Siódma część "Koszmaru z Ulicy Wiązów" (1994) była jedną z najlepszych w całej serii, bo Wes Craven zdecydował się wepchnąć Freddiego Kruegera na meta poziom horroru. Nowatorsko balansował na granicy autoparodii gatunku, który przecież sam powoływał do życia. Następnie razem z Kevinem Williamsonem wymyślili serię "Krzyk", która z samoświadomości gatunkowej uczyniła znak rozpoznawczy. To znamienne, że reżyserujący siódmą część "Krzyku" Kevin Williamson zrobił krok wstecz i dał nam najbardziej sentymentalną oraz zachowawczą część cyklu.
"Krzyk 7": jest tutaj wszystko to, za co fani kochają serię
"Krzyk 7" jest w pewnym stopniu resetem dwóch poprzednich części reżyserowanych przez wyrosłych z niezależnego kina Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta (tzw. grupa Radio Silence), którzy oddali hołd czterem filmom (1996-2011) Wesa Cravena, ale jednocześnie otworzyli franczyzę na wrażliwość pokolenia Z.
Stara gwardia z tamtych produkcji była na drugim planie (Neve Campbell nie zagrała nawet w "Krzyku 6" przez konflikt z producentami) i główny ciężar walki z Ghostfacem spadł na siostry Carpenter (Jenna Ortega i Melissa Barrera). Wydawało się, że siódma odsłona będzie dopięciem nowej trylogii. Jednak wszystko zaczęło się sypać. Barrera ostro skrytykowała działania Izraela w Strefie Gazy i została oskarżona o antysemityzm, wylatując tym samym z obsady. Jenna Ortega zrezygnowała z filmu (oficjalnie przez zdjęcia do "Wednesday"), co odebrano jako poparcie dla Barrery. Duet z "Radio Silence" został zastąpiony reżyserem Christopherem Landonem, który po zamieszaniu obsadowym też opuścił projekt. Ostatecznie został on oddany w ręce Kevina Williamsona, który napisał trzy oryginalne "Krzyki". Nigdy jednak nie reżyserował żadnej części.
Williamson nie ma wielkiego doświadczenia jako reżyser (w 1999 roku nakręcił tylko czarną komedię "Jak wykończyć Panią T.?"), ale poradził sobie z "Krzykiem 7" całkiem sprawnie.
Jest tutaj wszystko to, za co fani kochają serię - pomysłowe otwarcie filmu (pada znów ikonicznie zdanie "Jaki jest twój ulubiony straszny film?") w zamienionym na muzeum/AirBnb pamiętnym z pierwszego filmu domu Stu Machera (Matthew Lillard), dostajemy kilka efektownych starć (ucieczka w ukrytym między ścianami korytarzu), grającej znów pierwsze skrzypce Sydney (Neve Campbell) i jej córki Tatum (Izabel May) z mordercami ukrytymi za maską Ghostface'a i logicznie nonsensowne, ale pasujące do trashowego i autoparodystycznego stylu franczyzy, gonitwy. Warsztatowo Williamson odrobił lekcje Cravena.
Ten sequel nie wnosi absolutnie niczego nowego. "Krzyk 7" jest po prostu wtórny
Williamson tylko delikatnie nawiązuje do poprzednich dwóch filmów z Ortegą (kilka razy pada zdanie, że Sydney nie było w Nowym Jorku, gdzie rozgrywa się akcja "Krzyk 6") i skupia się na mitologii Sydney Prescott oraz wiecznie pazernej na newsy reporterki Gale Weathers (Courteney Cox). Tylko po co?
Ten sequel nie wnosi absolutnie niczego nowego do franczyzy. Owszem, jest tutaj zabawa meta poziomem, polegająca na porównywaniu Sydney do Jamie Lee Curtis z ostatnich filmów z serii "Halloween". Obie są przecież najsłynniejszymi slasherowymi "Final Girls". Zarówno Laurie w "Halloween" Davida Gordona Greene'a (2018-2022), jak i Sidney uciekają całe życie przed upiorem w masce i mimo próby ochrony swoich dzieci, muszą wraz z nimi ostatecznie upiora pokonać.
Pod tym kątem "Krzyk 7" jest po prostu wtórny wobec innych slasherów, a przecież ta seria została zbudowana na bezczelnym łamaniu ich gatunkowych schematów. Pod względem oryginalności jest to najsłabsza część franczyzy, którą stawiam nawet za średnią częścią trzecią (2000), gdzie Craven przecież mrugał okiem do widzów, umieszczając zabawne cameo Jaya i Cichego Boba z uniwersum kina Kevina Smitha.
Tutaj takich elementów brakuje. Wiliamson nawiązuje natomiast bezpośrednio do "Krzyku 4", gdzie Craven pochylił się nad problemem uzależnienia od rodzących się wówczas mediów społecznościowych. W "Krzyku 7" jest cały wątek AI i deep fake'ów. To najciekawszy nowy element serii.
Kolejnym problemem franczyzy jest odejście od tego, co było jej znakiem rozpoznawczym na początku. Kto ukrywa się za maską? Zawsze był to ktoś z najbliższego otoczenia ofiar. Craven, ale też Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillet nie rezygnowali z zabawy klimatem kryminałów Agathy Christie, nawet jeżeli zrywanie maski było coraz bardziej absurdalne. Williamson nawet kręci scenę, w której nastolatkowie, na których poluje Ghostface rozmawiają o tym, kto z ich grona na pewno jest mordercą.
Problem w tym, że mnie zupełnie nie obchodziło, kto nim rzeczywiście jest. Czy zaskoczyło w finale? Mniej więcej tak samo, jak zaskakują mnie odcinki "Scooby'ego Doo". Nie oznacza to, że źle się bawiłem na "Krzyku 7". Jest to przyzwoicie trzymający w napięciu slasher, który jednocześnie jest zupełnie zbędny. Spodziewam się jednak finansowego sukcesu, więc pewnie ósma część nadejdzie. Może wtedy Ghostfacem będzie sama Sidney? Już tylko to może w tej franczyzie zaskoczyć.
6,5/10
"Krzyk 7" (Scream VII), reż. Kevin Williamson, USA 2026, dystrybutor: Forum Film, polska premiera kinowa: 27 lutego 2026 roku.












