Marcin Radomski: Tytuł filmu w eschatologii islamu oznacza most nad otchłanią piekła, który prowadzi do raju. Co dla ciebie znaczy ta metafora?
Oliver Laxe: - Tytuł filmu dotyka lęku, który dziś wszyscy nosimy w sobie, a mianowicie tego, że świat, jaki znamy, zbliża się ku końcowi. Myślę, że każdy z nas podskórnie to czuje. To nie jest konkretna wizja zagłady, raczej świadomość kruchości: ekologicznej, społecznej, politycznej. Człowiek ma niezmierzoną zdolność autodestrukcji. "Sirât" pokazuje świat chwiejący się w posadach.
Film balansuje między metafizyczną opowieścią o apokalipsie a realistyczną historią ojca poszukującego zagubionej córki na pustyni. Skąd ta podwójna perspektywa?
- Lubię w opowieściach przygodowych to, że zawsze mają dwa poziomy: fizyczny i metafizyczny. Bohater musi zmierzyć się z wyzwaniami zewnętrznymi, ale równie ważna jest droga wewnętrzna. Narracja zakorzenia nas w rzeczywistości, a jednocześnie obrazy i dźwięki pozwalają ją dematerializować. Ta równoległa przestrzeń jest krucha, eteryczna, ale otwiera drzwi do innego wymiaru.
Główny bohater i jego syn dołączają do grupy outsiderów, imprezowiczów, którzy szukają nowego miejsca na rave'y. Wspólnie ruszają w podróż. Czy oni szukają ocalenia?
- Tak, bo wiesz, ja mam wiarę w człowieka, dlatego "Sirât" jest też po części utopijny. My, ludzie, chcemy się zmienić, ale brakuje nam narzędzi. Życie samo nas do tego zmusza poprzez kryzysy, które wymuszają transformację. Moi bohaterowie, raversi, wiedzą, że nadchodzi reset. Czekają na niego, bo tylko w ten sposób możemy zacząć od nowa. To nie jest koniec, to początek.
Co masz na myśli?
- Bohaterowie mojego filmu to ludzie, którzy zrzucili maski. Przestali udawać, że są idealni. Otwierają się, pokazując swoje blizny. Właśnie w tym tkwi ich siła. Widzimy ból i kryzys, ale jednocześnie drogę ku wzrostowi. Luis, grany przez Sergiego Lópeza, przechodzi głęboką przemianę i choć poprzedza ją kryzys, ostatecznie staje się ona szansą na nowe życie.
Twoje kino odwołuje się do transcendencji. Jak rozumiesz tę kategorię w sztuce?
- Sztuka, kiedy naprawdę działa, przekracza autora. Reżyser, niczym przestępca, powinien zatrzeć ślady. Ja staram się popychać widza do granicy, by poczuł, że poza światem materialnym istnieje przestrzeń, która przemawia do nas w inny sposób. Jej nie da się zaplanować ani wyreżyserować. Można ją jedynie uchwycić przypadkiem, jak błysk, objawienie.
Muzykę do filmu stworzył Kangding Ray, producent i performer, należący do absolutnej czołówki sceny techno ostatnich lat. Jakie znaczenia ma dla ciebie muzyka?
- Kluczowe. Film rodzi się z ciszy, którą stopniowo wypełnia dźwięk. To muzyka cielesna, organiczna, przeżywana całym sobą, nie tylko uszami. Łączy dwa światy: recytację Koranu i transowy rytm rave'u. Duchowe uniesienie spotyka się z cielesnym transem.
A same rave'y? Na ekranie wyglądają autentycznie, bez cienia inscenizacji.
- Bo takie były. Chcieliśmy jak najlepiej oddać atmosferę prawdziwego rave'u, dlatego postanowiliśmy nie tyle zainscenizować, ale zorganizować i udokumentować prawdziwą imprezę. Zbudowaliśmy więc imponujący soundsystem, zaprosiliśmy ludzi, a całość zarejestrowaliśmy na taśmie Super 16mm, potęgując w ten sposób uczucie ziarnistego, pustynnego otoczenia. Szukałem nie aktorów, lecz ludzi, uczestników prawdziwych imprez. Zdarzało się, że na planie tańczyło ponad tysiąc osób. W efekcie mamy hipnotyzujące, pulsujące podskórną energią, wciągające uczucie uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Tego nie da się wymyślić, to prawdziwa energia, której kamera jedynie stała się świadkiem.
Czy to spotkanie z kulturą rave'u cię zmieniło?
- Od dawna ją znałem, ale dzięki "Sirâtowi" poznałem ludzi, którzy tworzą tę kulturę od środka. I odkryłem, że to nie tylko zabawa. To filozofia wspólnoty, odpowiedzialności, uważności. Łatwo powielać stereotypy o imprezowiczach pod wpływem narkotyków. A tymczasem to ludzie świadomi, którzy czują, że świat stoi nad przepaścią i trzeba coś z tym zrobić. Ich odpowiedzią jest spojrzenie w głąb siebie - to przesłanie bliskie mojemu filmowi.
W "Sirâcie" muzyka staje się ważniejsza od języka. Skąd takie radykalne stwierdzenie?
- Bo dotarliśmy do momentu, gdy język staje się niewystarczający. Nadmiar słów nas ogranicza. Obrazy i cisza mówią więcej niż jakikolwiek dialog.
Obrazy są niezwykłe, bo marokańską pustynię "zagrało" hiszpańskie Rambla de Barrachina, ale wiele scen podróży były filmowanych w samym Maroku. Jakie wrażenie zrobiły na tobie te miejsca?
- Choć nie byliśmy aż tak odcięci od cywilizacji, bo mieszkaliśmy w hotelu, a na plan jeździliśmy godzinę, poczucie izolacji było ogromne. Burze piaskowe, ulewy, skwar słońca - to wszystko przypominało nam, jak mały jest człowiek wobec natury. Ale też pomagało wczuć się w rolę. Pustynia dawała doświadczenie bycia "pośrodku niczego", a to dokładnie odczuwali nasi bohaterowie.
W "Sirâcie" połączyłeś survivalowy thriller z krytyczną oceną świata: dzisiejszej polityki, relacji międzyludzkich, polityki. Dlaczego?
- Filmowanie traktuję jak akt religijny. Samo słowo "religia", od łacińskiego religare, czyli "łączyć", jest mi bliskie. Dorastałem w świecie, który nie ufał instytucjom ani wielkim narracjom, dlatego moja duchowość jest osobista. Wierzę, że sztuka i wiara są w istocie tym samym - praktyką duchową. W "Sirâcie" cały czas coś łączę: tradycje, formy, ludzi. Choć kręciliśmy w kraju muzułmańskim, skupiłem się na tym, co uniwersalne. W moim filmie energia płynie z konfrontacji człowieka z samym sobą i naturą. Najważniejsze jest jednak to, że serce bije wszędzie tak samo i przemawia językiem miłości.













