Wojciech Smarzowski: Sztuka musi być prowokacją

W twórczości Wojciecha Smarzowskiego "Kler" to kolejny po "Drogówce" wstrząsający portret "polskich elit". Zdaniem reżysera, bardziej niż sensacja i kontrowersje liczy się tu jednak pokazanie "ludzkiej" strony duchowieństwa. - Chciałbym, żeby po wyjściu z kina widz popatrzył na księdza jak na człowieka, a nie jak na świętego - przekonuje twórca.

Wojciech Smarzowski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 2018

Adrian Luzar, Interia: W debacie publicznej każda ze stron politycznych interpretuje "Kler" po swojemu. Dla jednych to film antykościelny, dla innych - demaskujący. A dla pana?

Reklama

Wojciech Smarzowski: - Myślę, że odpowiedź na to pytanie zawarta jest w samym filmie. Po to go zrobiłem, by nie mówić teraz "słuchajcie drodzy widzowie, zrobiłem film o zepsuciu instytucji Kościoła". Nie. Powiem za to, jakie mam oczekiwania względem "Kleru". Chciałbym, żeby po wyjściu z kina widz popatrzył na księdza jak na człowieka, a nie jak na świętego. I chciałbym, żeby zastanowił się, czy nie jest przypadkiem w jakimś stopniu odpowiedzialny za to, co zobaczył. Tylko tyle i aż tyle.

"Kler" jest więc prowokacją?

- Sztuka zawsze musi być prowokacją - czy to obyczajową, czy emocjonalną, czy intelektualną. Inaczej nie ma po co wyciągać kamery z samochodu. Jeżeli film nie zmusza do refleksji czy debaty, to po co go robić?

To jednak raczej prowokowanie zmian w samym widzu, a nie w środowisku kościelnym...

- Oczywiście, że tak. Kościół ma dwa tysiące lat i taki film spłynie po nim, jak woda po kaczce. Bez pomocy państwa i komisji świeckich żadna zmiana nie nastąpi.

Chodzi o dotarcie bezpośrednio do księży?

- Też. Film dotyka tematu podwójnej moralności Kościoła. Kościół na przykład potępia homoseksualizm, podczas gdy szacuje się, że w swoich szeregach ma 30 procent gejów. Ale ja wiem, że są księża, którzy mają powołanie, którzy pomagają ludziom, którzy nie są skorumpowani, którzy nie żerują na cierpieniu innych ludzi, kiedy ci przychodzą prosić o załatwienie pogrzebu - naprawdę wiem, że są tacy. I mam nadzieję, że oni po wyjściu z kina zadadzą sobie pytanie, jak się z tym czują, że swoimi twarzami firmują tę instytucję. Bo wiadomo, że bardzo niewielu księży ma odwagę mówić publicznie to, co myśli, a jeżeli już, to wiemy co się później z nimi dzieje... Dlatego ważna w tym filmie jest postać wikarego Jana granego przez Adriana Zarembę. To młody człowiek po seminarium, który przechodzi kryzys i teraz sam musi zadecydować, jakim będzie księdzem. Od takich duchownych zależy, jak Kościół będzie wyglądał w przyszłości.

Czy zna pan już pierwsze opinie duchownych o "Klerze"?

- Jest na to za wcześnie, bo film dopiero co miał swoją premierę na festiwalu w Gdyni. Jednak nie tak dawno pokazałem jedną z ostatnich wersji montażowych "Kleru" grupie księży i byłych księży, czyli osób, które znają Kościół od środka. Był to kolejny etap konsultowania filmu. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że jest to prawdziwy obraz Kościoła, lecz widz polski nie jest na niego przygotowany, bo zna wszystko od strony ołtarza, a nie od strony zakrystii. Ucieszyło mnie natomiast, gdy podkreślili, że to nie jest film, który atakuje wiarę. Kler opowiada o instytucji. Zdaję sobie jednak sprawę, że to podobna sytuacja jak z filmem "Wołyń", po którym spotkałem się z Ukraińcami - ale to byli ci z Ukraińców, którzy odebrali tamten film w szerszym kontekście - jako opowieść o tym, do czego może doprowadzić skrajny nacjonalizm - i zostawali po projekcjach, żeby o nim ze mną porozmawiać. A ci, którym się film nie podobał po prostu opuszczali kino. I tak samo będzie tutaj - część osób wyjdzie, a ja będę rozmawiał tylko z tymi, którzy będą chcieli rozmawiać.

Czy "Kler" jest w jakimś stopniu filmem politycznym?

- Zawsze mówiłem, że polityka mnie nie interesuje, ale żyjemy w takim kraju, w którym wszystko staje się polityką. Zdaję sobie sprawę, że jak kręciłem "Wołyń", to byłem przypisywany do prawej strony, a teraz zostanę zwyzywany od "lewaków". Tak, czy tak idę swoją drogą - nie chcę powiedzieć, że po środku, ale robię swoje i uczciwie odbijam się w moim lustrze.

Zwiastun "Kleru" mógł natomiast sugerować, że będziemy mieć do czynienia z ironiczną komedią...

- ... której elementy również w filmie są, ale w proporcjach nieco innych, niż mogłoby się wydawać.

Czy to zaplanowana "zmyłka"?

- Odpowiem pokrętnie: byłem jakiś czas temu na spektaklu "Klątwa" i wniosek mam taki, że na widowni byli ludzie, którzy myślą tak samo jak twórcy spektaklu. A ci, w których głowach trzeba coś otworzyć, owszem, są obecni, ale modlą się i robią pikiety przed Teatrem Powszechnym, ewentualnie wpadną do środka, ale tylko po to, żeby wrzucić na salę substancje toksyczne. Film nie jest tak elitarny, jak teatr, i dlatego ma inną siłę rażenia. Dotrze do ludzi, którzy inaczej postrzegają świat, niż ja, i być może - oby - w niektórych głowach coś poprzestawia. A zwiastun jest po to, żeby ułatwić im decyzję, na który film mają kupić bilet.

Jak natomiast wyglądały przygotowania przed napisaniem scenariusza? Film stawia Kościołowi dość poważne zarzuty. Ile w nich prawdy, a ile fikcji?

- Zacznijmy od napisów końcowych: "wszystkie zdarzenia i postaci pokazane w filmie są fikcyjne". Budulec jest jednak wzięty z życia. Razem z współscenarzystą Wojciechem Rzehakiem założyliśmy sobie, że chcemy opowiadać o ludziach. O ludziach takich jak my, tyle że oni noszą sutanny. Te same grzechy po jednej i po drugiej stronie, no, może my jesteśmy trochę mniejszymi hipokrytami (śmiech). I żeby opowiedzieć o tej instytucji od środka musieliśmy być kamerą w trzech miejscach: w kurii, na małej parafii i w dobrze prosperującym kościele w średniej wielkości mieście. To nam narzuciło trzy wątki. Pierwszy zarys historii zderzyliśmy z opinią naszego konsultanta scenariuszowego i powoli, powoli rodziła się finalna wersja fabuły. Równocześnie cały czas czytaliśmy reportaże, książki i informacje prasowe o Kościele, więc byliśmy na bieżąco z tym jak wygląda sytuacja. Duży wpływ na film miały dokumentacje scenograficzne, które uświadomiły mi samotność księży. Samotność, która w filmie jest więcej niż wyczuwalna.

Troje głównych bohaterów teoretycznie się przyjaźni, ale każdy z nich swoją walkę prowadzi sam...

- "Niby Kościół to wspólnota, a jak przychodzi co do czego, to nie ma do kogo gęby otworzyć" - że zacytuję wikarego Jana.

Jak dużo w "Klerze" pana obserwacji, a jak dużo refleksji?

- Myślę, że to się przeplata, tak jak we wszystkich moich filmach. Razem z Wojtkiem Rzehakiem mamy już jakieś doświadczenie życiowe, więc w tych postaciach jest bardzo dużo z nas. Aktorzy także dali dużo od siebie.

Gdy patrzy się na grę Janusza Gajosa, Arkadiusza Jakubika, Jacka Braciaka i Roberta Więckiewicza można odnieść wrażenie, że te role były pisane pod nich...

- Z reguły jednak pisząc nie obsadzam. Inaczej było w przypadku "Wesela", gdzie wiedziałem, że piszę dla Mariana Dziędziela. Tutaj natomiast najpierw pojawił się scenariusz, a dopiero później obsada. Zaczęło się od Arka Jakubika, a potem dochodzili kolejni aktorzy. Oczywiście, nie bez znaczenia jest to, że pracuję z nimi już któryś raz. Ci aktorzy dają mi poczucie bezpieczeństwa, nie tracę też czasu na planie na jałowe gadanie, bo dobrze się rozumiemy. Tak samo jest na drugim i trzecim planie, ale tam zdarzają się nowe nazwiska - mogę ich poznać i się do nich przekonać na tzw. przyszłość. Mam szczęście, że pracuję z najlepszymi.

W bardzo epizodycznych rolach możemy z kolei zobaczyć takie gwiazdy, jak Izabela Kuna, Andrzej Konopka czy Katarzyna Herman. Mam wrażenie, że w ich przypadku mniej ważna była rola, a bardziej chęć dołożenia swojego głosu w sprawie.

- Tak, dla mnie też było ważne, żeby czuli, że nadal są ważnymi postaciami w moim życiu zawodowym, i nie tylko.

Czy zdarzały się konflikty na planie?

- Nie, ja nie należę do reżyserów, którzy krzyczą (śmiech). Lubię robić to, co robię i dla mnie konflikt na planie rzadko jest twórczy. Zdarzyło się, że kilku aktorów odmówiło mi przed zdjęciami. Tylko jedna osoba powiedziała, że chodzi o wiarę, pozostali mieli inne argumenty - myślę, że stawiali na szali swoją karierę.

Bo od początku wiadomo było, że będzie głośno...

- ...i film odbije się na wizerunku aktorów.

Występ w nim to więc także przejaw dużej odwagi.

- Bardzo ją doceniam. Cieszę się, że mogę robić filmy nie tylko ze świetnymi aktorami - ale przede wszystkim ze świetnymi ludźmi. O to chyba chodzi w życiu, nie tylko w kinie, żeby otaczać się takimi osobami, które dają ci dobrą energię.

Czy przed premierą "Kleru" czuł pan presję ze strony widzów? Miał wrażenie, że musi spełnić jakieś oczekiwania?

- Nie, nie myślę w ten sposób. Po prostu zrobiłem ten film najlepiej, jak potrafiłem, i teraz oddaję go widzom. Co widzowie z nim zrobią, to już osobna sprawa. Ale nigdy się nie "przymilam" - nie zatrudniam na przykład bardziej popularnych aktorów, żeby do kina przyszło więcej osób, nie upraszczam akcji, "nie zaklejam" muzyką historii, żeby łatwiej się oglądało.

A pojawiły się w panu jakieś wątpliwości podczas pracy nad "Klerem"?

- Oczywiście, wątpliwości pojawiają się na każdym etapie. Ale nie są to wątpliwości, czy robienie filmu mu sens, raczej chodzi o szczegóły realizacyjne. Emocjonalnie najbardziej odchorowałem dokumentację, gdzie musiałem się zderzyć m.in. z relacjami ofiar pedofilii, potem jednak pisaliśmy scenariusz, szukaliśmy lokacji, weszliśmy w zdjęcia - i włączył mi się tryb "maszyny". Na planie przy kręceniu m.in. scen z dziećmi emocje znowu się pojawiały, ale wątpliwości nie było. Jak się na coś ze sobą umawiam, to robię to od początku do końca.

Żelazna konsekwencja?

- Tak. Jestem zdania, że talent to jakiś mały procent, szczęście tak samo, a konsekwencja - to cała reszta. Jest najważniejsza. I dotyczy to wszystkich zawodów.

W Polsce na pewno łatwiej jest robić kino komercyjne...

- Pewnie tak. Ja nie mam nic przeciwko komediom romantycznym czy kinu gatunkowemu, sam je oglądam, jako widz lubię różne kino, ale ze Smarzowskim reżyserem dogadałem się tak, że mnie po prostu szkoda czasu na historie, które są błahe.

Pozytywnego filmu Wojtka Smarzowskiego więc się nie doczekamy?

- Czy ja wiem? Teraz myślę o pisanym przeze mnie i przez Wojtka Rzehaka serialu o Słowianach - być może to będzie coś, co trzyma w napięciu, ale nie wywołuje aż takich traum, jak pozostałe moje filmy. Z drugiej strony, to jednak opowieść o tym, że przed chrztem też byliśmy, a więc - więc jeżeli uda się doprowadzić do realizacji, to w katolickiej Polsce na pewno wywoła dyskusję.

Jest pan jednym z garstki polskich twórców, którzy przekonują zarówno zwykłych widzów, jak i krytyków. Na czym polega ta uniwersalność pańskich dzieł?

- Wydaje mi się, że jest kilka luster, w których się odbijam, takich jak frekwencja czy nagrody. Żyjemy w takich czasach, gdzie wszystko można ładnie opakować i sprzedać, więc frekwencja to niewystarczające kryterium. Nagrody? Wystarczy podać przykład filmu "Dzikie róże" Anny Jadowskiej. To, co zrobiła tam w głównej roli Marta Nieradkiewicz jest niesamowite i nie dostała za to nominacji do żadnej z czołowych polskich nagród... To znaczy, że członkowie komisji takich Orłów też nie oglądają tych filmów. Więc ani frekwencja, ani nagrody nie dają trafnej oceny. Moim zdaniem liczy się przede wszystkim czas. Czyli to, jak mój "Kler" będzie odbierany za 10 lat. Czy to dalej będzie film, który trzyma emocjonalnie widza?

"Wesele" obchodziło niedawno 14. urodziny, a wciąż trudno odmówić mu aktualności.

- To trafny przykład, bo oglądałem niedawno ten film wspólnie z synami.

I jak?

- Chyba nie było wstydu (śmiech). Teraz pokażę im "Dom zły"... Jeżeli będą chcieli, bo nic im nie zamierzam narzucać. I staram się oddzielać rzeczy prywatne od zawodowych.

W filmach z kolei zdarza się panu mrugać okiem do widza. W "Klerze" w pierwszej ze scen możemy na przykład zobaczyć Arkadiusza Jakubika w koszulce z napisem "Drogówka". Czy to sugestia, że te dwa dzieła stanowią początek jakiejś nieoficjalnej serii?

- Nie, tak się po prostu bawię kinem. Reżyserując reklamy staram się na przykład zawsze gdzieś w jednym z kadrów przemycić siekierę. Widzi to tylko ekipa filmowa, ale udaje się, potem oglądasz reklamę margaryny, a tam siekiera (śmiech). W "Klerze" takich ukrytych mrugnięć do widza jest znacznie więcej.

A co z kinem historycznym? Po "Wołyniu" mówił pan, że na jakiś czas odpuszcza ten temat...

- I dlatego zrobiłem łatwą i lekką historię współczesną pod tytułem "Kler" (śmiech). Przede mną kolejny projekt, a potem wspomniany serial o Słowianach. Bitwę w filmie historycznym można nakręcić na dwa sposoby - po amerykańsku, z setkami statystów i odrobioną kaskaderką i pirotechniką, albo po polsku: posadzić dwóch żołnierzy w okopach, żeby opowiedzieli widzowi o tym, jak ta bitwa wyglądała. Wolę pierwszy model, ale u nas niestety nie ma na to pieniędzy. Stąd te zmagania, bo polskiej kinematografii po prostu na dobrze odrobione kino historyczne nie stać.

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Smarzowski | Kler

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje