Reklama

Oni są amatorami, ja - profesjonalistą

- To numer jeden na liście głupich pytań, które zadała dzisiaj każda z osób przeprowadzających ze mną wywiad. Nie można zadać głupszego pytania. Może jeszcze takie: "Czy sfilmował pan już coś dzisiaj?" - nieznacznie rozbawiony i wyraźnie poirytowany Jonas Mekas wycelował w moją twarz zaciśniętą pięść. Zapytałem tylko, czy ma ze sobą w Krakowie kamerę...

Kilkanaście minut wcześniej legendarny nowojorski filmowiec awangardowy udzielił telewizyjnego wywiadu Grażynie Torbickiej. Rozmawialiśmy w krakowskim kinie Kijów.Centrum w trakcie Krakowskiego Festiwalu Filmowego, podczas którego Mekas otrzymał Smoka Smoków - specjalne wyróżnienie za całokształt twórczości.

Reklama

Pierwsza retrospektywa jego twórczości miała miejsce w 2001 roku, w Sanoku, na pierwszym festiwalu Nowe Horyzonty. Teraz, po niemal 10-letniej przerwie, wracam do tych osobistych, skonstruowanych na wzór dziennika filmów jak do starych znajomych.

Inauguracyjna projekcja, towarzysząca wręczeniu Mekasowi statuetki Smoka Smoków, była niezwykła z jeszcze jednego powodu: kto z festiwalowych bywalców pamięta, że na ogromnym ekranie kina Kijów.Centrum można wyświetlać filmy z 16-milimetrowej taśmy? Dyrektor festiwalu Krzysztof Gierat wspomniał przed seansem, jak wielkim wyzwaniem dla organizatorów festiwalu było sprowadzenie odpowiedniego projektora.

Wcześniej publiczność zobaczyła "Sceny z życia Andy'ego Warhola". Jest w tej filmowej elegii cały Mekas: motorem jego twórczości stało się poczucie utraty. Warhol, Lennon, Maciunas - to bohaterowie jego filmów. Bohaterowie, którzy odeszli. Powoli odchodzi do lamusa także taśma filmowa.

Oglądając na coraz mocniej zużytych kopiach stare filmy Mekasa, doświadczyłem niezwykle intensywnego kinematograficznego przeżycia. Wspaniała ziarnistość tych obrazów i ich niespotykana już dzisiaj kolorystyka sprawiły, że znów nie miałem ochoty wychodzić z kina.

Wino, koty, samochody...

Z Mekasem chciałem porozmawiać o najbanalniejszych codziennych sprawach, które wynikają bezpośrednio z jego twórczości, takich jak picie wina, potrzeba posiadania kotów, niechęć do samochodów. - Możemy zacząć od wina? - Od wina? - Mekas łypnął na mnie znad kieliszka białego wina.

- Ciągle pije pan wino - zaczepiłem jeszcze raz. - Wszyscy moi przyjaciele piją wino. Dotrzymuje nam ono towarzystwa. Jest częścią naszych przyjaźni - dodał, a kiedy zwróciłem uwagę, że cała jego twórczość jest na wskroś dionizyjska, odparł:

- Bachus jest od zawsze obecny w moim życiu. Dobre amerykańskie wino jest dwa, trzy razy droższe od dobrego wina włoskiego. Trzymam się więc włoskich, hiszpańskich i francuskich. Amerykańskie? Niezwykle rzadko piję amerykańskie wino - powiedział, a kiedy zapytałem, czy woli białe - od początku pobytu w Krakowie sączył właśnie takie - rzucił: - To często zależy od tego, jakie jest akurat pod ręką.

Oglądając jego filmy nie sposób nie zwrócić uwagi na wszechobecne koty: - Koty mnie kochają. Ten, którego mam teraz - Tiger - trafił do mnie prosto z ulicy. Mały miauczący kotek u moich drzwi. Przygarnąłem go więc. Moja córka Oona niedawno podrzuciła mi jeszcze jednego, teraz mam już dwa - zwierzył się Mekas, po czym uściślił, że Tiger "ma poetycką duszę i dużo czasu poświęca na kontemplację". Psy? - Nie jestem pewien, czy ludzie powinni mieć psy w mieście. Psy potrzebują się wybiegać. Koty są bardziej domowymi zwierzętami - zawyrokował.

W żadnym z jego filmów nie wdziałem go za kierownicą samochodu. - Byłem na dwóch lekcjach nauki jazdy. Obydwie odbywały się w najruchliwszej części Manhattanu. To było dla mnie za dużo. Jazda samochodem jest nie dla mnie. Zadecydowałem, że to zły pomysł. Wynalazek samochodu to zły pomysł. Samochody zanieczyszczają planetę. Zanieczyszczają ocean. Samochód w żaden sposób nie przyczynił się do rozwoju ludzkości - Mekas powoli się rozkręcał. Kiedy zapytałem go, czy jeździ po Nowym Jorku rowerem, czy raczej woli spacerować, rzucił filozoficznie:- Jest tyle sposobów przemieszczania się...

- Ruchome schody, rowery, pociągi. Nie jestem pewien, czy potrzebujemy tak szybkich środków transportu. Odległość od mieszkania do miejsca pracy zawsze pokonywałem na piechotę. Nawet teraz, kiedy mieszkam nieco dalej, chadzam piechotą. Wystarczy przejść przez most, zajmuje mi to około 45 minut. Ludzie powinni wybierać sobie taką pracę, do której mogą dojść pieszo. Współczesny flaneur.

Jonas Mekas bez kapelusza to niezwykle rzadki widok. - Zacząłem nosić kapelusz jakieś 40 lat temu. Bez wielkiego powodu. Po prostu - powiedział, po czym uchylił kapelusza, jakby kłaniał się staremu znajomemu.

Jeden Bolex na 10 lat

Zapytałem Mekasa również o aparat. W jego nowojorskiej mitologii zawsze podejrzane wydawało mi się to, że po przybyciu do USA kupił kamerę, a nie - tańszy i powszechniejszy - aparat. - Pierwszy aparat dostałem, kiedy miałem 14-15 lat. Uznałem, że następnym krokiem będzie sięgnięcie po kamerę - powiedział i opowiedział historię zakupu pierwszego Boleksa [lekka, prosta w obsłudze, 16-milimetrowa amatorska kamera].

- Zanim przyjechałem do Nowego Jorku , już interesowałem się kinem. Wiedziałem, że jak tylko zdobędę pracę, będę mógł pozwolić sobie na zakup kamery filmowej. Jak to zrobiłem?

- Kamera kosztowała wtedy około 300 dolarów. Moja tygodniowa pensja wynosiła 12 dolarów. Poszedłem więc do sklepu i powiedziałem: "Chciałbym kupić kamerę. Co tydzień będę przynosił panu - powiedzmy - 5 dolarów". Na co sprzedawca odrzekł: "W porządku, ale co się stanie, jeśli straci pan pracę? Potrzebuję jakiejś gwarancji. Poręczenia".

Okazało się wtedy, że w Nowym Jorku, na Brooklynie, od dwóch lat przebywa burmistrz litewskiego miasteczka Birże, z którego pochodzę. Miał dobrą pracę, znał ludzi... Poszedł więc ze mną do sklepu i powiedział do sprzedawcy: "Daj mu tę kamerę. Jeśli nie będzie miał jak zapłacić, wtedy ja zapłacę" - wspomniał Mekas.

Artysta dodał też - nie wiedziałem tego - że jeden Bolex starczał mu na około 10 lat. - W ciągu 40 lat miałem więc 4 Boleksy - podsumował.

- A jednego Bolexa miałem tylko trzy lata. Dołączyłem do grupy ludzi manifestujących przeciwko przybyciu do Nowego Jorku nuklearnych statków. Aby zatrzymać te statki, wypłynęliśmy w ich kierunku małymi łódkami. W ferworze protestu ktoś upuścił moją kamerę do wody. Co prawda szybko ją wyciągnął, ale nigdy już tak naprawdę nie była w pełni sprawna - wspominał Mekas.

Kto tu jest amatorem?

Próbowałem go nieco ożywić, może sprowokować. Opowiedziałem, że oglądałem niedawno "Wściekłego byka" na DVD, gdzie w jednym z umieszczonych na płycie reportaży trafiłem na wypowiedź operatora Michaela Chapmana, który przytoczył interesującą anegdotkę.

Kiedy Martin Scorsese zdecydował się na włączenie do swojego filmu fragmentów rodzinnych filmików, kręconych przez bohatera filmu Jake'a La Mottę, polecił Chapmanowi odtworzenie takich home movies. Chapman jednak nie był w stanie tego zrobić, jego ujęcia były zbyt dopracowane, nie potrafił nakręcić tego po amatorsku. "Scorsese - mówił Chapman - zdecydował się wtedy nakręcić te home movies sam. Jednak i jemu się to nie udało, jego ujęcia były zbyt artystyczne".

- To zabawne, że profesjonaliści nie potrafią naśladować amatorów - zadaję pytanie nie wprost. - Dla mnie to oni są amatorami, ja jestem profesjonalistą - denerwował się Mekas. - Ja też potrafię kręcić filmy tak, jak oni, ale zdecydowałem, że nie będę tego robił. Oni nie potrafią kręcić filmów tak, jak ja. Kto tu jest amatorem? - zapytał retorycznie.

- Co to znaczy profesjonalizm? - kontynuował. - Udzielałem przed chwilą telewizyjnego wywiadu. Proszę popatrzeć na te światła, na te kamery? Problem w tym, że ten sprzęt nie chwyta prawdziwego życia. To tylko wywiad. Stworzona sytuacja - wspominał niedawne nagranie dla telewizji.

Wrócił też do wygłoszonego podczas odbierania statuetki Smoka Smoków minimanifestu filmowego: - Obraz z taśmy 8-milimetrowej jest inny niż obraz z taśmy 16-milimetrowej. To samo z taśmą 35-milimetrową. Oczywiście, że różnica między tymi formatami wiąże się z ziarnistością obrazu. Są jednak i inne wyróżniki, np. jakość koloru. Wszystko zależy też od tego, ile pieniędzy zainwestuje się w produkcję kopii. Nie ulega dyskusji, że jakość kopii 35-milimetrowej jest lepsza od kopii 8-mililimetrowej. Powtarzam jednak ciągle, że nie można przenosić obrazu nakręconego na taśmie 8-milimetrowej na kopię 35-milimetrową. I na odwrót - apelował o nienaruszalność integralności oryginalnych kopii filmowych.

Czułem, że zaczynam się powtarzać

Kiedy zauważyłem, że wszystko jego filmy są elegiami i zacząłem się zastanawiać, czy tęskni za ziarnistością poetyki kamer Bolex, odparł: - Nie bardzo. Kupiłem pierwszą kamerę wideo w 1989 roku. Od tego czasu filmy realizowane na taśmach stawały się coraz rzadszym zjawiskiem. Miałem coraz większe problemy z zachowaniem nagranych materiałów. Poza tym czułem, że zaczynam się powtarzać. Ciągle to samo, w kółko, na okrągło to samo. Kiedy więc pojawiło się wideo, postanowiłem, że spróbuję, jakie są możliwości, co kamera wideo może mi zaproponować. Po 40 latach zaczynałem być znużony tym, co robiłem z Boleksem - wyznał.

Fragment filmu "Walden":


Mekas ujawnił też, że techniczno-emocjonalne opanowanie Boleksa zajęło mu około 10 lat. - Chodzi mi o taką władzę nad sprzętem, że mogę robić na nim, co tylko zapragnę. To tak jak z muzykiem jazzowym: kilka lat musi zaprzyjaźniać się z saksofonem. Z moją kamerą wideo jestem już za pan brat. Moim pierwszym filmem zrealizowanym w tej technice jest "List z Greenpointu" (2005).

Pytam się więc o nowy film, którego premiera ma się odbyć na wrześniowym festiwalu w Wenecji.

- To kolekcja filmowych impresji - około 20 różnych historii. Wpadłem na pomysł tego filmu czytając "Opowieści tysiąca i jednej nocy". Początkowym pomysłem było nakręcenie tysiąca i jednej historii. Miała to być kontynuacja mojego projektu "365 dni" [Mekas przez rok prowadził rodzaj filmowego bloga]. Uzmysłowiłem sobie jednak, że to nie takie proste, zajęłoby mi to kilkaset lat. Zdecydowałem więc, że zrobię to trochę w inny sposób. Ten film ma 2 godziny i 16 minut. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebym nakręcił kolejny taki film, z kolejnymi 20 historiami. Być może tak zrobię. Nie mam jednak pojęcia, co będzie dalej. Kino jest nieprzewidywalne. Mam tyle nagranego materiału...

Kiedy podziękowaliśmy sobie za rozmowę (Mekas: - To nie był taki zły wywiad. Ja: - Czy to znaczy, że zadałem tylko jedno głupie pytanie?), Mekas, jakby obudzony z zimowego snu, rzucił na odchodne: - Nie widziałeś wielu z moich instalacji... Właśnie, nie zdążyliśmy porozmawiać o jeszcze kilku innych sprawach.

- - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jonas Mekas to - obok Stana Brakhage'a, Kennetha Angera, Andy'ego Warhola i Mai Deren - najważniejsza postać amerykańskiego undergroundu filmowego. Urodzony na Litwie w 1922 roku, od końca lat 40. XX wieku mieszka w Nowym Jorku. Zadebiutował wspólnie z bratem Adolfasem fabularnym filmem "Guns of Trees" (1961), zaliczanym do nurtu beat cinema. Jego kolejnym filmem była rejestracja spektaklu Living Theatre "Klatka" (1964).
Od ponad 40 lat realizuje filmy, będące rodzajem filmowego dziennika; do najważniejszych zaliczyć należy: "Walden" (1969), "Reminiscencje z podróży na Litwę" (1972), "Lost Lost Lost" (1976) i "Kiedy szedłem przed siebie, widziałem króciutkie mgnienia piękna" (2000).
Mekas jest też jednym z założycieli Antology Film Archives - najważniejszej w Stanach Zjednoczonych instytucji, zajmującej się propagowaniem i restauracją dokonań kina niezależnego oraz uznanym poetą - autorem posłowia do amerykańskiego wydania jego wierszy "There is No Ithaca" jest Czesław Miłosz.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje