Natalia Rybicka: Jestem głodna filmu

- Wydaje mi się, że w ogóle ciekawsze są postaci, które mniej mówią. Dla mnie aktorstwo nie polega na słowach, które wypowiadamy, tylko częściej na słuchaniu tego, co mówią inni - mówi Natalia Rybicka. Popularna aktorka filmowa, teatralna i telewizyjna opowiada o swoim nowym projekcie "Niewidzialne", zmieniającym się podejściu do zawodu i graniu skomplikowanych kobiet.

- Trudno mi w ogóle nazywać aktorstwo zawodem, bo to po prostu moje życie - mówi Natalia Rybicka , fot. Marek Gorczyński

"Niewidzialne" to drugi po "Matce Teresie od kotów" pełnometrażowy film fabularny uznanego polskiego dramaturga i reżysera Pawła Sali, który oparł scenariusz na własnej sztuce teatralnej.

Reklama

Głównymi bohaterkami są trzy ubogie szwaczki, pracujące za marne pieniądze w odrapanej i zagrzybionej suterenie jednej z warszawskich kamienic. Oglądając świat zza zabrudzonego i zadymionego okna, marzą o wyjściu z biedy oraz godnym życiu. Z ich rozmów i interakcji, wybuchów złości skrywających wewnętrzną rozpacz, rodzi się obraz Polski, o której istnieniu łatwo zapomnieć w dzisiejszym świecie milionów audiowizualnych bodźców promujących atrakcyjnych i pięknych ludzi sukcesu.

Film "Niewidzialne" trafi na ekrany polskich kin 13 kwietnia, dystrybutorem jest Alter Ego Pictures.

O filmie "Niewidzialne" opowiada Natalia Rybicka.

Darek Kuźma: "Niewidzialne" to nie jest typ filmu, w którym gra się dla czeku lub sławy. Jak się z nim związałaś?

Natalia Rybicka: - Pawła Salę poznałam na festiwalu filmowym "Prowincjonalia" we Wrześni, gdzie razem zasiadaliśmy w jury. Bardzo spodobała mi się jego wrażliwość i podejście do robienia kina. Gdy nadarzyła się okazja, żeby zagrać w jego filmie, nie zastanawiałam się długo. Kiedy dołączyłam do ekipy zdjęcia już trwały, musiałam szybko odnaleźć się w tym projekcie.

To było dla ciebie coś nowego?

- Tak, chociaż mam duże doświadczenie w filmach, serialach i w teatrze, to jednak kino artystyczne rządzi się swoimi prawami. Praca na planie "Niewidzialnych" też wyglądała inaczej. Mieliśmy dużo czasu na pracę nad postacią, mogliśmy naprawdę zbudować role. Istniały oczywiście różne ograniczenia, ale przypominało to raczej pracę w teatrze. Tyle że przed kamerą.

Ale to chyba dobrze, nowy reżyser, nowe wyzwanie, nowe wspomnienia?

- Tak, zdecydowanie. Bardzo cieszyłam się też na spotkanie z Arkiem Tomiakiem, u boku którego rozpoczął się mój romans z kinem w "Żurku". Uważam, że Arek jest jednym z najbardziej utalentowanych operatorów w Polsce. Nie widzieliśmy się od tamtego czasu, było to bardzo miłe i sentymentalne spotkanie.

Wiem od Pawła Sali, że praca na planie "Niewidzialnych" była dość wymagająca. Spotykaliście się rankami na próby i dopiero gdy obsada była gotowa, reżyser wołał ekipę i zaczynały się zdjęcia. Jak utrzymać w takich warunkach koncentrację, gdy grasz bardzo spokojną, statyczną kobietę, a sama jesteś, osobą pełną energii?

- To był rzeczywiście bardzo trudny proces. Koncentracja była tak duża, że zostawała we mnie na bardzo długo, a wraz z nią mrok postaci. Ale miałam u swojego boku wspaniałe aktorki, Halinę Rasiakównę i Sandrę Korzeniak, które od dawna podziwiałam na deskach teatrów. A to, na co pozwolił nam Paweł, przypominało... sama nie wiem... rzeźbienie, tworzenie tu i teraz, to było jak malowanie obrazu. Wszystko we mnie wtedy buzowało, ale ciągle czuję w sobie te emocje.

Nie jest to zdecydowanie komedia romantyczna, lecz trudny film o kobietach, które harują całe życie tylko po to, żeby dalej harować. To jeden z powodów, dla których przyjęłaś rolę?

- Lubię grać w filmach, w których ludzie nie są piękni i instagramowi. Myślę, że to duża wartość kina artystycznego -  pokazać rzeczywistość taką, jaka jest, nawet jeśli oglądanie tego w jakiś sposób boli. Moje postaci zazwyczaj niosą ciężki bagaż, więc może dla odmiany powinnam zagrać w komedii romantycznej (śmiech).

Aż tak bardzo związałaś się emocjonalnie ze szwaczką z "Niewidzialnych"?

- Tak, chyba tak, ale nie w pełni świadomie. To była raczej kumulacja różnych doświadczeń, długich prób, smutnej postaci, trudnej historii. Przypomniało mi się właśnie, że na jakiejś przerwie obiadowej poszłam w kostiumie szwaczki do restauracji i... to było dość smutne doświadczenie. Jako biedna dziewczyna w zniszczonym swetrze i przetłuszczonych włosach byłam traktowana zupełnie inaczej niż pozostali goście. To daje do myślenia, jak ten nasz plastikowy świat funkcjonuje.

Twoja szwaczka jest bezimienna, tak jak pozostałe bohaterki. Nie ma tożsamości, siedzi sobie cicho w swoim kąciku i słucha, czasami tylko reagując.

- Wydaje mi się, że w ogóle ciekawsze są postaci, które mniej mówią. Dla mnie aktorstwo nie polega na słowach, które wypowiadamy, tylko częściej na słuchaniu tego, co mówią inni. I na skupieniu, na byciu stuprocentowo w danej scenie, czerpaniu z jej energii. Na słuchaniu samej siebie i siebie nawzajem.

Gest i mimika ciekawsze od dialogów, a mrok od zwyczajności? Patrząc na twoją filmografię, od "Żurka" po "Chrzest" i "Syberiadę Polską", łatwo zauważyć, że grywasz często skomplikowane kobiety, które mają w życiu pod górkę.

- To nie jest tak, że specjalnie wybieram takie role, tak po prostu wychodzi. Ale tak, lubię takie postaci. Już Ryszard Brylski powiedział mi na planie "Żurka", że obsadził mnie w roli tej nieoczywistej dziewczyny, bo widzi we mnie jakiś wewnętrzny mrok (śmiech). Coś takiego we mnie jest, a reżyserzy i producenci to dostrzegają. Ale gram też inne kobiety, w serialu "Blondynka" jestem uśmiechniętą panią weterynarz. I to właśnie ta różnorodność jest najciekawsza. Gdybym miała grać cały czas to samo, nie wiem, czy dałabym radę.

Wróciliśmy znowu do "Żurka", twojego debiutu filmowego, który premierę miał w 2003 roku, 15 lat temu. Pół życia z kinem, serialem i teatrem. Jak się z tym czujesz?

- Idę tą drogą odważnie i konsekwentnie, próbuję skakać przez kałuże, które są na drodze, ale jestem bardzo szczęśliwa. Trudno mi w ogóle nazywać aktorstwo zawodem, bo to po prostu moje życie. Mogę się sprawdzać, poznawać siebie oraz ciekawych ludzi. Coraz bardziej doceniam wszystkich, którzy tworzą te wszystkie światy, w których widzi nas publiczność. Ludzi, którzy tworzą teatr, obsługę techniczną, osoby sprzątające, całe ekipy, z którymi spotykam się na planach filmowych. Jak byłam dzieckiem, nie do końca wiedziałam, jak to działa, a teraz zauważam, że w każdym projekcie może powstać swego rodzaju nowa, filmowa czy teatralna rodzina.

Ostatnio częściej można cię spotkać w teatrze i telewizji niż w kinie. Tak ci wygodnie czy planujesz to zmienić?

- Jestem głodna filmu, ale nie chcę robić nic na siłę. Czasami brakuje mi kina, ale w maju wchodzę na plan i zapowiada się, że przynajmniej do końca roku z niego nie zejdę (śmiech). Taka odmiana bardzo przyda mi się, ponieważ jestem świeżo po premierze "Kartoteki rozrzuconej" w Teatrze Studio. Aktorstwo wiele mi dało, jakiś rodzaj empatii, wrażliwości i postrzegania świata, możliwość patrzenia na rzeczywistość czyimiś oczami i nabrania dystansu do samej siebie. A może aktorstwo wynika z nieumiejętności bycia do końca sobą? Dlatego udajemy kogoś innego? Sama nie wiem, cały czas staram się to rozgryźć, ale na pewno czuję się bardzo szczęśliwa, że moje życie ułożyło się w taki sposób.

Dowiedz się więcej na temat: Natalia Rybicka | Niewidzialne | paweł sala

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje