Początek przedstawionej historii w żadnym razie nie obiecywał nam arcydzieła. Dawał jednak nadzieję na przyjemny akcyjniak. Rzecz dzieje się podczas spotkania grupy G20 w Kapsztadzie, podczas której niedawno wybrana na urząd prezydenta USA Danielle Sutton (Viola Davis) chce przekonać przywódców innych krajów do pomysłu finansowania programu walczącego z problemem głodu. Pech chce, że wydarzenie zostaje przerwane przez grupę terrorystów pod wodzą bezwzględnego Rutledge (Anthony Starr). Kilku osobom pod wodzą Sutton udaje się uniknąć schwytania. Razem zastanawiają się, jak poradzić sobie z napastnikami i uratować zakładników. Wśród tych są między innymi mąż i dzieci Sutton. Pani prezydent szybko dochodzi do wniosku, że nie ma innego wyjścia i trzeba skopać parę tyłków.
"G20". To nie jest godny następca "Air Force One"
Jak widać, rewolucji nie będzie. Dostajemy kolejną wariację pomysłu nawet nie ze "Szklanej pułapki" Johna McTiernana a "Air Force One" Wolfganga Petersena. Ponad dekadę temu mieliśmy zresztą krótki sezon na podobne produkcje. W odstępie kilku miesięcy wyszły "Olimp w ogniu" Antoine'a Fuqua oraz "Świat w płomieniach" Rolanda Emmericha. Oba nie były najlepsze, ale przynajmniej były jakieś — przede wszystkim przez swój niedorzeczny patos, zaserwowany z kamienną twarzą. Gdy w drugim z wymienionych mała dziewczynka macha amerykańską flagą, by dać znać nadlatującym odrzutowcom, by nie bombardowały opanowanego przez terrorystów Białego Domu, trudno było ukryć ironiczny uśmiech. Niemniej, film widziałem jakieś 11 lat temu, a ta kiczowato podniosła scenka wciąż tkwi w mojej głowie.
"G20". Festiwal nijakości
O "G20" nie da się powiedzieć nawet tego, że zapadnie w pamięć. Davis gra bez większego zaangażowania, którym wykazywała się nawet w swoich słabszych filmach, na przykład w pierwszym "Legionie samobójców" czy "Królowej wojowniku". Równie bezbarwnie wypada złoczyńca wykreowany przez Anthony'ego Starra, aktora, który hipnotyzuje widzów jako nieobliczalny Homelander w serialu "The Boys". Nie, żeby wraz z pozostałymi członkami obsady mieli z czego rzeźbić. Wszystkie postaci są z papieru i można je scharakteryzować jedną, w wyjątkowych wypadkach dwiema cechami.
Ok, ale do czego są mi potrzebne skomplikowane portrety psychologiczne i oscarowe aktorstwo w akcyjniaku? Mają "się strzelać", ma wybuchać, ma być głośno i efektownie, a ja muszę siedzieć na skraju fotela z racji ciągle rosnącego napięcia. Także ten... W "G20" głowy 20 największych gospodarek świata są przetrzymywane przez uzbrojonych po zęby zabijaków, a ja czuję się, jakbym oglądał schnącą farbę. Reżyserka Patricia Riggen nie ma za dużego doświadczenia w kinie akcji, a my boleśnie przekonujemy się o jej brakach w kolejnych scenach akcji, średnio czytelnych i niemrawo zaangażowanych. Kolejne strzelaniny i bijatyki są, bo są. Tyle.

Nijaka jest także tonacja filmu. Nie ma tu kąśliwych one-linerów znanych ze wspominanej już "Szklanej pułapki". Zabrakło nawet czegoś w rodzaju "Spadaj z mojego samolotu" z "Air Force One". Z drugiej strony nie znajdziemy w "G20" nieznośnego patosu rodem ze "Świata w płomieniach". Wszyscy recytują swoje kwestie z kamienną twarzą, a czasem wysilą się na wzniosłe słowa, ale brakuje tutaj zaangażowania. Koszmarki Fuqua i Emmericha świadomie przekraczały granicę kiczu na zasadzie "albo to kupujesz i bawisz się dobrze, albo nie — i śmiejesz się do rozpuku". Produkcja Riggen nawet nie zbliża się do tej granicy. Tak sobie leci ten film, a ma się wrażenie, że stoi w miejscu.
"G20". Czy warto dać temu filmowi szansę?
Bezpieczny i bez charakteru — czy można wyobrazić sobie coś gorszego dla filmu akcji? "G20" nie irytuje, nie zachwyca, nie załamuje, nie oczarowuje. Nie ma tutaj nic, co mogłoby zapaść na dłużej w pamięć — z dobrego lub złego powodu. To film, w czasie którego czujemy się absolutnie obojętni. Szkoda gadać i poświęcać na niego prawie dwie godziny.
3/10
"G20", reż. Patricia Riggen, USA 2025, dystrybucja: Prime Video, premiera VOD: 10 kwietnia 2025 roku










