Lindon od lat pozostaje aktorem zaangażowanym społecznie i politycznie, wybierającym projekty, które stawiają trudne pytania o współczesność. Taki jest też jego najnowszy film "Moi synowie" wyreżyserowany przez siostry Delphine i Muriel Coulin, który opowiada historię ojca samotnie wychowującego dwóch synów. Jeden z nich podąża w stronę skrajnie prawicowej ideologii, drugi - ambitny i wrażliwy - staje się jego przeciwieństwem.
Film zestawia dwie perspektywy: intymną, rodzinną opowieść o miłości, porażkach i odpowiedzialności ojca oraz szeroki, polityczny komentarz do odradzającego się faszyzmu w Europie. To dramat zarówno osobisty, jak i społeczny - historia, w której los jednej rodziny staje się metaforą losów całego kontynentu.
- Robię politykę poprzez filmy. Z ich pomocy próbuję obudzić społeczeństwo. Kiedy byłem mały, mój ojciec zawsze powtarzał mi: "Jeśli nie pomożesz chociaż jednej osobie, to twoje życie na ziemi nie będzie miało żadnej wartości". Jeśli ten film zmieni chociaż jedną osobę, to było warto go zrobić - mówi Vincent Lindon w rozmowie, którą Interia przeprowadziła podczas festiwalu filmowego w Wenecji, gdzie "Moi synowie" mieli swoją międzynarodową premierę. Film wchodzi do polskich kin 5 września 2025 roku.
Vincent Lindon. "Chyba nie wiem do końca, co gram"
Artur Zaborski: Film "Moi synowie" jest przerażająco aktualny. Mówi o odradzającym się faszyzmie w Europie, który ma się coraz lepiej nie tylko we Francji i w Polsce.
Vincent Lindon: - Nakręciliśmy ten film w 2023 roku, kiedy nie było jeszcze tak źle. Z filmami tak jest, że jak uda się pokazać coś, co dopiero po premierze jest dyskutowane, to o reżyserze mówi się, że jest niesamowity, bo przewidział coś dziesięć czy tam piętnaście lat wcześniej. Jak zrobimy film o czymś, co jest dyskutowane w czasie premiery, to się mówi, że reżyser jest niesamowity, bo dotknął współczesności. A jak reżyser zrobi film o czymś, co wydarzyło się dwadzieścia lat temu, to mówi się, że jest niesamowity, bo to niezwykłe, żeby umieć opisać przeszłość. Nigdy nie wiem, jak komentować tego typu wypowiedzi, bo i owszem, nasz film mówi o czymś bardzo aktualnym, ale ja nie wiem, czy to się przysługuje filmowi.
Jak to?
- Bo film powinien być uniwersalny. Jeśli za parę lat nie będziemy mieli już problemów z odradzającym się faszyzmem, to nasz film nie będzie już dobry? Nie wiem, czy lepiej coś podsumować, coś wyprzedzić, czy trafić w czas. Znowu muszę myśleć o czymś, nad czym się na co dzień nie zastanawiam.
Co ma pan na myśli?
- Kiedy udzielam wywiadu prasie, wy, dziennikarze, zmuszacie mnie do zastanawiania się nad takimi tematami, o których kompletnie nie myślę ani przy czytaniu scenariusza, ani na planie, ani po premierze. A potem wy oglądacie film i nagle okazuje się, że wynajdujecie w nim różne rzeczy i prosicie, żebym ja się do nich odnosił. Bardzo dużo się od was uczę, bo okazuje się, że gdy gram w jakimś filmie, to nie do końca nie rozumiem, co gram.
Chyba pan kokietuje.
- Chodzi mi o to, że ja na planie jestem jak pies. Wykonuję komendy, nie zastanawiam się nad nimi za specjalnie, bo jak się zacznę w nie zagłębiać, to nie będę mógł się ruszyć.

Vincent Lindon. "Robię politykę poprzez filmy"
To czym pan się kieruje przy wyborze ról?
- Muszę poczuć, że chcę być w danym filmie, że ta rola jest dla mnie dobra. W przypadku filmu "Moi synowie" chciałem zagrać mojego bohatera, bo miałem poczucie, że on ma coś, co znam z własnego otoczenia. Mógłby być, na przykład, moim bratem. Albo moim przyjacielem. Z postaciami tak jest, że one jednocześnie są mną i kimś kompletnie innym. Jak je gram, to czuję się tak, jakby ktoś powiedział do mnie: "Vincent, nie jesteś już dłużej Vincentem". Mówiąc, że czasami nie rozumiem, co robię na planie, mam na myśli to, że poruszanie się na planie jest ważniejsze niż to, co mówię. Najbardziej koncentruje się na tym, jak mój bohater pije, je, ubiera się, prezentuje się. I jak mam to ogarnięte, to już działam niemal mechanicznie. Zdarza mi się grać kogoś i w scenie, w której mówi do mnie mój sceniczny partner, ja odpowiadam dialogami ze scenariusza, a w głowie zastanawiam się, czy uda mi się po dniu zdjęciowym iść do baru na piwo.
Udział w takim filmie, jak "Moi synowie", nie jest dla pana formą wyrazu poglądów politycznych?
- Ten film składa się z dwóch historii - tej dużej i tej małej. Mała przedstawia historię ojca, który samotnie wychowuje dwóch synów. Żona umarła, nie uczestniczy w kształtowaniu dzieci. Mój bohater może mówić o wielkiej porażce, bo jego syn stał się faszystą, i o wielkim sukcesie, bo jego drugi syn jest dobrze wychowany i ambitny. Kto tu nawalił - ojciec czy syn? Z kolei duża historia mówi o odradzaniu się skrajnej prawicy w Europie. Mała historia jest o miłości, duża historia jest polityczna. Niektórzy widzowie skupią się na tej pierwszej, inni na tej drugiej.
Mnie bardzo ciekawi ta warstwa polityczna, bo brunatnienie Europy jest przerażające.
- Ja robię politykę poprzez filmy. Z ich pomocą próbuję obudzić społeczeństwo. Kiedy byłem mały, mój ojciec zawsze powtarzał mi: "Jeśli nie pomożesz chociaż jednej osobie, to twoje życie na ziemi nie będzie miało żadnej wartości". Jeśli ten film zmieni chociaż jedną osobę, to było warto go zrobić. Dwie osoby są lepsze, trzy są świetne, cztery to marzenie. Staram się angażować w moją pracę nie tylko od "akcja" do "stop", ale też przed ujęciem i po nim. A kiedy rozmawiam z prasą, staram się być szczery. Nie mam żadnych mediów społecznościowych, bo niewiele obchodzi mnie, jak ma na imię pański kot. I naprawdę nie obchodzą mnie zdjęcia drzewa wrzucone do sieci, bo ktoś uznał je za swoje ulubione drzewo. Nie mam mediów społecznościowych, bo za bardzo mi przypominają, jak głupi są ludzie. Wczoraj na śniadaniu przyglądałem się kobiecie, która robiła zdjęcia swojego posiłku. Nigdy więcej nie wróci do tych zdjęć, zrobiła je tylko po to, żeby ktoś w internecie mógł zobaczyć jej śniadanie.
Z mediów społecznościowych można się dowiedzieć, co o panu mówią.
- Nie obchodzi mnie to, nie chcę tego wiedzieć. Ważne jest to, że ja na nikogo nie mówię nic złego w internecie.

Vincent Lindon. "Sztuka rodzi się tam, gdzie coś się psuje"
W filmie relacja ojca i faszyzującego syna jest bardzo ciekawie zarysowana, bo widz musi się zastanawiać nad tym, co pan powiedział, czyli czy ojciec coś zawalił i za mało czasu poświęcił synowi. Co pan uważa na ten temat?
- Pomagać komuś to być obok kogoś. I mój bohater jest obok swojego syna. Czasami tylko tyle można zrobić. Film jest skonstruowany tak, że widzimy ojca w pracy trzykrotnie przez piętnaście sekund. Cała reszta, czyli godzina pięćdziesiąt dwie minuty, on nie pracuje. A przecież wiemy z filmu, że on chodzi do pracy od poniedziałku do piątku i siedzi w niej od rana do wieczora. W ten sposób reżyserzy starają się nam pokazać, że on jest ze swoimi synami tak często, jak tylko jest to możliwe. Jednak to nie wystarczyło, więc on chciałby cofnąć czas i spróbować być z nim jeszcze bliżej. To jak z wypadkiem samochodowym, po którym fantazjujemy o tej jednej minucie wcześniej, kiedy mogliśmy zrobić coś, co uchroniłoby nas przed kraksą.
Ojciec zaczyna doceniać swojego syna, kiedy go traci. Rozumie, że stracił kogoś wartościowego, od kogo być może wymagał zbyt wiele.
- Dlaczego mówimy do innych: "Proszę, nie odchodź, ja się zmienię"? Bo zauważamy, że tracimy kogoś, dla kogo nie zmieniliśmy swojej złej cechy odpowiednio wcześniej. Mój bohater też to widzi. Zauważa, że nie pilnował syna wystarczająco uważne. Możliwość pokazania tego poczucia to powód, dla którego zrobiłem ten film. Jeśliby napisać historię o kimś, kto pomógł synowi odpowiednio wcześnie, to okazałoby się, że nie ma filmu. Nie obchodzą nas szczęśliwe zakończenie. Najciekawsze baśnie są o królewnach, którym przydarza się coś złego. Jak wszyscy są szczęśliwi, to nie ma filmu, nie ma Picassa i nie ma Van Gogha. Sztuka rodzi się tam, gdzie coś się psuje.
W jednej ze scen pański bohater mówi: "Ja też jestem winny". Jak pan rozumie to wyznanie?
- Wszyscy ludzie są czemuś winni. Od momentu, w którym przychodzimy na świat, cały czas popełniamy błędy. Czasem to 100 błędów jednego dnia. Różnica między dobrym ojcem a złym ojcem czy dobrą matką a złą matką jest taka, że źli zrobią 300 błędów, a dobrzy tylko sto. Jednak niemożliwe jest, żeby nie popełniać błędów. To jak z tą koszulką, którą starsze dziecko założyło tylko dwa razy, bo szybko z niej wyrosło, więc dajemy ją młodszemu dziecku, mówiąc, że wiemy, że o niej marzyło. Nie zastanawiamy się nad tym, że traktujemy młodszego jak śmiecia, dając mu coś, czego starsze dziecko nie chciało. Życie jest szalone. Zwłaszcza kiedy, na przykład, okazuje się, że z dwójki dzieci jedno jest heteroseksualne, a drugie homoseksualne, chociaż były wychowywane w ten sam sposób: spały w tym samym łóżku, miały tę samą matkę i ojca, były tak samo karmione. Moja mama miała na to anegdotę.
Jaką?
- Opowiadała o smoczku, który przy pierwszym dziecku się czyści i dezynfekuje alkoholem, przy drugim wkłada się go tylko do wody, a przy trzecim się go po prostu podnosi z podłogi i daje dziecku.

Vincent Lindon o pracy z Alainem Delonem. "Permanentna ekstaza"
Jak się Panu pracowało z młodymi aktorami, którzy wcielili się w pańskich synów?
- Dla nich ja jestem aktorem z doświadczeniem - zagrałem w ponad 80 filmach. Więc oni traktowali mnie tak, jak ja traktowałem Alaina Delona, kiedy byłem w ich wieku. Nasza współpraca była wspaniała, bo oni podchodzili do swojego zadania z dużą powagą: znali każdą linijkę na pamięć, podchodzi o wszystkiego z należytą starannością. Zakolegowaliśmy się na tyle, że po zdjęciach chodzimy razem na drinki. Czasami też do siebie dzwonimy. Po premierze filmu na festiwalu w Wenecji mieliśmy kolację, po której ja poszedłem spać do hotelu, a oni spędzili całą noc na plaży. I za to ich nienawidzę: przypominają mi, jaki sam byłem 40 lat temu.
Jak się Panu pracowało z Alainem Delonem w młodości? Zagraliście razem w filmie "Nasza historia", jeśli wierzyć internetowi, to była pańska trzecia rola w filmie kinowym.
- Przebywając z nim, czułem się, jakbym był w permanentnej ekstazie. Byłem w nim zakochany, podziwiałem go. Nie mogłem pojąć, jak on może się interesować kimś takim, jak ja, ale to chyba normalne. Pamiętam, że się zastanawiałem, czy śnię, pracując z nim.










