Nowy film zdobywcy Oscara. Autoironia i poprawność polityczna

Steven Soderbergh na rozdaniu Oscarów /ABC via Getty Images /Getty Images

"Robisz filmy po to, żeby ludzie je oglądali" - mówi autor takich kinowych hitów, jak "Erin Brockovich", "Ocean's Eleven: Ryzykowna gra" czy "Traffic". Jeśli straciliście wiarę, że Steven Soderbergh wciąż może nakręcić zabawną i inteligentną komedią złodziejską, to mam dla was dobre wieści: "The Christophers" broni się i jako rozrywka, i jako satyra na współczesny świat sztuki, uginający się pod ciężarem poprawności politycznej.

Film zrobiony według współczesnych algorytmów?

W "The Christophers" 62-letni Soderbergh jawi się przede wszystkim jaki cięty autoironista. Jego film wygląda jak zrobiony według współczesnych algorytmów Netfliksa. Ta rozpisana na dwójkę bohaterów - zapomnianego malarza i młodą adeptkę sztuk wizualnych - historia mieni się wszystkimi barwami poprawności politycznej.

Julian Sklar (Ian McKellen) w korytarzu tuż za drzwiami trzyma tęczową flagę, a sam deklaruje się jako osoba biseksualna. Lori Butler (Michaela Coel) ma usta wyłożone frazesami na temat tego, co wolno, a czego nie wolno pracodawcy. Świetne są sceny, w której Butler przychodzi do domu Sklara na rozmowę kwalifikacyjną. Zamiast dysputy o kompetencjach i doświadczeniu, mężczyzna jak z rękawa sypie pytaniami o życie prywatne, związek, miejsce zamieszkania.

Reklama

"Panu nie wolno o to pytać" - twierdzi Butler. "Jesteśmy w relacji władzy, a pan zadając te pytanie, wykorzystuje swoją dominująca pozycję" - ciągnie.

Soderbergh świetnie bawi się zderzeniem świata sztuki z formą cenzury, jaką stała się poprawność polityczna. Jednocześnie jego refleksja nie sprowadza się do plakatowej krytyki. Laureat Oscara za reżyserię "Traffic" przypomina raczej, że sztuka zawsze wkraczała tam, gdzie obowiązują ścisłe zasady po to, żeby je łamać. A dziś to właśnie artyści domagają się porządku i nieprzekraczania pewnych granic.

Autoironia? Steven Soderbergh i poprawność polityczna

Autoironia Soderbergha zawiera się w tym, że choć jego film odhacza wszystkie normy poprawnościowe (dwójka głównych aktorów to czarna kobieta i jawny gej, aktywista na rzecz osób LGBT+), to jednocześnie bohaterowie są skrojeni na modlę postaci z jego najgłośniejszych produkcji w rodzaju serii "Ocean’s Eleven". Butler wchodzi bowiem w komitywę z dziećmi Sklara. Namawiają ją, żeby za grube pieniądze namalowała kolejny obraz z serii "Christophers", którym zasłynął przed laty ich ojciec.

Tylko że Sklar nie jest w cienie bity, więc dość szybko rozpoczyna się między tymi dwoma pojedynek z serii, kto kogo przechytrzy. Efekt jest nie tylko zabawny, ale i refleksyjny, bo Soderbergh nasyca film pytaniami - choćby o to, czy lepiej jest odcinać kupony od swojej legendy, czy też odciąć się od przeszłości i zbudować siebie na nowo.

Widać, że to pytanie, które nurtuje samego Soderbergha, który z jednej strony cały czas eksperymentuje z nowymi formami opowiadania (by wspomnieć tylko "The Knicks" czy "Mozaikę"), a z drugiej - wciąż jest wierny ukochanym schematom (choćby gatunkowi heist movie).

"Robisz filmy po to, żeby ludzie je oglądali"

- Kino to popularna forma sztuki - robisz filmy po to, żeby ludzie je oglądali. Rozmawialiśmy z Michaelą [Coel, znana z "I May Destroy You" - przyp. red.] o tym, gdzie znajduje się punkt przecięcia między historiami, które chcemy opowiadać, a tymi, które mogą zadziałać na rynku. Jeśli ciągle robisz filmy, których nikt nie ogląda, nikt nie będzie płacił za kolejne - mówi Steven Soderbergh, kiedy w grupie dziennikarzy rozmawiamy na Doha Film Festival. - Obowiązkiem artysty jest adaptacja. Chcę opowiadać historie, z którymi jestem emocjonalnie związany, ale również takie, które mają szansę dotrzeć do szerokiej widowni. Myślę o tym bardzo często - dodaje.

W Ad-Dausze "The Christophers" miał swój drugi pokaz przed publiczności po międzynarodowej premierze na Festiwalu Filmowym w Toronto, co było niemałym zaskoczeniem. Katar uchodzi za konserwatywny obyczajowo kraj zatoki, więc film, w którym głośno mówi się o nieheteronormatywnym bohaterze nie jest propozycją, którą spodziewałbym się tutaj zobaczyć.

- Cieszę się, że mogę być częścią pierwszej oficjalnej edycji festiwalu w Ad-Dausze. Mam nadzieję, że będzie kontynuowany, bo kino to ważna forma opowieści. Za każdym razem, kiedy ludzie spotykają się w jednym pomieszczeniu, by oglądać to samo, dzieje się coś wyjątkowego - komentuje Soderbegrh swoją obecność w Katarze.

- Myślę, że jako gatunek jesteśmy zaprogramowani na opowiadanie historii - w ten sposób się uczymy. Dlatego kino, kiedy pojawiło się ponad 100 lat temu, bardzo szybko stało się dominującą formą sztuki. Kino angażuje ludzi w wyjątkowy sposób. Dziś filmowcy muszą mierzyć się z tym, że istnieje mnóstwo innych formatów opowiadania. Kino musi walczyć o swoją pozycję. Festiwale filmowe są jednym ze sposobów, by docierać do ludzi - dodaje.

I przypomina, że jego kariera zaczęła się na festiwalu filmowym. W 1989 roku debiut reżysera "Seks, kłamstwa i kasety wideo" wygrał Złotą Palmę w Cannes, co zapoczątkowało jego triumfalny pochód przez ekrany kin na całym świecie. - Mam nadzieję, że moja kariera nie zakończy się na festiwalu! - śmieje się twórca.

Co po sobie zostawimy kolejnym pokoleniom?

W "The Christophers" ważny jest także wątek pamięci. Tego, co po sobie zostawimy kolejnym pokoleniom.

- Jakie historie chcemy po sobie zostawić jako ludzie i artyści? To pytanie miałem w głowie podczas pracy nad filmem. Kiedy zaczynaliśmy ten projekt, dużo rozmawialiśmy o tym, że kiedy nas już nie będzie, będzie żyć dalej w pamięci ludzi, z którymi pracowaliśmy, przyjaciół, rodziny. O tym też trzeba pamiętać, kiedy myśli się o znaczeniu historii, które przenosimy na ekran - przekonuje Soderbergh.

Odbiciem tych refleksji jest w filmie wątek przerabiania przez Sklara swoich dawnych płócien - nie pod publikę, nie pod oczekiwania krytyków, nie pod domy aukcyjne, a tylko i wyłącznie pod siebie. Widzowie w Ad-Dausze chętnie dopatrzyli się w tym wątku komentarza do działania samego reżysera, który przekonywał nas w Katarze, że nigdy nie podjął się wyreżyserowania filmu wyłącznie dla pieniędzy.

- Wszystko, co zrobiłem, robiłem z czystej potrzeby. Czasem dosłownie za darmo. Muszę być w czymś zakochany, inaczej nie potrafię rozwiązywać problemów, które wiążą się z realizacją filmu - mówi Soderbergh, znany z tego, że na planach swoich filmów wciela się w różne role - operatora, montażysty, producenta. Często posługuje się wtedy pseudonimem Peter Andrews (operator) i Mary Ann Bernard (montaż) nawet przy tych projektach, które sam reżyseruje.

- Tylko raz byłem operatorem i montażystą przy projekcie, którego nie reżyserowałem — i bardzo to lubiłem. To była przyjemność: odpowiadać tylko za te dwie rzeczy, a resztę pozostawić komuś innemu - wspomina z rozrzewnieniem pracę przy "Unscripted" (2005), serialu HBO, w którym Bryan Greenberg, Krista Allen  i Jennifer Hall grali fikcyjne wersje samych siebie - aktorów próbujących przebić się w Hollywood.

Tamten serial był walentynką, ale krytyczną dla Hollywoodu. Pokazywał, jak uzależniająca jest praca artystów, a jednocześnie jak bardzo ich spala. To wątki, które w filmografii Soderbergha są stale obecne i wyzierają także spod "The Christophers", który z kolei wygląda jak hołd złożony klasykowi Orsona Wellesa "F jak fałszerstwo".

- To świetny film. Uważam, że to jeden z najlepszych Wellesa. Opowiada o historii jako takiej - jako uniwersalnej formie - i o tym, na ile może być wiarygodna lub niewiarygodna. Oraz o tym, w jaki sposób narzędzia artysty mogą służyć manipulowaniu tym, co wydaje się prawdziwe - komentuje Soderbergh.

Twórca od lat chce złożyć hołd innemu wielkiemu artyście - Johnowi Lennonowi, ale realizacja cały czas natrafia na przeszkody. - Projekt nadal istnieje - jesteśmy na etapie rozmów strategicznych. Jeszcze nie zniknął - zapewnia reżyser.

"Od dawna jestem od świata Oscarów odcięty"

W najbliższym czasie artysta będzie pewnie jednak zajęty innymi zobowiązaniami. Festiwal w Toronto, gdzie "The Christophers" miał bardzo dobre przyjęcie, traktuje się jako prognostyka oscarowego. Często jest tak, że jeśli film zakwalifikował się do Toronto, to potem dostaje nominację do nagrody Akademii.

- Od dawna jestem od świata Oscarów odcięty - mówi Soderbergh, który zapisał się w historii jako reżyser nominowany dwukrotnie do Oscara w jednej kategorii - za reżyserię "Traffic" i "Erin Brockovich". - Minęło 25 lat. Wciąż oglądam galę, ale kiedy widzę, przez co muszą przechodzić ludzie nominowani i ci, którzy prowadzą kampanie, to wcale im nie zazdroszczę, bo to nie wygląda na przyjemne - podsumowuje.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Steven Soderbergh
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL