Reklama

Kondrat zrobił dla mnie wyjątek

Odmówił Andrzejowi Wajdzie, odmówił Markowi Koterskiemu. Januszowi Majewskiemu nie potrafił. Reżyser "Małej matury 1947" w rozmowie z Tomaszem Bielenia opowiada, jak udało mu się przekonać Marka Kondrata do występu w swym najnowszym filmie, skąd znajduje siły, by nadal zajmować się kinem oraz o pewnej scenie, której niestety nie zobaczymy na ekranie.

Panie Januszu, w swojej książce "Ostatni klaps" pisał pan o swym filmie "Po sezonie" (2005), że jest to najprawdopodobniej pańskie pożegnanie z kinem, "bo wątpię, abym jeszcze znalazł siły na więcej".

Reklama

Janusz Majewski: - Starałem sam siebie zagłuszyć takimi deklaracjami, że już nigdy więcej... Ale ja lubię tę pracę, ona działa jak zastrzyk adrenaliny. Kiedy mam dużo pracy, to mi się zdrowie polepsza. Efekt? W tej chwili jestem tak zajęty różnymi sprawami, że nagle moi przyjaciele pytają: "Co się z tobą dzieje? Ty powinieneś być chory, a nie zdrowy!". Odpowiadam im: "Robię wam na złość".

- Żarty żartami ale dzięki temu mam lepsze samopoczucie niż to mogłoby wynikać z metrykalnego wieku. Ta siła wydaje się jeszcze wcale nie wyczerpywać, tym bardziej, że taki wiek daje też przywileje: otoczenie wie że musi pomagać, że trzeba mi podstawić krzesło, że trzeba o mnie dbać, żebym się nie przemęczał... Ja mam zaś coraz więcej śmiałości, żeby z tego korzystać. Dawniej sam się zrywałem, żeby coś poprawić w ostatniej chwili w kadrze, pędziłem, coś tam przestawiałem... Krępowałem się powiedzieć komuś: "Idź tam, to przestaw"...

Po zrealizowaniu "Po sezonie" pisał pan: "Może kiedyś nadejdą lepsze czasy dla polskiej kinematografii i wtedy niewykluczone, że wypowiem zaklęcie 'Kamera!' i padnie pierwszy klaps nowego filmu". Nadeszły lepsze czasy?

- Jeśli chodzi o "Po sezonie"... Myśmy ten film zrobili z prywatnych składek. Wszyscy aktorzy i realizatorzy zrobili całą robotę za darmo. Mieliśmy nadzieję, że jakby film zarobił na siebie, to wtedy się tym podzielimy. Ale nie miał żadnych szans, dystrybucja była z góry skazana na niepowodzenie, było mało kopii, za mało reklamy itd.

Przeczytaj recenzję filmu "Mała matura 1947" na stronach INTERIA.PL!

- Po takim wysiłku i zmaganiach, przychodzi moment kiedy człowiek jest już wymęczony i mówi: "Nigdy więcej, to szaleństwo, po co ja to robię?". To są takie chwile kiedy trzeba się zastanowić: "Zaraz, zaraz, dlaczego ja się dobrowolnie skazuję na jakąś tułaczkę?". Nieraz się pracuje w jakiś strasznych miejscach, jakiś zakamarkach, różnych podwórkach... To jest nerwowa robota i stąd gwałtowne skoki emocji. Jeżeli ktoś nie ma pasji, nie połknął jakiegoś bakcyla, który nim kieruje, jeśli nie lubi tej roboty - to nie jest dla niego zawód.

Niebagatelnym impulsem twórczym przy okazji "Małej matury 1947" musiał być fakt, że opowiada pan autobiograficzną historię.

- W pewnym momencie poczułem, że dopóki pamięć mi jeszcze dopisuje, mam powinność odtworzenia tego, co przeżyłem. Te miejsca są jeszcze stosunkowo mało zmienione, ludzie którzy przeżywali to ze mną, jeszcze pamiętają te czasy. Chciałem pozostawić jakieś świadectwo tamtych czasów. Gdyby zmartwychwstał jakiś rycerz walczący pod Grunwaldem i powiedział: "Panowie, ja to wszystko przeżyłem, dajcie mi pieniądze, ja wam powiem jak to trzeba zrobić" - dostałby te pieniądze. Ja oczywiście nie szantażowałem, bo nie ma jeszcze takiej przepaści czasu. Ale nie ukrywam, że kiedy napisałem książkę, a potem scenariusz, ci którzy go czytali i dali decyzję "na tak", wiedzieli że mają do czynienia z czymś, co nie jest wymyślone, tylko oparte na autentycznych wydarzeniach.


Oglądając "Małą maturę 1947" nie można nie odnieść wrażenia, że topograficznym bohaterem filmu jest Kraków. Zrobił pan to samo, co Woody Allen przy okazji "Vicky Cristina Barcelona". Wykorzystał komercyjnie potencjał miasta, w którym rozgrywa się akcja "Małej matury 1947".

- Miasto rzeczywiście bardzo nam pomogło. Dołożyli się do budżetu, cały czas nam sprzyjali... Powiedzieli wprost, że są bardzo zadowoleni z tego, co dostali. Dlatego tak bardzo ten film hołubią. Ale przecież nie robiłem tego dla Prezydenta miasta Krakowa, ani dla Krakowskiego Biura Festiwalowego, tylko dla widzów, dla krakowian, dla siebie samego... Spędziłem tutaj dobrych kilkanaście lat... Robiłem więc ten film z takim sentymentem, że odtwarzam najpiękniejszą część swojego życia, własną młodość.

Myślę, że ten film powinni oglądać głównie młodzi ludzie, dzisiejsi maturzyści. Chodzi mi o ten klasyczny model relacji "nauczyciel-uczeń", który spotkamy w "Małej maturze 1947". Ale ja chciałem spytać o Marka Konrada, który zrobił dla pana wyjątek i zgodził się na jednorazowy powrót do kina. Odmówił Wajdzie ("Katyń"), odmówił Koterskiemu ("Baby są jakieś inne"), a u pana zagrał. Przypominam sobie jak wspominał pan, że wasze relacje też były kiedyś podobne do stosunku "nauczyciel-uczeń" (Marek Kondrat przełomową dla swojej aktorskiej kariery rolę zagrał właśnie u Janusza Majewskiego w "Zaklętych rewirach"). Rozwinęły się jednak w szczerą przyjaźń.

- Myślę, że Marek odmówił Wajdzie i Koterskiemu z ciężkim sercem. Chciał dochować wierności swojej deklaracji o odejściu od aktorstwa. Tu jednak stanął przed poważniejszym problemem...Powiedział mi: "Wiesz co, nie mam wyjścia, nie wyobrażam sobie, żebym był w stanie ci odmówić, muszę złamać dane słowo i zrobić wyjątek". Młodzi ludzie słuchają z niedowierzaniem takiego wyjaśnienia, bo według nich takie rzeczy już się nie zdarzają. Tak jednak z Markiem zostaliśmy wychowani.

Pańscy bohaterowie robią w "Małej maturze 1947" wszystkie rzeczy, które przytrafiają się dorastającym chłopcom. Palą papierosy, odwiedzają dom publiczny, przeżywają erotyczne uniesienia. Nie mogę jednak uwierzyć w to, że ani razu nie poszli do kina.

- Właśnie, w scenariuszu była scena umiejscowiona w kinie Apollo, tuż za rogiem [rozmawiamy w kinie ARS]. Znajduje się też w książce, ale nie mieliśmy już na to pieniędzy. Moi bohaterowi mieli iść do kina na film "Serenada w dolinie słońca". Pamiętam seanse "Serenady..." w Apollo. Najlepsze było to, że tutaj, w ARS-ie, też wyświetlali ten sam film. Oba kina miały bowiem jednego właściciela.

- Była jedna kopia tej "Serenady...". Najpierw szedł seans w jednym kinie, pół godziny później zaczynała się projekcja w drugim. Pudełka ze szpulami nosił między kinami taki trochę niedorozwinięty grubas, a my tylko czekaliśmy, żeby mu docinać. Pamiętam, jak wołaliśmy za nim: "Szybciej, szybciej, już się kronika skończyła", a on - zasapany - krzyczał "Ja pierdolę kronikę"... To było bardzo śmieszne...

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje