Reklama

Tomasz Schimscheiner: Słoneczna strona ulicy

Celebruje życie. Każdego dnia smakuje je na nowo i cieszy się nim jak mały chłopiec. Uważa, że ludziom uśmiechniętym łatwiej się żyje.

Niezwykle interesujący mężczyzna, którego można słuchać godzinami. Tomasz Schimscheiner udowodnił, że optymizm ma wiele wspólnego z wirusem grypy. Rozprzestrzenia się szybko i w sposób niekontrolowany. Uwaga! Ten mężczyzna zaraża szczęściem.

Reklama

Sobota, godzina trzynasta - to dla pana chyba dobra pora?

Tomasz Schimscheiner: - Zaskakująca obserwacja.

Lubię zaskakiwać!

W takim razie udało się pani. Ale skąd takie wnioski?

Tryska pan humorem i niespożytą energią. To chyba nie przez przypadek, prawda?

- To raczej kwestia genów. Moja mama jest bardzo radosną osobą, więc mam to po niej. Poza tym wydaje mi się, że jeżeli człowiek jest uśmiechnięty, to po prostu łatwiej mu się żyje. Ale chyba nie muszę pani tego jakoś specjalnie tłumaczyć, bo zdaje mi się, że również pani w to wierzy.

Trafił pan w dziesiątkę. Wychodzę z założenia, że dostajemy od życia to, co sami dajemy.

- No proszę! Tak więc jeżeli będę uśmiechnięty, to najprawdopodobniej również dostanę uśmiech. Tak już jakoś jest, że wolę iść - jak mówił Marek Edelman - tą słoneczną stroną ulicy. Nie chcę, żeby mi to życie uciekało. Po co się martwić, skoro można tego nie robić. Hindusi stwierdzili, że Europejczycy mają kłopot ze skupieniem swoich myśli na tym, co tu i teraz. I mają rację - cały czas zamartwiamy się: "co to będzie?" rozpamiętując przeszłość: "a kiedyś to było...". I po co to robimy? Tracimy czas na życie.

A czasami zdaje się pan zwyczajnie na los?

- To szalenie trudna rzecz. Chciałbym mieć w sobie tyle siły, żeby się "puścić". Fajnie byłoby położyć się na fali i po prostu płynąć. Ale do tego potrzeba ogromnej charyzmy, niebywałej osobowości i poczucia wolności.

Nie czuje się pan zatem wolny?

- W dzisiejszych czasach człowiek zniewalany jest przecież na każdym kroku - modą, kinem, myślą, polityką, pieniędzmi...

Miłością...

- Wyjęła mi to pani z ust. A tak swoją drogą, miłość jest wyjątkowym darem od Boga. To, co się z nami dzieje w momencie zakochania jest obłędne. To po prostu fascynujący proces! Wolę się jednak nad nim nie zastanawiać. Cuda pozostawiam w kategorii zjawisk niewytłumaczalnych.

Szybko się pan zakochuje?

- Bardzo!

Chyba jednak nie tak szybko, skoro przez lata jest pan z tą samą kobietą.

- Ale wyszedł "egol z kobity"! Jak miłość to myśli tylko o sobie, że w niej i tylko w niej, i ona to ta jedyna. A dzieci, przyjaciel, kwiatki, ptaszki, partner w pracy i sama praca? A chociażby nawet smak kanapki z masłem, pomidorem, cebulą i jajkiem na twardo, posypanym pieprzem i solą na kromce świeżego chleba? To, moja pani, też są zakochania!

Pan dzisiaj i 20 lat temu, jaka jest podstawowa różnica?

- Stałem się chyba mniej dojrzały.

Chyba bardziej?

- Nie. Czasami mam wrażenie, jakbym z wiekiem dziecinniał.

Jak Benjamin Button?

- Aż tak to może nie, ale coś jest na rzeczy. Dwadzieścia cztery lata temu moja Beatka zaszła w ciążę. To właśnie wtedy urodziła nam się pierwsza córka - Lena. Natomiast sześć lat temu przyszła na świat Adela. Jest między nimi aż siedemnaście lat różnicy. I chyba tylko na podstawie ojcostwa mogę mówić o mojej przemianie. Zauważyłem, że jestem teraz zupełnie innym ojcem.

Innym - znaczy lepszym?

- Dawny Tomek tata próbował wszystko zdobywać na siłę. Poza tym miałem znacznie mniej czasu dla dzieci. To zabawne, bo przecież teraz pracuję dużo więcej. Ale dzisiaj jest tak, że chociażby świat walił mi się na głowę, to buduję zamek z klocków dla księżniczki, równocześnie doprawiając błotną breję, którą Adela nazywa zupą glonową, i świata już nie ma. Czy to nie jest czasem zdziecinnienie?

Czy Tomasz Schimscheiner ma dobre życie?

- Nie wiem. A cóż to za nieskromne pytanie? Wiem, że życie jest jedno. I jest ono tylko twoje. I będzie takim, jakie je widzisz - właśnie dlatego, że jest tylko twoje. A szczęśliwym się bywa i są to tylko momenty. Skrzyżowanie wielu okoliczności, które dają ci taki mentalny orgazm. Niestety ludzie często popełniają jeden podstawowy błąd.

Jaki?

- Utożsamiają swoje szczęście z poziomem materialnym. A to jest przecież ślepa uliczka.

Niby tak, ale przecież wszyscy - nie wykluczając również pana - biegamy za kasą. Nie oszukujmy się!

- Nawet pani nie wie, jak wielu bogatych ludzi poznałem. I co z tego... Mają tyle problemów, że nam się to nawet w głowie nie mieści. Tak naprawdę miarą mojego dobrego życia jest dobro życia innego człowieka.

Mówi pan jak prawdziwy katolik.

- Nie - parafrazuję tylko księdza Tischnera, który mówił tak o wolności. Daleko mi do duszy katolika.

To w co pan wierzy, panie Tomku?

- A co to kogo obchodzi w co ja wierzę? No dobra - tak między nami - wierzę, że spotkanie z innym człowiekiem zmienia świat.

A lubi pan być chwalonym?

- A kto nie lubi? Oczywiście, że przyjemnie jest usłyszeć: "Tomek, wykonałeś kawał dobrej roboty, gratulacje"! Ale powiem pani, że ta próżność aktora jest czymś idiotycznym, a najgorsze jest to, że w żaden sposób nie da się od niej uwolnić.

Za co w takim razie był pan ostatnio chwalony?

- Dostałem nagrodę publiczności za "Najlepsza rolę gościnną" w sezonie 2013 w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Otrzymałem ją za rolę Patroklesa w spektaklu "Każdy musi kiedyś umrzeć Porcelanko, czyli rzecz o Wojnie Trojańskiej" Agaty Dudy-Gracz. Ale tu przypomina mi się taka anaegdota z "Historii filozofii po góralsku" wcześniej wspomnianego księdza Tischnera. Przychodzi góral do spowiedzi: - Proszę księdza nagrzesyło mi się z dziewkami... - Kielo razy? - pyta ksiądz. - Proszę księdza! Przecie jo tu się przyseł spowiadać, a nie chwolić. Więc żeby się nie chwalić, to skupię się na spowiedzi. Razem z żoną wyprodukowaliśmy spektakl. Nosiliśmy się z tym pomysłem od dawna. Gdy urodziła się Adela, chcieliśmy zrobić jej prezent i wystawić dla niej bajkę w teatrze. Pomysł jednak umarł. Ale ostatnio powróciliśmy do tematu.

I rzeczywiście wyprodukował pan bajkę?

- Koncepcja trochę się jednak zmieniła. Zamiast spektaklu dla dzieci, przygotowaliśmy przedstawienie dla ich rodziców "Dziecko dla odważnych" na podstawie książki Leszka K. Talko pod tym samym tytułem.

Ale nic straconego. Zawsze będziecie mogli nadrobić zaległości.

- I tego się trzymajmy. Każdy wie, że lepiej późno, niż wcale!

Alicja Dopierała

Nie przegap swoich ulubionych filmów i seriali! Kliknij i sprawdź nasz nowy program telewizyjny!

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje