Im bardziej straszne, tym zabawniejsze. Jak dobrze, że jest Park Chan-wook
Niby nic dziwnego, nic zaskakującego. Sam należę do niefrasobliwych oglądaczy thrillerów i horrorów, których ten gatunek przede wszystkim bawi. Nie boję się, śmieję niestosownie. Piszę naturalnie o tych przypadkach, kiedy reżyser zakłada akurat zupełnie coś innego niż bawienie widza. Park Chan-wook to jednak inny przypadek, inna kategoria wagowa.
On wie, że będzie bawiło. Ma jednak świadomość, że zabawa widza powinna mieć drugie i trzecie dno, albo wręcz nie posiadać dna.
I wyłania się z tego jakaś szczególna nadwyżka współczesnego kina, miejsce zarezerwowane dla Park Chan-wooka.
Nie zapominajmy poza tym o różnicach antropologicznych i geograficznych. Pamiętam, że byłem akurat w jury festiwalu koreańskiego w Busan, kiedy "Pani Zemsta" biła rekordy popularności. Rozmawiałem na temat tego filmu ze współjurorką, wybitną koreańską krytyczką filmową. Opowiadałem o moim rozbawieniu, ale i o różnicach społecznych, które ów film piętnuje. Moja koleżanka bardzo się zdziwiła i, czułem to wyraźnie, ogromnie rozczarowała moim dyletanctwem. "Co to w ogóle mówisz - usłyszałem - jakie różnice społeczne. Przecież dla nas, w Korei, to jest zupełnie oczywiste, że ten film opowiada w groteskowej formie o dwóch Koreach: Północnej i Południowej. O naszym podzieleniu". Zrobiłem wielkie oczy, ale - pomyślałem - w tym szaleństwie może jest jakaś metoda. Być może Park Chan-wook daje się czytać na wiele sposobów. Może śmieszy, może straszy. Na pewno opowiada o rzeczach ciekawych.
I tak jest również z filmem najnowszym.
"Bez wyjścia": historyjka niby jakich wiele
Twórca "Służącej" tym razem sięgnął po powieść Donalda E. Westlake'a "Ostre cięcia" (przeniesioną już z powodzeniem do kina w 2005 roku przez Costę-Gavrasa).
Historyjka niby jakich wiele. Man-su (Lee Byung-hun, gwiazda "Squid Game") jest specjalistą od papieru. Tak, papieru. To też znaczące. Papier, że tak powiem, kończy się. Kto jeszcze kupuje gazety, kto pisze listy, wysyła kartki? Papier mamy w komputerze. Tam płyną literki. Man-su pracował w firmie dwadzieścia pięć lat. Dużo zrobił, sporo zarobił, awansował spokojnie, bez dryfowania po powierzchni. Niestety, koszta, cięcia, redukcja. Pan Man-su jest na wylocie. Wylatuje z roboty. Nie jest to proste, nie jest to łatwe, ale to spotyka jednak miliony.
Park Chan-wook nie opowiada jednak o milionach, tylko o pojedynczym człowieku. Ekstremalnie ekscentrycznym. I znowu: to, co wydawało się straszne (krokodyle łzy nad pracą utraconą), zaczyna być zabawne. Pan Man-su, dobry mąż, dobry tata, dobry pracownik, ma bowiem ciekawy plan. Przygotowuje listę wrogów, a wiedząc o nich prawie wszystko, postawia się ich... "pozbyć". Cóż, nikt nie obiecywał że będzie łatwo. Nikt nie obiecywał, że będzie nudno.
Reżyser testuje wytrzymałość widza. Kpi z politycznej poprawności
Twórca "Oldboya" testuje wytrzymałość widza. Kpi z politycznej poprawności, ale zarazem groteska obnaża tonację serio. Kiedy się bowiem zastanowić nad scenariuszową strukturą "Bez wyjścia", znajdziemy tam zarówno ostrą krytykę polityki korporacyjnej, ale też pokazaną a rebours troskę o przyszłość tradycyjnego modelu pracownika i pracodawcy - primo: po pandemii, secundo: w dobie coraz większej dominacji AI.
Pytania, które stawia Park, są oczywiście prowokacyjne, ale mają gęstość moralną. Czy jest jakakolwiek cena, jakakolwiek granica, którą można sobie postawić żeby pracę zdobyć (albo ją otrzymać)? I kto takie granice powinien nam wyznaczać?
Pik, pik, sumienie. Pik, pik, dyrektor. Pik, pik, chat GPT.
7/10
"Bez wyjścia" (Eojjeolsuga eobsda), reż. Park Chan-wook, Korea Południow 2025, dystrybutor: Gutek Film, premiera kinowa: 13 marca 2026 roku.











