzeczy na ekranie dzieją się niczym w jakiejś telenoweli lub operze mydlanej – wystarczy kilka machnięć piórem scenarzystów, abyśmy wszyscy wrócili do punktu wyjścia. Dlatego zaczyna się dosadnie i ostro – już na samym początku dowiadujemy się, że jedna z naszych (anty)bohaterek wychodzi z więzienia, choć w prawdziwym życiu raczej nie miałaby na to szans. Chwilę później oznajmia, że za chwilę bierze ślub z nowym wybrankiem. Cała ta osobliwa scenka przypomina fabularną deus ex machinę dla zakończenia pierwszej części – w filmach, które nie próbują być poważne, zdarzyć się może wszystko. A my i tak machniemy na to ręką: zamiast zbyt wiele myśleć, zależy nam na doskonałej zabawie.
Większość dawnych grzechów zostaje (przynajmniej w teorii) wybaczona, a my wraz ze Stephanie i Emily wybieramy się na słoneczną Capri. Bez żadnych oczekiwań, a raczej z żywym zainteresowaniem, czujemy w kościach, że niebezpieczeństwo czyha na jedną z naszych bohaterek tuż za rogiem. Nie znamy jednak odpowiedzi na pytania "kiedy", "jak" i "dlaczego". A więc oglądamy z myślą o własnych emocjach – w gruncie rzeczy chcemy dać się zaskoczyć, bo od tego jest właśnie ten rodzaj kina.
Same ramy gatunkowe – trochę satyra, trochę intryga, trochę dreszczowiec z domieszką suspensu – przypominają taką bardziej lukrowaną wersję drugiego sezonu "Białego Lotosu". Jednak w żadnym momencie nie są jedynie tanią fasadą. No tak, w tle śpiewa Toto Cutugno, a w pięknych, białych koszulach zobaczymy Michela Morrone, polskim widzom znanego przede wszystkim z "365 dni" (nawet i gangsterskie motywy się niejako powtarzają). Niemniej i on – po raz kolejny jako włoski playboy w czarnych okularach – całkiem nieźle odnajduje się w tej intensywnej komedii kryminalnych pomyłek, która pędzi szybciej niczym Dustin Hoffman w "Maratończyku".
To cudaczny mariaż, ale o dziwo działa, bo to gorset utkany z filuternej maskarady. W trakcie tej włoskiej idylli Stephanie będzie musiała rozwiązać sprawę tajemniczego morderstwa w rytm czerstwych żartów, afektowanego aktorstwa (czasami praktycznie burzącego czwartą ścianę), czy zawieszaniu wiary wobec każdej otrzymanej informacji. To teatr masek, w którym każdy odgrywa rolę. Stephanie będzie musiała odnaleźć zabójcę, wtapiając się w tłum i udając, że high life to także jej świat. Oczywiście, musimy kupować tego typu konwencję – inaczej nie znajdziemy tu nic dla siebie.
Tak jak w przypadku jedynki, "Kolejna zwyczajna przysługa" jest bardziej "guilty" aniżeli "pleasure". Chociaż kto wie, ta cukierkowo-groteskowa konwencja kryminału "nie na serio" ma coś w sobie – w 2025 roku, kiedy większość thrillerów stara się powtórzyć sukcesy Davida Finchera, tutaj dostajemy samoświadomy, ale i pastiszowy kabaret suspensu. Najnowszej komedii Feiga bliżej będzie do powieści Richarda Osmana niż wspomnianej wcześniej Christie. Natomiast sam finał to – po raz kolejny – mokry sen Wattpadowców (dzieją się tu takie rzeczy, o którym fanom pierwszej części mogły się tylko śnić!).
Kino Feiga jest jak najbardziej do obejrzenia, a potem pewnie i szybkiego zapomnienia (tzw. "one-time watch"). Choć to prawdopodobnie film bardziej udany niż "Zwyczajna przysługa" – tak jakby pewniejszy swojej konwencji i dynamiki, a także z całego serca kochający swoje dwie pokręcone bohaterki. Zanim pożegnamy się z Kendrick i Lively, jeszcze w trakcie seansu czeka nas sporo frajdy, napięcia i gatunkowych wolt. W dzisiejszych czasach mało która produkcja oferuje nam takie szaleństwo. A to już coś.
Ocena: 7/10
"Kolejna zwyczajna przysługa" (Another Simple Favor), reż. Paul Feig, dystrybucja: Amazon, polska premiera na VOD: 1 maja 2025 roku
