Reklama

Reklama

Maximilien Seweryn: Chłopak z Montmartre’u

Maximilien Seweryn to najmłodszy syn polskiego aktora, Andrzeja Seweryna. Okazuje się, że 32-latek, podobnie jak jego tata, swoją zawodową przyszłość postanowił związać z aktorstwem. Od 19 sierpnia możemy go oglądać na ekranach polskich kin. Zagrał bowiem jedną z głównych ról w filmie Jeana-Jacquesa Annaud "Notre-Dame płonie". W najnowszym wywiadzie opowiada o swojej kreacji, relacjach z tatą i wyprawie do Stanów Zjednoczonych.

Jest aktorem, muzykiem, niedoszłym ekonomistą oraz osobą sprawiającą wrażenie ogromnej ciekawości świata. Urodzony i mieszkający we Francji Maximilien Seweryn to syn Mireille Maalouf  oraz Andrzeja Seweryna, wybitnego polskiego aktora. Choć przekonuje, że nigdy nie czuł presji nazwiska, zdecydował się pójść w ślady ojca i coraz odważniej poczyna sobie na aktorskim szlaku. 

Wcielił się w postać oficera straży pożarnej w nowym filmie jednego z mistrzów francuskiego kina Jeana-Jacquesa Annauda - "Notre-Dame płonie", który właśnie wszedł do polskich kin. Za jakiś czas z kolei będziemy mogli go zobaczyć u Jana Holoubka w "Doppelgänger. Sobowtór", na planie którego spotkać mógł... swojego ojca. 

Reklama

O ciężarze nazwiska, warszawskim Żoliborzu, pierwszej roli i męskiej wyprawie do Stanów Zjednoczonych, z Maximilienem Sewerynem, rozmawia Kuba Armata.

Kuba Armata: W Polsce bywasz chyba w miarę regularnie i znasz ją całkiem nieźle?

Maximilien Seweryn: - Stąd pochodzi mój tata, mam tu rodzinę, zatem do Polski przyjeżdżałem od dziecka. W niektórych latach bardziej regularnie, kiedy indziej nieco rzadziej. Ostatnio bywałem dość często, bo miałem okazję zagrać w nowym filmie Jana Holoubka "Doppelgänger. Sobowtór". Dzięki temu odkryłem miasta, w których wcześniej nie miałem okazji bywać. Na przykład Bydgoszcz, czarujące miejsce z piękną architekturą, sympatycznymi ludźmi i... niezwykłym lotniskiem. Wychodzisz z samolotu i znajdujesz się niemalże w lesie. Dwie taksówki, jeden autobus i cisza.

 Jakie wspomnienia czy skojarzenia pojawiają się kiedy myślisz o Polsce?

- Pierwsze wspomnienia wiążą się z warszawskim Żoliborzem, okolicą, w której mieszkała moja babcia. Tam zresztą dorastał tata. W małym, ciasnym mieszkaniu komunalnym, z niewielką kuchnią i jeszcze mniejszą łazienką. Babcia bardzo związana była z tym mieszkaniem. Swoją drogą, tamten Żoliborz niewiele miał wspólnego z tym, jak ta dzielnica wygląda teraz, z  wszystkimi hipsterskimi kawiarniami, kinami, teatrami. Dwadzieścia pięć lat temu na pewno było dużo bardziej mrocznie, choć mimo tego czułem się tam dobrze, znajomo. Nawet jeżeli stamtąd nie pochodzę, bo urodziłem się w Paryżu.

Co jeszcze zapamiętałeś?

- Mam wiele wspomnień ze starego miasta, jeszcze z czasów dziecięcych. Pamiętam na przykład drewniane zabawki, sprzedawane na straganach. Wraz z tym jak dorastałem, ta perspektywa się zmieniała. Kiedy miałem czternaście lat i przyjechałem do Warszawy w lecie, tata reżyserował "Antygonę" dla telewizji publicznej. Początkowo chór grecki miał odegrać jeden aktor. To się nie udało, zmieniła się koncepcja i postanowił, że jednak to będą trzy osoby - starsza kobieta, mała dziewczynka i młody pastuszek. O ile dość szybko udało się znaleźć dwie pierwsze, o tyle z pastuszkiem był problem. Tata zapytał wtedy, czy nie chciałbym go zagrać. Do powiedzenia miałem dosłownie dwie kwestie. Kręciliśmy przez kilka dni w okolicach Warszawy i to było moje pierwsze aktorskie doświadczenie. "Będzie, co będzie" (pierwszy raz podczas rozmowy Maximilien mówi po polsku).

Pamiętasz po tylu latach?

- No pewnie, w końcu to była pierwsza aktorska kwestia jakiej musiałem się nauczyć. I jeszcze: "Ani wieża warowna, ani siła wojska". Ma to sens? (śmiech)

 To był ten moment, kiedy pomyślałeś, że możesz pójść w ślady ojca i również zostać aktorem?

- Kiedy skończyłem osiemnaście lat, zdałem egzaminy w szkole, zastanawiałem się co dalej ze sobą zrobić. Dostałem się na ekonomię na jeden z francuskich uniwersytetów. Pomyślałem, że to da mi dobry zawód, sprawi, że będę miał w przyszłości więcej opcji. Wyglądało na rozsądny krok. Po pierwszym roku przekonałem się jednak, że ani tego zbytnio nie lubię, ani nie jestem w tym tak dobry jak zakładałem. Pomyślałem wtedy o aktorstwie teatralnym, ale raczej jako formie hobby, weekendowej aktywności. Od czternastego roku życia miałem kontakt z muzyką - grałem na gitarze i śpiewałem, więc nie był to mój pierwszy kontakt ze sztuką. Zmieniał się jedynie sposób interpretacji. Postanowiłem spróbować i od września do grudnia uczęszczałem do szkoły aktorskiej. Mieliśmy zajęcia dwa razy w tygodniu i szybko to pokochałem. Poznałem świetnych ludzi, nawiązałem sporo przyjaźni, dobrze czułem się pracując z innymi. W dodatku nauczyciele bardzo entuzjastycznie podchodzili do mojej pracy i dodawali mi tym samym śmiałości.

Ostatecznie wylądowałeś w Londynie.

- W grudniu, w trakcie świąt, kiedy mieszkałem jeszcze z rodzicami, usiadłem przed komputerem i zacząłem szukać szkół aktorskich w Wielkiej Brytanii i Nowym Jorku. Kiedy odwiedzałem strony internetowe tych uczelni, oglądałem zdjęcia studentów i tego co tam robią. Mnóstwo szalonych rzeczy, ale wyglądało też na świetną zabawę. Miałem wtedy dziewiętnaście lat i pomyślałem: "Co mi szkodzi spróbować?". Jak się uda to super, a jak nie, to za pięć lat najwyżej pójdę na jakieś inne studia.

Wspomniałeś o muzyce, która oprócz aktorstwa też jest dla ciebie ważną przestrzenią do wyrażania siebie?

- Kiedy nie gram przez dłuższy czas, nie czuję się zbyt dobrze. Mam dwa zespoły. Jeden z nich to taki klasyczny rok w stylu Led Zeppelin, w drugim gramy trochę wolniej, bardziej nastrojowo, ale i ciemniej. Sporo występowaliśmy przed pandemią, ale ona sprawiła, że musieliśmy poważnie zweryfikować plany. W tym czasie naszemu perkusiście urodziło się dziecko, zatem siłą rzeczy wszystko trochę zwolniło. W muzyce i występowaniu lubię to, że bardzo szybko nawiązuje się kontakt z publicznością, widać też jej fizyczną reakcję na to, co robisz. Trochę inaczej niż w teatrze, nie wspominając już o kinie. To bardzo fizyczne doświadczenie, które dodało mi sporo pewności w kontekście występów w teatrze.

Na jakiej muzyce się wychowałeś?

- Przede wszystkim na płytach kompaktowych, które mieli moi rodzice. Pamiętam zwłaszcza dwie, jakie zrobiły na mnie duże wrażenie. "Death And The Flower" Keitha Jarretta i "Red Album" The Beatles, z wieloma największymi przebojami. Potem doszły popowe francuskie grupy, których kasety kupowało się w supermarketach w trakcie wakacji. Wiele zresztą z tych zespołów już nie istnieje. Były świetne, ale strasznie tandetne przy okazji (śmiech). Z kolei jak dorastałem poznałem muzykę elektroniczną spod znaku The Chemical Brothers, Massive Attack. No i odkryłem rocka!

Wspomniałeś o kasetach magnetofonowych, zatem podejrzewam, że jesteś też dzieckiem kaset VHS?

- Dorastałem oglądając mnóstwo amerykańskich filmów na kasetach VHS. Niedaleko domu mieliśmy wypożyczalnię, do której cały czas się biegało. Bliscy mi są zatem bohaterowie lat 90., ale reżyserem którego twórczość mnie zmieniła był Stanley Kubrick. Pamiętam, że tata zabrał mnie w Paryżu do kina na "2001: Odyseją kosmiczną". Po dziś dzień to mój ulubiony film, a po tej projekcji zobaczyłem wszystkie filmy Kubricka. Sporo oglądałem też japońskiego kina - Akiry Kurosawy, Yasujirō Ozu, Takeshi Kitano. Uwielbiam zresztą japońskiego aktora Toshiro Mifune, który jest dla mnie dużą inspiracją.  

Wspomniałeś o Warszawie, Londynie, ale na co dzień mieszkasz w Paryżu, a "Notre-Dame płonie", w którym wcieliłeś się w jedną z ról, to także opowieść o mieście.

- Dorastałem w północnej części Paryża, w dzielnicy Montmartre. Właśnie stamtąd zobaczyłem ogień, który zaczął trawić katedrę Notre-Dame. Skończyliśmy z zespołem nagranie, wracaliśmy do domu i nagle na telefony jak szalone zaczęły przychodzić powiadomienia, że coś się dzieje. Początkowo myślałem, że to żart. Montmartre leży na wzgórzu, wyszliśmy na jego szczyt i stamtąd zobaczyliśmy, jak rozprzestrzenia się ogień. Widok zapadającej się iglicy był szokujący. Z jednej strony nie mogliśmy uwierzyć w to, co się dzieje, z drugiej czuliśmy się totalnie bezradni.

Co wtedy pomyślałeś?

- Pomyślałem, że katedra może doszczętnie spłonąć. Nawet z tak dużego dystansu ogień wydawał się potężny, wszędzie był dym. W dodatku strumienie wody nie były wystarczająco silne, by cokolwiek gasić. Wyglądało na to, że sprawa jest przegrana i na dobre możemy stracić katedrę. Film dobrze zresztą pokazuje nastroje zwykłych ludzi, strażaków. Choć ich nie można na pewno nazwać normalnymi ludźmi. To bohaterowie, którzy jednak ani przez sekundę tak o sobie nie myślą. Przygotowując się do roli i próbując zrozumieć ich pracę, zobaczyłem, że to prawdziwa elita, jeśli chodzi o umiejętności. Przez kilka dni miałem okazję z nimi ćwiczyć i byłem pod ogromnym wrażeniem, jak potrafią zarządzać czasem. Kiedy w nocy w jednostce zadzwoni alarm, mają tylko trzy minuty, by być gotowym na wyjazd do pożaru. Niesamowite!   

Jak czułeś się po tych kilku dniach treningu?

- Na dłuższą metę nie dałbym rady. Poczułem bardzo dużą pokorę. Ci ludzie poświęcają swoje życie, a nawet nie są za to jakoś specjalnie wynagradzani. Muszą natomiast znosić głupie nocne telefony podpitych ludzi, którzy stroją sobie żarty. Mam w ogóle wrażenie, że strażacy często nie są traktowani tak, jak na to zasługują. Każdego roku, podczas świąt, chodzą od mieszkania do mieszkania i sprzedają specjalne kalendarze. Kiedy ostatnio przyszedł do mnie taki człowiek, opowiedziałem mu o filmie, on z kolei wspomniał jak bardzo nie lubi tej części swojej pracy, bo ludzie traktują ich naprawdę źle. Reagują agresją, przepędzają. To smutne, bo to przecież osoby, które na co dzień nas chronią. W dodatku z równą powagą traktują sytuacje, kiedy chodzi o staruszkę, której kot uciekł na dach i nie potrafi zejść, jak i duży pożar.

Katedra Notre-Dame to symbol nie tylko Paryża, ale i wiary. Niesamowite wrażenie robiły sceny, kiedy ludzie gromadzili się w okolicach katedry i wspólnie modlili. Czym dla Francuzów jest Notre-Dame?

- To dla nas symbol nadziei i narodowy skarb. Kiedy byłem dzieckiem, czytałem powieść Victora Hugo, poznałem historię Quasimodo i Esmeraldy. To we mnie zostało. Wydaje mi się, że to było aż tak poruszające, także dlatego, że dotykało w nas dziecięcego pierwiastka. Poza tym, to jedna z najpiękniejszych katedr na świecie, prawdziwy architektoniczny cud. Przejmujące było też to, jak ludzie zareagowali na tragedię i zaczęli natychmiast zbierać pieniądze na odbudowę. W ciągu kilku dni zebrano jakieś niewyobrażalne kwoty. Co z drugiej strony, mogło być nawet trochę nieprzyzwoite, bo przecież na świecie są też inne problemy.

Jak to się stało, że trafiłeś do tego filmu i tym samym miałeś okazję do współpracy z jednym z mistrzów francuskiego kina Jeanem-Jacquesem Annaudem?

- Byłem wtedy totalnie bezrobotny. Nie miałem żadnych poważniejszych zawodowych planów. Pamiętam, że w styczniu byłem w Polsce, potem wróciłem do Paryża, by przeze cztery tygodnie uczyć aktorstwa w szkole, do której sam uczęszczałem. I nagle, zupełnie niespodziewanie dostałem telefon od reżyserki castingu. Powiedziała, że chodzi o film Jeana-Jacquesa. Wiedziałem tylko, że to projekt o Notre-Dame, ale nie czytałem scenariusza, nie miałem też pojęcia o jaką rolę chodzi. Miałem wtedy długą brodę i włosy do ramion. Jak zobaczyła mnie reżyserka castingu, powiedziała że muszę wszystko ściąć, bo Jean-Jacques chciałby zobaczyć prawdziwą postać i jeśli tego nie zrobię, to nie mam co przychodzić na spotkanie z nim. Zastanawiałem się, czy powinienem ryzykować, nie mając w ręku roli, ale ostatecznie się na to zdecydowałem. To było jakieś trzy kilo włosów.

W kontekście bezrobocia, o którym wspomniałeś, zastanawiam się, czy nazwisko, które nosisz sporo waży?

- Nigdy chyba nie odczuwałem jakiejś specjalnej presji. Nie czuję, że powinienem być jak ojciec. Staram się o tym nie myśleć, zresztą ludzie, z którymi pracuję, specjalnie na to nie zwracają uwagi.  W Polsce może byłoby nieco inaczej. Choć kiedy pracowałem z Janem Holoubkiem, który dobrze przecież zna mojego ojca, też w ogóle tego nie odczułem. Odpowiedzialny za film reżyser castingu skontaktował się zresztą bezpośrednio ze mną, a ojciec nie miał z tym nic wspólnego. Dopiero później zorientowaliśmy się, że on też ma w tym filmie niewielką rolę. Nie mieliśmy co prawda żadnej wspólnej sceny, ale to pierwszy raz kiedy występujemy w tej samej produkcji. Na pewno to będzie fajne wspomnienie. Presji jednak nie czuję, może też dlatego, że jesteśmy bardzo różni.

Co masz na myśli?

- Tata dorastał w Polsce w czasach komunistycznych, ja z kolei wychowywałem się w Paryżu lat 90. Studiowałem w Londynie, on w warszawskiej szkole teatralnej. Jego pierwszym językiem jest polski, moim francuski. Tych różnic jest wiele, ale na pewno też dobrze się rozumiemy. Tata ma bardzo dobre oko i intuicję. Choć nie rozmawiamy dużo pracy, kiedy chcę ponarzekać trochę na to, co przeszkadza mi w tej profesji, dzwonię do niego i dokładnie wie o co chodzi (śmiech). 

Zresztą przed przyjazdem do Polski na premierę "Notre-Dame płonie" byliście ponoć na wspólnej męskiej wyprawie po Stanach Zjednoczonych?

- Spędziliśmy razem kilka niesamowitych dni. Zatrzymywaliśmy się w motelach, spaliśmy w tym samym pokoju. Wspaniale zrobić coś takiego, kiedy ma się już za sobą nastoletnie lata. Choć nie postrzegałem tego wyjazdu jako męską wyprawę po to, by zacieśniać więzi. Zresztą teraz planuję zabrać mamę z okazji jej 70. urodzin na Kubę. To był raczej rodzinny wyjazd, możliwość spędzenia bardziej intymnego czasu z bliską ci osobą. Akurat zdarzyła się przerwa w pracy, wyrwaliśmy się na chwilę z tej rzeczywistości. To taki czas, kiedy więcej można się o sobie dowiedzieć, dzielić doświadczeniami, dobrze bawić. Zabrałem na przykład ojca motocyklem na pustynię, a potem pojechaliśmy na występ drag queen w Las Vegas. Człowieku, to było świetne!

Zobacz również:

Weekend w kinie: Wrobiony Adamczyk, płonąca katedra

Oscary 2023: Siedem filmów ma szansę być polskim kandydatem

Nowości na Netfliksie i w HBO Max! Te produkcje zobaczymy jeszcze w tym miesiącu  

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Maximilien Seweryn

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL