Po latach nieudanych prób ekranizacji "Fantastyczna Czwórka" wraca w zupełnie nowej odsłonie - z rozmachem, ale i sercem. Nowy film Marvela, który właśnie trafił do kin, przenosi kultowych bohaterów do retrofuturystycznej wizji lat 60. Za kamerą stanął Matt Shakman (twórca serialu "WandaVision"), który wykorzystał w filmie osobiste doświadczenie jako ojciec i mąż. To właśnie empatia i więzi rodzinne stają się w jego wizji najważniejszymi supermocami.
- Oni naprawdę uosabiają optymizm i empatię. Chodzi im o jednoczenie ludzi. I myślę, że to coś wspaniałego w czasach, kiedy tyle osób próbuje nas dzielić - mówi reżyser w rozmowie z Interią.
Fantastyczna Czwórka, uznawana za "pierwszą rodzinę Marvela", debiutowała na kartach komiksu w 1961 roku dzięki Stanowi Lee i Jackowi Kirby'emu i szybko stała się symbolem nowego podejścia do superbohaterów - z ludzkimi słabościami, humorem i nieidealnymi relacjami. Teraz, po dekadach wzlotów i upadków na ekranie, nadchodzi film, który ma oddać im należny hołd - i przyciągnąć nie tylko fanów MCU, ale też zupełnie nową widownię. "Fantastyczna 4: Pierwsze kroki" już na ekranach polskich kin.
Artur Zaborski: Czy były jakieś elementy w poprzednich filmach o Fantastycznej Czwórce, których chciał pan uniknąć albo wręcz przeciwnie - które chciał pan przywrócić w swoim filmie?
Matt Shakman: - Tak naprawdę moim punktem odniesienia nie były wcześniejsze filmy tylko komiksy. Wydaje mi się, że każdy, kto bierze się za tych bohaterów - czy to filmowcy, czy to autorzy komiksów - musi się zastanowić, kim ci bohaterowie dla niego są. A także odpowiedzieć sobie na pytanie, co w jego własnym życiu z nimi rezonuje.
Co rezonuje w nich z panem?
- Jestem ojcem i mężem, dlatego znajduję wiele rzeczy w Fantastycznej Czwórce, które naprawdę do mnie przemawiają. Bo tym właśnie dla mnie ci bohaterowie są - to niesamowita, wyjątkowa rodzina, którą próbowałem uchwycić tak, żeby pokazać, co ona oznacza dla mnie.

Jedną z kluczowych cech rodziny jest to, że jej członkowie nie zawsze się ze sobą dogadują. Podobnie jest w pańskim filmie.
- Nie chciałem w tym aspekcie wprowadzać upiększeń. Zależało mi, żeby pokazać prawdziwą rodzinę, w której centrum stoi prawdziwe małżeństwo. Pojawienie się dziecka może diametralnie zmienić relację ludzi. Część naszego filmu eksploruje ten temat. Czy można być superbohaterem i jednocześnie rodzicem?
Można?
- W pewnym sensie trzeba być jednym i drugim. W latach 60. "Fantastyczna Czwórka" to był śmiały eksperyment ze strony Stana Lee i Jacka Kirby’ego - w czasie, gdy Marvel miał trudności, zaryzykowali wszystko, stawiając na prawdziwą rodzinę superbohaterów. Taką, która ma w sobie serce, humor i bałagan. I to właśnie to sprawiło, że stali się niesamowicie bliscy widzom. Ryzyko opłaciło się, pomysł uchwycił, a "Fantastyczna Czwórka" uratowała firmę. Dziś nie byłoby nas tutaj, gdyby nie ta Fantastyczna Czwórka, która się nie starzeje, bo przecież chyba każdy z nas rozumie, co to znaczy być częścią jakiejś rodziny.
Marvel to gigantyczne przedsiębiorstwo produkujące bardzo drogie filmy. Ile reżyser ma w tej firmie wolności twórczej?
- To, co jest wspaniałe w tym filmie, to fakt, że dzieje się on na innej Ziemi, w innym uniwersum, w którym Fantastyczna Czwórka to jedyni superbohaterowie. Iron Man, Thor czy Hawkeye się tu nie pojawią. Nie ma ich w tym świecie. To film dla osób, które być może od dawna - a może nawet i nigdy - nie oglądały żadnego filmu Marvela. Takie osoby mogą po prostu iść do kina i cieszyć się seansem, bez przejmowania się znajomością kontekstów. Ale jeśli jesteś wielkim fanem Marvela, też będziesz się dobrze bawić. Oczywiście, ci bohaterowie w końcu spotkają się z innymi postaciami z MCU. Już zapowiedziano, że zmierzają w stronę "Avengers: Doomsday". Ale ten konkretny film rozgrywa się w naszym własnym, małym zakątku marvelowskiego uniwersum. I to dawało mi dużą swobodę.
- Myślę o pracy w Marvelu jak o sztafecie - dostajesz pałeczkę, biegniesz z nią tak szybko i tak mocno, jak potrafisz, a potem przekazujesz ją dalej. Ja już przekazałem pałeczkę braciom Russo, którzy zabiorą tych bohaterów w nowe miejsce, nowe środowisko, nowe doświadczenia. Ale wcześniej, kiedy odpowiadałem za kształt "Fantastycznej Czwórki", miałem ogromną swobodę twórczą. Mogłem według swojej wizji stworzyć ten konkretny świat i przedstawić tych bohaterów.
Jak udaje się panu pogodzić własną wizję bohaterów Marvela z oczekiwaniami, które mają fani?
- Proszę mi wierzyć - zdecydowanie czułem ciężar tych oczekiwań! (śmiech) Ale żeby oddać sprawiedliwość - ja te oczekiwania rozumiem, bo też kocham te postaci i kochałem je już jako dziecko. Dorastałem, czytając komiksy o Fantastycznej Czwórce, i dlatego chciałem zrobić o nich film dobrze - dla nich samych, dla Jacka Kirby’ego, dla Stana Lee, dla mnie. Te wspaniałe postacie przetrwały ponad 60 lat i są nieustannie na nowo reinterpretowane w każdej dekadzie. To się dzieje nie bez powodu, bo każda z tych postaci jest wyjątkowa sama w sobie. A razem jako rodzina są jeszcze bardziej niezwykli. Największa presja, którą odczuwałem, wiązała się właśnie z tym, że przyszło mi ożywić pierwszą rodzinę Marvela i oddać jej należny hołd.
Wcześniej Fantastyczna Czwórka nie miała szczęścia do ekranizacji. Filmy, które o nich opowiadały, zbierały od krytyków cięgi. Czego im brakowało?
- Nie chciałbym komentować poprzednich filmów. Mogę powiedzieć, że widziałem je i sprawiły mi przyjemność. Nawet niewydana wersja Rogera Cormana, którą można obejrzeć na YouTubie. Każdy z tych filmów powstał z dużym zaangażowaniem, pasją i konkretnym spojrzeniem twórców. I jest wielu fanów, którzy kochają tamte filmy. Ja sam nie myślałem jednak o nich, kiedy tworzyłem swój film. Zrobiliśmy wiele rzeczy inaczej niż w dotychczasowych adaptacjach. Choćby osadzenie historii w retrofuturystycznych latach 60. z pominięciem genezy bohaterów i skupieniem się na tym, jak pojawienie się dziecka zmienia rodzinę. Te decyzje nie wynikały ani z wcześniejszych filmów, ani z różnych wersji komiksów, a tylko i wyłącznie z mojego osobistego spojrzenia na te postacie, jak i z moich własnych przemyśleń o życiu. A kiedy pracujesz przy tak wielkiej produkcji jak film Marvela, to im bardziej osobisty i konkretny ten projekt jest, tym lepiej.
Z pańskiego filmu wynika, że empatia jest dzisiaj supermocą. Chciał pan o tym przypomnieć w czasach powszechnej znieczulicy?
- Tak, Fantastyczna Czwórka mieszka w szklanej wieży w Baxter Building. Wiesz, gdzie ich znaleźć. Dokładnie wiadomo, gdzie są. Są dostępni. Są takimi światłami przewodnimi swoich czasów. Doświadczyli dramatycznej, traumatycznej przemiany i już w pierwszym numerze stworzonego przez Kirby’ego i Lee komiksu zdecydowali, że wykorzystają swoje moce w dobrym celu. I właśnie to robią: próbują jednoczyć świat. Sue Storm w naszym filmie prowadzi Future Foundation - to coś na wzór ONZ. Udało jej się doprowadzić do globalnego rozbrojenia. Oni naprawdę uosabiają optymizm i empatię. Chodzi im o jednoczenie ludzi. I myślę, że to coś wspaniałego w czasach, kiedy tyle osób próbuje nas dzielić.
Wcześniej pracował pan przy "WandaVision", serialu, który miał bardzo wyrazistą stronę artystyczną. Czy przeniósł pan jakieś metody pracy z tego serialu do "Fantastycznej Czwórki"?
- W obu przypadkach kluczowy był bardzo konkretny styl. W "WandaVision" ożywialiśmy różne style sitcomów. Tutaj budujemy nową wersję lat 60., osadzoną w estetyce retrofuturyzmu. Oba projekty wymagały autentyczności, dużej dbałości o szczegóły i solidnych badań, żeby stworzyć świat, który ma wewnętrzną spójność. Kiedy tworzysz zupełnie nowe lata 60., musisz przemyśleć wszystko - od samochodów, przez ubrania, po technologię. Wszystko musi mieć swoją logikę i sens. "WandaVision" był też opowieścią o rodzinie - o mężu i żonie oraz bardzo realnej relacji. I "Fantastyczna Czwórka" jest podobna - opowiada o rodzinie, o małżeństwie, o dzieciach i o tym, jak dzieci mogą zmienić związek. Więc tak, oba te projekty są dla mnie bardzo szczególne, bo są bardzo osobiste. I myślę, że właśnie to sprawia, że są wyjątkowe także dla Marvela od tylu lat.
Co pozwala panu się zrelaksować po stresującym dniu na planie?
- Kocham swoją rodzinę. I każdą wolną chwilę spędzam z żoną i córką, robiąc wszystko, co mogę, żeby je wspierać. Moja córka zawsze wymyśla coś kreatywnego i niesamowitego, a ja jestem jej asystentem - pomagam we wszystkim, co trzeba, żeby tylko mogła się realizować.












