Urodzony 7 kwietnia 1977 roku Radu Jude jest jednym z najbardziej uznanych reżyserów wywodzących się z Rumuńskiej Nowej Fali. Na swoim koncie ma liczne wyróżnienia, między innymi Złotego Niedźwiedzia i dwa Srebrne Niedźwiedzie w Berlinie, nagrodę festiwalu w Sundance, Kryształowy Globus MFF w Karlowych Warach, Złotego Lamparta MFF w Locarno i Srebrnego Smoka Krakowskiego Festiwalu Filmowego.
Radu Jude. "Nie chcę, by moje filmy były dobre"
Jakub Izdebski, Interia.pl: To nie są twoje pierwsze Nowe Horyzonty?
Radu Jude: - Nie, pierwszy raz byłem tu trzy lata temu jako członek jury. Poza tym wiele moich filmów pokazywano podczas Nowych Horzyontów. Bardzo podoba mi się Wrocław i szczerze lubię też sam festiwal.
Spytałem, ponieważ filmy twoje i innych rumuńskich reżyserów należą do ulubionych festiwalowej publiczności. Zastanawiam się, co jest takiego w kinie rumuńskim, że tak bardzo oddziałują na widzów tej części Europy.
- Nie jestem aż tak optymistyczny co do kina rumuńskiego. Jest kilku świetnych twórców. Nie ja, ale są inni. Finansowanie filmu stało się prostsze niż 20 lat temu, co przełożyło się na lepsze kino w wielu krajach naszego regionu. Wątpię, żeby ten trend miał trwać. Wydaje mi się, że dobrego kina będzie coraz mniej. Może się mylę i pojawi się nowa generacja twórców, więcej reżyserek i młodych autorów. Być może stworzą masę świetnych filmów, a może nawet już je kręcą. Wydaje mi się, że tyczy się to wszystkich krajów naszego regionu. Nie rozumiem, dlaczego kino polskie, które było wielkie w latach 70. i 80., teraz trochę się pogubiło. Oczywiście, wciąż jest kilku wybitnych reżyserów i dokumentalistów. No i Skolimowski wciąż kręci filmy, co jest wspaniałą sprawą. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Może ty mi powiesz?
Jeśli mówimy o polskim kinie, uważam, że jest kilku świetnych młodych reżyserów, którzy szukają swojej drogi. A my musimy dać im czas. Co roku, gdy jestem na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, nie trafiam na arcydzieła, ale widzę nadzieję, która może nas zaprowadzić w różne miejsca. Wracając do kina rumuńskiego - jest kilku twórców, których śledzę, w tym także ciebie. Każdego roku kręcisz przynajmniej jeden film. "Kontinental ‘25" ukazał się w Berlinie, a "Dracula" ma swą premierę w następnym miesiącu w Locarno.
- Wydaje mi się, że rytm pracy nie ma za dużo wspólnego z jej jakością. Jeśli ktoś wypuszcza film co trzy, cztery lata, to też dobrze. Ja staram się kręcić więcej z różnych powodów. Jednym z nich jest moje przeświadczenie, że presja psychologiczna jest mniejsza, gdy masz więcej filmów. Nie przejmujesz się tak bardzo każdym z nich. Masz trzy filmy i możesz powiedzieć, że jeden jest bardzo zły, jeden jako taki i jeden dobry, i wystarczy. Nie chcę, by wszystkie moje filmy były dobre. Chcę eksplorować w nich różne możliwości. To interesuje mnie bardziej od jakości. Wolę coś znaleźć lub zbadać niż powiedzieć, że robię ten jeden dobry film co trzy, cztery lata.
Inna sprawa, to chęć większej więzi z Rumunią. Jest ona pełna historii. Mój kraj znajduje się w szczególnej pozycji. Historycznie jest po dekadach różnych dyktatur. Faszystowskiej, potem komunistycznej. Teraz mamy neoliberalny rząd. Geograficznie jest blisko Ukrainy i Turcji. Jest wiele wpływów ze Wschodu i z Zachodu. Wszystko to tworzy konkretny typ kultury, narodu i ekonomii, które generują różne elementy. Można je eksplorować w filmach. Balzac stworzył swoją "Komedię ludzką" i podawał się za sekretarza francuskiej historii. Uznałem, że bycie takim sekretarzem nie jest złym pomysłem, bo w Rumunii dużo się dzieje. Nasza ziemia jest płodna, jeśli chodzi o historie dla filmu, teatru, literatury. Myślę, że powinienem z tego korzystać.

Radu Jude. Jak udało mu się zaprosić do współpracy Uwe Bolla?
Twoje filmy mają zwykle polską premierę na Nowych Horyzontach. Gdy wiem, że twój nowy obraz jest w programie, nie czytam o nim nic. Chcę zostać zaskoczonym. Nie wiem, co tym razem mi pokażesz. Tak było z twoim poprzednim filmem, "Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata", w którym jest tyle pomysłów. Tyle zabaw z formą. Są elementy found footage, fragmenty filmu z lat 80., materiał zrealizowany na taśmie 16 mm i klipy z TikToka. I składa się to w spójną całość. Dla mnie to jest niezwykłe.
- Konstrukcja filmu nie jest czymś, co planuję z wyprzedzeniem. To bardziej sposób, by uratować siebie w czasie realizacji. Gdy chcę nakręcić jakiś film, na początku nie wiem, jak to zrobić. To generuje swego rodzaju podekscytowanie, ale też strach. Im bliżej jestem zdjęć, tym bardziej się boję. Wszystkie rzeczy, o których wspomniałeś przy okazji tego, a także innych filmów, to była w pewnym sensie próba rozwiązania zagwozdki i uratowania samego siebie.
Jest tam o wiele więcej. Na przykład sekwencja montażowa przydrożnych krzyży po wypadkach samochodowych. Ten pomysł był z tobą od początku, czy dopiero w trakcie montażu stwierdziłeś, że powinieneś to dodać?
- Pomysł, by zawrzeć taką dokumentalną sklejkę, pojawił się w trakcie przygotowań do filmu. Nie wiedziałem, w którym miejscu ją umieścić. Miałem pomysł, sfotografowaliśmy te wszystkie krzyże. Podczas montażu zdecydowałem, gdzie umiejscowić tę sekwencję i ile powinna trwać. Na początku była za długa, trwała 10-12 minut. Ostatecznie ma cztery i pół, coś koło tego. Myślę, że przez siłę nagromadzenia oddziałuje tak mocno.
Główna aktorka, Ilinca Manolache, jest znana w mediach społecznościowych jako Bobik. Kiedy pojawił się pomysł, by dołączyć tę postać do filmu?
- Projekt był w trakcie developmentu. Starałem się wyobrazić sobie główną bohaterkę. Miałem wiele decyzji do podjęcia i miałem z tym spore trudności. Na początku myślałem, że bohaterka powinna mieć 50 lat. Później, że powinna być bardzo młoda, około 25-letnia. Był pomysł, by wywodziła się z mniejszości romskiej. A potem wpadłem na Ilincę Manolache za sprawą filmików, które wrzuca na Instagrama. Postanowiłem zaprosić ją i jej awatara do występu w filmie. To od razu tworzy pomysły dotyczące postaci. Aktorka gra fikcyjną bohaterkę. A ta gra kolejną fikcyjną postać. A ona odbija się jeszcze w innej postaci z filmu z lat 80, "Angela idzie dalej". To tworzy swego rodzaju gabinet luster. W moim filmie jest sporo takich zabiegów.
Zaprosiłeś też do udziału Uwe Bolla. Jak to się udało?
- Bardzo łatwo. Główna bohaterka jest asystentką produkcji i uczestniczy w wielu spotkaniach. Od początku wiedziałem, że w pewnym momencie trafi na plan zdjęciowy, na którym ktoś kręci film. Zacząłem się zastanawiać, czy to powinien być rumuński reżyser? Nie. Zagraniczny kręcący film w Rumunii? Tak. Kto mógłby to być? Komu mógłbym oddać hołd? Zacząłem myśleć o ważnych filmowcach, których mógłbym zaprosić. I przypomniałem sobie, że bardzo podziwiam Uwe Bolla za jego produktywność i pragnienie, by kręcić filmy, niezależnie od tego, jak zostaną przyjęte. Uważam, że w pewnym momencie Boll był ofiarą ataków ze strony prasy, krytyków, kinofilów. I miał siłę, żeby iść dalej. W pewnym sensie chciałem to uczcić. Nie wiem, czy mam taką siłę jak Uwe Boll, ale czasem o nim myślę. I o jego woli, by iść dalej.
Nie będziesz boksował się z krytykami tak, jak on?
- Nie, nie potrafię. Nie jestem wojownikiem. I lubię krytyków, teorię filmu, historię kina. Są mi bliscy.

"Osiem pocztówek z Utopii". Tego nie nakręciliby w Polsce
W tym roku na Nowych Horyzontach mogliśmy zobaczyć twoje dwa nowe filmy. Dokument "Osiem pocztówek z Utopii" jest złożony z reklam z lat 90. i pierwszej dekady tego wieku. Przedstawia nam historię transformacji w Rumunii. Jak wpadłeś na taki pomysł?
- Ten film współreżyserowałem z Christianem Ferenczem-Flatzem, który jest filozofem, filmoznawcą i wykładowcą w Rumunii. Interesuje się mediami wszelkiego rodzaju i opowiada o nich w genialny sposób. Wielki umysł. I według mnie ma też ogromne poczcie humoru. Zaproponowałem mu zrobienie tego filmu, a on opracował jego strukturę. Naszym pomysłem było użycie tych fikcyjnych materiałów, bo reklamy są przecież fikcją, na dwa sposoby. Po pierwsze, by znaleźć w nich ślady dokumentalne. Po drugie, by za ich pomocą odtworzyć inne rodzaje fikcji, którą podzielały różne osoby. To były dwa, pozornie sprzeczne kierunki. Całkiem dobrze ze sobą zagrały.
Urodziłem się w 1988 roku, kojarzę niektóre z tych reklam z polskiej telewizji. Nie wyobrażam sobie jednak, by podobne do kilku z nich pojawiły się w moim kraju. Na przykład na początku filmu jest jedna z Ceauşescu. Coś takiego nie powstałoby w Polsce.
- Reklama z Jaruzelskim? Nie?
Oj, absolutnie nie.
- Ja nakręciłem wspomnianą reklamę. W sensie stałem za kamerą, ale pomysł wyszedł z agencji reklamowej. Nie pamiętam nazwy. Wydaje mi się, że w pierwszej dekadzie po rewolucji takie obrazy mogły powstawać bez problemu, często w amatorski sposób. Oczywiście, reżyserzy, operatorzy, wszyscy byli profesjonalistami, ale w duchu miało się więcej wolności. Nie było to tak zinstytucjonalizowane, jak dzisiejsza branża reklamowa.
W Polsce jest swego rodzaju nostalgia za niektórymi aspektami lat 90., przede wszystkim jeśli chodzi o media i kulturę. W Rumunii jest podobnie?
- Jest nostalgia za starymi formatami. Ja nie podzielam jej za bardzo. Jeśli chodzi o lata 90., wydaje mi się, że w Rumunii nie ma za dużej nostalgii za tym okresem. Dla wielu ludzi to były złe czasy. Co zaskakujące, jest dużo tęsknoty za czasami Ceauşescu. Taka fałszywa nostalgia u ludzi, którzy ich nie pamiętają, oraz młodych, którzy urodzili się w czasach komunistycznych, ale byli wtedy dziećmi. Trudy dzisiejszego społeczeństwa, frustracje wywołane złymi rządami i złą polityką, podjęte przez władze środki oszczędności, wykluczenie wielu osób z godnego życia… W Rumunii jest duże ubóstwo, mimo że kraj się bogaci. Takie osoby często czują nostalgię za Ceauşescu. W pewien sposób trudno je za to winić. Możesz mówić, że tamte czasy były okropne na wiele różnych sposobów, ale jeśli ludzie są sfrustrowani, trudno z nimi dyskutować.
Nakręciłeś reklamę z Ceauşescu. Czy w filmie znalazły się inne klipy twojego autorstwa?
- Tak. Wyreżyserowałem je, ale nie są one moją własnością. Scenariusze powstawały w agencjach reklamowych, a moim zadaniem była ich realizacja. W jednej jest pokój, a obraz przekręca się i widzisz, że plan obrócił się o 90 stopni.
Ten efekt obracającej się ściany… Nakręciłeś "Incepcję" przed "Incepcją".
- W sumie tak. To było jedno ujęcie, a zajęło nam cały dzień pracy. To było piekło.

"Kontinental '25". Hołd dla mistrzów kina
Nie będę pytał o każdą reklamę, ponieważ za wszystkimi zdaje się stać większa i interesująca historia. W czasie Nowych Horyzontów możemy zobaczyć także twój drugi film, "Kontinental ‘25". Miał swoją premierę na festiwalu w Berlinie. Powiedziałeś, że to twój hołd dla Roberta Rosselliniego, ale pożyczyłeś też coś z "Psychozy" Alfreda Hitchcocka.
- Wziąłem nieco ze struktury "Psychozy". Zawsze uwielbiałem ten film – z wielu powodów. Wszyscy wiemy, że to arcydzieło. Geniusz Hitchcocka polegał na tym, że w połowie filmu zmienił głównego bohatera. Zastosowałem to też u siebie. Pierwsza część mojego filmu jest krótsza, ma bardziej charakter prologu. Niemniej, pomysł wziąłem z "Psychozy".
To prawda, że film "Europa ‘51" Roberto Rosselliniego bardzo mnie zachwycił. Trafiłem na niego dzięki krytykowi filmowemu Andriejowi Gorzo, który napisał świetny tekst porównujący twórczość Rosselliniego, szczególnie wspomniany film, do książek Grahama Greene’a. Obejrzałem go ponownie i zdałem sobie sprawę, że mam odpowiedzi do swojego projektu. Wtedy nie był on nawet za bardzo rozplanowany. Nagle powiedziałem sobie: okej, gdybym wyobraził sobie dialog z filmem Rosselliniego, wiem, co jego bohaterka zrobiłaby dziś. Nie w tej samej sytuacji, ale w podobnej. Gdy czułaby się odpowiedzialna lub winna. To dało mi pomysł na film i jego strukturę. Dlatego złożyłem mu hołd w tytule.
Radu Jude o korzyściach płynących ze znajomości historii kina
"Kontinental ‘25" był kręcony równolegle z "Draculą". Ten film ma być z kolei hołdem dla Eda Wooda. Dla mnie to idealny tagline.
- Historia kina jest dla mnie ważna, bo możesz dowiedzieć się z niej, jak inni twórcy radzili sobie z różnymi problemami. Jest taka anegdota o Rogerze Cormanie, który produkował "Niesłusznie oskarżonych" Monte’ego Hellmana. Scenariusz napisał Jack Nicholson. Piękny western, wspaniały film. W pewny momencie Corman powiedział Hellmanowi: "słuchaj, masz świetne plenery, masz scenografię, masz kostiumy, masz konie, dlaczego nie nakręcisz dwóch filmów?". I tak powstało "W poszukiwaniu zemsty". Kręcili to równolegle. Pamiętałem o tym i w pewnym momencie powiedziałem: dlaczego nie zrobić czegoś podobnego? I tak nakręciłem "Draculę" i "Kontinental ‘25".
"Dracula" jest większym filmem. Drugi powstał niezależnie. "Dracula" jest hołdem dla Eda Wooda, a także Georgesa Mélièsa. Praca nad materiałem, który wydaje się pulpowy, nie do końca poważny, jest dla mnie wyzwalająca. Mam w niej wolność formy. Nie jestem wielkim fanem horrorów. Kiedyś lubiłem je bardziej, teraz nieco mniej. Nawet jeśli nie obchodzi mnie ich fabuła – a nie obchodzi mnie w ogóle – znajduję w nich ciekawe pomysły formalne. Wielu reżyserów musiało być kreatywnych, by osiągnąć to, co zaplanowali. Czasem twórcy kina gatunkowego, szczególnie horrorów, są o wiele bardziej pomysłowi od twórców kina arthouse’owego. Muszą być. Budżety nie są za duże, więc trzeba być kreatywnym i szukać swojej drogi. Jak Sam Raimi, gdy kręcił "Martwe zło".










