"Innego końca nie będzie". Film, który wchodzi pod skórę
Od premiery "Innego końca nie będzie" minął już miesiąc, a myśl o tym filmie wciąż wywołuje we mnie ciarki. Czyż nie o to właśnie chodzi w kinie - by poruszało, zostawiało ślad? Ten seans nie należy do łatwych ani przyjemnych, ale jest niezwykle potrzebny. To film, który nie daje o sobie zapomnieć. Porusza, uwiera i zostawia widza z niewygodnymi pytaniami.
Historia rodziny mierzącej się ze stratą ojca, który sam zadecydował o swoim końcu, to wciąż temat zbyt rzadko podejmowany w kinie. A przecież ci, którzy zostają, muszą jakoś dalej żyć - choć ich rzeczywistość na zawsze została naznaczona. W rolach głównych Bartłomiej Topa, Agata Kulesza, Maja Pankiewicz, Sebastian Dela i Klementyna Karnkowska, ale sercem tej opowieści jest jej autorka - Monika Majorek. Scenarzystka i reżyserka przez lata dojrzewała do tej historii. Początkowo film miał nosić tytuł "Tacie", ale Monika Majorek zrozumiała, że opowiada o czymś więcej. O czym? O tym opowiada Martynie Janasik w szczerym wywiadzie dla Interii.
Specjalnie dla Interia Film. Monika Majorek w szczerym wywiadzie o "Innego końca nie będzie"

Martyna Janasik, Interia: Jestem dziennikarką filmową, więc oglądam mnóstwo filmów. Twoja produkcja jest pierwszą, która oddaje to, co przeżyłam jako dziecko, przechodząc przez stratę. Dopiero w zeszłym roku, będąc w terapii, wyznałam mamie, że nie pamiętam babci, ponieważ nie mam wspomnień z pierwszych 10 lat życia. Milczałam myśląc, że coś jest ze mną nie tak. Kiedy więc usłyszałam, jak najmłodsza z twoich bohaterek przyznaje, że nie pamięta taty, wgniotło mnie w fotel. Ucieszyłam się, że w końcu pojawiła się w kinie postać, z którą mogę się utożsamić. Jestem przekonana, że gdybym zobaczyła “Innego końca nie będzie” w czasie własnej żałoby, to uniknęłabym myślenia, że jest coś ze mną nie tak, a co za tym idzie, dziecięcej depresji. Doświadczyłam też tego rodzaju śmierci bliskiej osoby, o której traktuje twój debiut kinowy, dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że twój film jest potrzebny.
Monika Majorek, reżyserka i scenarzystka "Innego końca nie będzie": - To jest piękne, bardzo dziękuję, że podzieliłaś się tym doświadczeniem. Widać, że film wywołał u ciebie ogromne emocje, i cieszę się, że udało się w jakiś sposób dotrzeć do ciebie. Starałam się pokazać stratę z perspektywy każdego z bohaterów.
Czy ty też uważasz, że jest to film dla każdego i warto wracać do niego w różnym wieku, ponieważ inaczej się go zinterpretuje, w zależności od doświadczeń życiowych? Inaczej spojrzy na niego, dziecko, przyjaciel, siostra, brat, singiel, małżonek czy rodzic. Ten film może wywoływać ciekawe dyskusje o żałobie i traumie.
- To wielowymiarowy film. Nie jest tylko o żałobie, ale też o rodzeństwie, o relacjach międzyludzkich, które są dynamiczne i pełne napięć. Pokazuje, jak blisko związani jesteśmy z rodziną i jak łatwo możemy zranić kogoś, kto jest nam najbliższy. To dobrze, że każdy odbierze go inaczej, w zależności od własnych doświadczeń, ponieważ to da większe pole do dyskusji i mam nadzieję, że “Innego końca nie będzie” spowoduje takie rozmowy. Liczę na to, że dojdzie do nich nie tylko podczas paneli dyskusyjnych w kinach, ale również w domach, w rodzinach. Po reakcjach, które do tej pory otrzymałam od widowni, widać, że jest potrzeba rozmowy o tym.
Nie podajesz jednoznacznego zakończenia, co sprawia, że historia pozostaje niezwykle otwarta do interpretacji. Każdy może sobie dopisać coś własnego do tego, co się dzieje z rodzeństwem po wyjściu z szopy. Z jakimi emocjami chciałaś zostawić widzów?
- Nie wyobrażam sobie sprowadzenia tego do jednej emocji. Zakończenie ma generować w nas pytania o dalsze losy, ponieważ nie do końca przekonuje mnie pokazanie czarnbiałego świata w tym przypadku. Interesujące jest dla mnie to, co widz ułoży sobie w głowie i z ciekawością zauważam, jak skrajne reakcje może wywołać ta historia: dla jednego widza jest to film bardzo lekki, niemal „o niczym”, a dla innego to kino o dużym ciężarze - takim, po który potrzebujemy czasu, żeby poukładać się po seansie. Rozumiem ten odbiór, ponieważ to bardzo zależy od bagażu doświadczeń widza, jego wrażliwości, ale też gustu. Mimo wszystko, zależało mi, żeby ten film miał w sobie element oczyszczenia.
Czyli ostatecznie chodzi o to, by widz miał poczucie nadziei?
- Tak. Kiedy bierzemy na tapet tak trudny temat, chcę, aby film ważył emocje. Mimo że dotykamy ciężkich aspektów życia, mam nadzieję, że widzowie poczują szansę na lepsze jutro.
Wierzę w terapeutyczną moc kina. Gdybyś mogła podpowiedzieć widzowi, który nie ma w życiorysie tak trudnych doświadczeń, jak może oglądać twój film, to na co poleciłabyś mu zwrócić uwagę?
- Uważam, że nie trzeba przeżyć podobnej straty, której doświadczają bohaterowie, żeby poczuć ten film. Wielu z nas nosi w sobie jakąś żałobę - nawet te "małe", które przechodzimy po niespełnionych marzeniach, rozstaniach albo złych wyborach. Starałam się zawrzeć w tym filmie różne wątki, które są uniwersalne dla widza. Ta historia to też subtelna zabawa w podteksty - co bohaterowie mówią, a co naprawdę czują. Choć dialogów nie ma wielu, to uwypuklają różnice między rodzeństwem w podejściu do straty - każde z nich ma swój sposób wyrażania tego, co przeżywa. Dzięki temu łatwiej się z nimi utożsamić.
Każdy ma prawo wykrzyczeć swój ból na swój sposób. Dla mnie ten film jest przede wszystkim o nich. O tych, którzy zostają.
- Dokładnie. Ten film opowiada o tym, co dzieje się po stracie. Wydaje mi się, że to jest przestrzeń, której brakuje w kinie. To, co przeżywają ci, którzy zostają, jest równie bolesne, choć nie tak spektakularne. Trzeba o tym mówić.
To ból, który nie znika, choć z czasem staje się mniej wyrazisty. Osoba, która odeszła, już nie cierpi. Ci, którzy zostają, często mierzą się z tym cierpieniem przez resztę życia. Nawet jeśli dostają wyjaśnienie, dlaczego osoba wybrała przerwanie istnienia, to będzie dla nich za mało, by to zrozumieć i zaakceptować. Czy to właśnie chciałaś powiedzieć widzom - że nie ma co szukać wytłumaczenia na taką śmierć?
- Żadne wyjaśnienie nie będzie wystarczające, dlatego zdecydowałam się, by decyzja ojca pozostała bez jednoznacznego wyjaśnienia. Nie ma ucieczki od tego, co się stało. Pozostaje nam żyć z tą decyzją, nawet jeśli jest to najtrudniejsze, co przyjdzie nam zrobić.

Jestem ciekawa, dlaczego właśnie tak nazwałaś ten film - "Innego końca nie będzie". Twoja bohaterka, Ola, w pewnym momencie tak bardzo rozpaczliwie szuka odpowiedzi, że miałam ochotę powiedzieć jej: "Przestań. Nie znajdziesz odpowiedzi, która da ci spokój, ponieważ innego końca i tak nie będzie".
- Chciałam w tym filmie oddać szacunek osobom, które podejmują tę trudną decyzję, na jaką zdobywa się ojciec tego rodzeństwa. Powody, które nimi kierują, są tak naprawdę znane tylko im. Nawet jeśli je wyartykułują, to często są wielowymiarowe. Tak jak w prawdziwym życiu.
I tak naprawdę nikt nigdy nie zrozumie tego w pełni, ponieważ każdy ma inne wartości. Dla jednej osoby życie jest wartością nadrzędną, dla innej - niekoniecznie.
- To właśnie dlatego w moim filmie postanowiłam odebrać bohaterce, Oli, granej przez Maję Pankiewicz, jasną przyczynę śmierci ojca. Pozostawiam to do interpretacji widzom - tym, którzy zostają. Przecież tak jest też w rzeczywistości: czasem nie dostajemy odpowiedzi. Paradoksalnie, to właśnie brak odpowiedzi przynosi Oli spokój. Przestaje szukać, ponieważ nie ma już czego. Innego końca naprawdę nie będzie.
To niezwykle trudne, ale jednocześnie prawdziwe. Twój film pierwotnie nosił inny tytuł, prawda?
- Tak, nosił tytuł "Tacie", ale zrozumiałam, że film nie jest tak do końca o ojcu i chęci dzieci, by czuć jego obecność. Przekaz filmu dotyczy czegoś więcej - akceptacji. W filmie jest moment, który przypomina mi surrealistyczny stan, w którym znajdujemy się kilka godzin po śmierci bliskiej osoby. Niby świat funkcjonuje tak samo - siedzimy na tym samym krześle, mijamy te same miejsca - ale wszystko wydaje się inne. Jakby ktoś przeniósł nas na inną planetę. To uczucie, kiedy powietrze pachnie inaczej, choć przecież nic się nie zmieniło. Świat się nie zatrzymał, ale dla nas już nigdy nie będzie taki sam. I w końcu dochodzimy do momentu akceptacji. Przyjmujemy to powietrze i idziemy dalej, ponieważ innego końca nie będzie. Nie miało być kolejnego telefonu, kolejnego spotkania.
Dla niektórych akceptacja to droga na całe życie, dla innych krótszy proces, ale w końcu wszyscy do niej jakoś dochodzimy. Wydaje się bowiem, że akceptacja to jedyny sposób, by zrobić miejsce na nowy początek. Tak właśnie odczytuję przesłanie twojego filmu. To doskonałe zobrazowanie wyboru, który ma każdy z nas - możemy zostać w miejscu i pozwolić, by życie zakończyło się wraz z odejściem tej osoby, albo możemy iść dalej. Nie ma w tym nic złego.
- Dziękuję ci za te słowa. To najlepszy dowód na to, że po premierze filmu, historia z ekranu zaczyna żyć własnym życiem na sali. Jestem ogromnie wdzięczna widzom, którzy przychodzili na festiwale, na pokazy - zarówno te kameralne, jak i większe. Zawsze towarzyszyła im jakaś dyskusja. To specyficzne doświadczenie - może nie posunęłabym się do określenia "grupowa terapia", ale rzeczywiście, to moment, w którym ludzie mogą powiedzieć, co film w nich poruszył, co przeżyli, jakie emocje im przyniósł. Jako autorka czuję ogromną wdzięczność, choć jednocześnie mnie to onieśmiela. Podziwiam ludzi, którzy decydują się dzielić swoimi doświadczeniami. Kino żyje w każdym z nas na swój sposób - najpierw oglądamy film, a potem, gdy otwieramy usta, by o nim opowiedzieć, nagle zaczynamy mówić o zupełnie nowym obrazie - tym, który już w nas dojrzał i się ułożył.
Z perspektywy filmowca to jest niesamowicie ciekawe. Zresztą powiem Ci coś - to dla mnie dziwne uczucie. Po raz pierwszy mam taką sytuację, że siedzę tu z twórczynią filmu i mówię w pełni świadomie: "Nie chcę tego zobaczyć jeszcze raz, ponieważ to zbyt boli". Jesteś osobą, która sama doświadczyła straty rodzica - ile w tym filmie jest twojego własnego obrazu tych emocji?
- To ciekawe pytanie. Myślę, że scenariusz był wypadkową moich fantazji, przemyśleń, wyobrażeń, ale też doświadczeń - moich i innych ludzi. Typ śmierci, którą tu pokazałam, był mi obcy, więc musiałam się w niego zagłębić, czytając listy pożegnalne, rozmawiając z osobami, które straciły bliskich w ten sposób. Chciałam stworzyć film, który stawia bohaterów w miejscu, które jest piekielnie trudne - w sytuacji, z której nie ma prostych wyjść. Czy to moja osobista historia? Nie. Jednakże skoro ludzie mnie o to pytają, to znaczy, że udało nam się stworzyć coś autentycznego. To jest dla mnie ogromnie cenne.
W zeszłym roku pokazywałaś film w Gdyni i w Warszawie. W tym roku będzie zdecydowanie więcej tych filmowych podróż z "Innego końca nie będzie". Jeden z najważniejszych punktów za nami - pod koniec lutego tego roku produkcja doczekała się oficjalnej premiery kinowej. Czy jest jakieś pytanie, które liczyłaś, że zadadzą ci dziennikarze lub widzowie, ale tak się nie stało? Może masz jakieś spostrzeżenie, którym wciąż nie udało ci się w związku z tym tytułem podzielić?
- Często dostaję pytania od dziennikarzy o to, czy warto jest robić takie kino w Polsce i to rymuje mi się z wielokrotnie padającym pytaniem od widowni o to, czemu tak mało takich filmów powstaje w Polsce. Chciałabym rozpocząć dyskusję z producentami i dystrybutorami na temat oczekiwań widzów i odwagi w wychodzeniu poza schemat powtarzanych w kółko tych samych "bezpiecznych" historii, które znamy na pamięć.
W takim razie tego ci życzę. Bardzo dziękuję ci za ten film. Odważę się powiedzieć, że uważam, iż takiego obrazu w Polsce jeszcze nie było.
ZOBACZ TEŻ:
Jaki film na wieczór? Netflix ma dla ciebie świetną propozycję!









