Reklama

Reklama

Mariusz Czajka: Karta się odwróciła

Zagrał kilkadziesiąt ról filmowych i serialowych. Można było go oglądać w takich produkcjach, jak "Chłopaki nie płaczą", "Pora na czarownice", "Wyjazd integracyjny", "Futro z misia", "Świat według Kiepskich", "Miłość nad rozlewiskiem", "Leśniczówka". Co słychać u Mariusza Czajki? "Robię co mogę, żeby się utrzymać, żeby przeżyć" - mówi aktor.

"Straciłem 200 przestawień" - mówi Mariusz Czajka

Mariusz Czajka to polski aktor teatralny, filmowy, dubbingowy i telewizyjny oraz prezenter telewizyjny. Na początku lat 90. XX wieku dubbingował Kaczora Donalda - jego głos można usłyszeć w serialu "Kacze opowieści". Przez pewien czas prowadził telewizyjny program "Maraton uśmiechu". Od wielu lat pracuje w teatrze Studio Buffo w Warszawie. Właśnie zaczął pracę na planie nowej produkcji.

Ostatni czas był dla pana trudny, ale chyba powoli wychodzi pan na prostą?

Mariusz Czajka: - Dokładnie tak, wszystko zaczyna się układać. W styczniu zmarła moja mama i w tamtym momencie mój świat na początku runął [aktora nie było stać na pochowanie matki, postanowił więc poprosić internautów o wsparcie finansowe i uruchomił internetową zbiórkę na pogrzeb - red.], ale później wszystko zaczęło się odbudowywać. Zagrałem już w czterech serialach. "Remiza" jest właśnie tym czwartym. To zupełnie nowa produkcja, w której gram sołtysa i ojca głównego bohatera. W tej chwili jego syn odziedziczył po ojcu całą tę schedę. Rzecz dzieje się w ochotniczej straży pożarnej. To jest duża szansa dla i mnie, i dla wszystkich, żeby zaistnieć na ekranach, bo dawno mnie nie było. Ostatnio grałem w "Rozlewisku", a to było kilka lat temu.

Reklama

Rzeczywiście, od tego czasu trochę już minęło. Ostatnie miesiące były również trudne z powodu zamknięcia teatrów. Jak pan widzi swoją przyszłość w tym miejscu?

- Straciłem 200 przestawień, ale z teatrem nie zamierzam się rozstać. Mało tego, ja już tam wróciłem. Ostatnio graliśmy już sporo spektakli, na które wszystkie bilety zostały wykupione. Od teatru nigdy nie odejdę, bo dla aktora jest to najważniejsze miejsce na świecie. Jestem na scenie już od 45 lat, zagrałem ponad 6 tysięcy przestawień i chcę grać do końca, dopóki jeszcze chodzę i żyję. Teatr jest abecadłem dla aktora i bez niego mogą się tylko wygłupiać, ale na pewno nie grać.

Pandemia spowodowała również, że nieco się pan przebranżowił. Zaczął pan udzielać lekcji aktorstwa, prawda?

- Tak właściwie to uczę już od jakichś 10 lat. Najczęściej robię to w wakacje, bo wtedy mam więcej czasu. Uczę wtedy aktorstwa, dykcji i dubbingu. To są rzeczy, w których się specjalizuję. Moją główną specjalnością jest charakterystyka postaci. To, co aktor powinien mieć jako swoją paletę do możliwości wykonywania tego zawodu. (...) Teraz planuję przenieść to do internetu, żeby się uniezależnić i aby z powodu koronawirusa nic się nie stało w przyszłości. Żeby móc nadawać cały czas i nie mieć przerw.

A czy sądzi pan, że w przypadku aktorstwa, te lekcje online są na tyle efektywne, że dobrze przygotują osoby do zawodu?

- Mamy XXI wiek i przy tej technologii, która teraz istnieje, to aktorstwo tradycyjne, typu stanisławowskie, można traktować jako średniowiecze i przeżytek. To są dawne czasy, o których trzeba oczywiście pamiętać, natomiast w tej chwili aktorstwo i granie diametralnie się zmieni. Aktorzy muszą się nauczyć nowej technologii, czyli grania wirtualnego, grania z kimś, kto jest wymyślony. Kto nie dialoguje z nami, tylko jest w innym miejscu i to jest wyższa szkoła jazdy z podniesioną poprzeczką, ale myślę, że wyzwanie warte tego, żeby się do niego przyłożyć. Jak wiemy, w pandemii wszystkie teatry były zamknięte i tylko telewizja, filmy i dubbing działały. Aktorzy stricte teatralni nie przeżyją w takiej sytuacji, nie dadzą rady. W tym zawodzie trzeba niestety robić różne inne rzeczy, jakoś z nim związane. Ja pracuję w dubbingu, w reklamie, uczę i także sam się uczę, występuję, gram. Robię co mogę, żeby się utrzymać, żeby przeżyć. (...)

Ale pan się utrzymał, wrócił na mały ekran. W przypadku "Remizy" twórcy postawili w głównej mierze na nazwiska nieopatrzone szerszej publiczności. Co pan sądzi o tym pomyśle?

- Ja miałem to szczęście, że się utrzymałem. W tym zawodzie wybitnie trzeba mieć szczęście. Jeżeli się go nie ma, to lepiej go nie uprawiać, bo można mieć bardzo dużo przykrych wspomnień, myśli i depresji, które się wiążą ze złem totalnym, zwłaszcza dla rodziny.

- A pomysł obsadzenia w większości nieznanych aktorów jest świetny. Dzięki temu ten serial nie będzie się nikomu z niczym i z nikim kojarzył. To będą osoby zupełnie nieznane, które będą mogły się wykreować i stać się gwiazdami. Wszyscy świetnie grają - i młodzi, i starzy. Dla widzów to na pewno będzie gratka, bo nie będą mylili tego serialu z żadnym innym.

Jak współpracuje się panu z kolegami, którzy mają nieco mniejsze doświadczenie?

- Kompletnie nie widzę tego, że ktoś ma jakieś mniejsze doświadczenie. Wszyscy zachowują się naturalnie, spontanicznie, wręcz powiedziałbym profesjonalnie. Nie ma żadnych takich różnic, bo jeżeli ktoś coś potrafi, to to zrobi. (...)

W jaki sposób przygotowywał się pan do tej roli?

- Ta rola jest nieco bardziej psychologiczna, dlatego trzeba sięgnąć w siebie i w swoje doświadczenia życiowe. Pani reżyser jest fantastyczna. Niewielu jest takich, którzy kochają swoich aktorów, a ona definitywnie jest jedną z nich. Pozwala grać aktorom i robi to z miłości. Mogę powiedzieć, że wstydziłbym się źle zagrać. To jest genialny układ i cudowne uczucie, kiedy aktor ma taką inspirację.

Brzmi jak wymarzona praca.

- Ja sam sobie tej pracy zazdroszczę. Było trudno, ale to pokazało, że jeśli w takich sytuacjach człowiek siedzi i zakłada ręce, to wiadomo, że skończy się to nieszczęściem. Wtedy trzeba stanąć na nogi, zastanowić się i działać. Życie polega na tym, że trzeba się cały czas bić, a nie siedzieć i się poddawać.

Rozmawiała Karina Pompa/AKPA

Czytaj więcej: Co Mariusz Czajka zrobi z pieniędzmi od internautów?

AKPA
Dowiedz się więcej na temat: Mariusz Czajka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy