Josh Brolin zaczynał jeszcze jako młody chłopak w kultowym "Goonies" z 1985 roku. Jednak po pierwszych sukcesach jego kariera nie rozwinęła się tak, jak by sobie tego życzył i aktor potrzebował czasu, by wrócić na szczyt. Pomogła mu w tym kreacja w dramacie "To nie jest kraj dla starych ludzi" (2007) braci Coen. Od tego czasu wiele się zmieniło. W 2009 roku Brolin otrzymał nawet nominację do Oscara za najlepszą drugoplanową rolę w filmie "Obywatel Milk". Na ekranie możemy go teraz widywać praktycznie co roku.
Natomiast Glenn Close to marka sama w sobie, którą można przedstawić na dwa różne sposoby. Pierwszy z nich polega na wyliczeniu jej najważniejszych filmów. A są to m.in. "Świat według Garpa" (1982), "Fatalne zauroczenie" (1987), "Niebezpieczne związki" (1988), "Żona" (2017) czy "Elegia dla bidoków" (2020). Drugi zakłada skupienie się na jej nagrodach: Close miała osiem nominacji do Oscarów, otrzymała trzy Złote Globy (na 14 nominacji), a także trzy nagrody Emmy (na 13 nominacji). Można zatem śmiało stwierdzić, że nie ma ona sobie równych.
Ich najnowsza wspólna produkcja, "Żywy czy martwy: Film z serii 'Na noże'", debiutuje 12 grudnia na platformie Netflix.

O pracy na planie z Rianem Johnsonem, scenariuszu i ekranowych relacjach bohaterów z Glenn Close i Joshem Brolinem podczas BFI London Film Festival rozmawiał Jan Tracz.
Jan Tracz, Interia: Czy istnieje różnica między czytaniem kryminału, a faktycznym występowaniem w nim? Co trzeba zrobić, aby w pełni wcielić się w postać?
Josh Brolin: - Trzeba po prostu być sobą i robić wszystko, aby sprostać wyzwaniu. Tutaj scenariusz był na tak wysokim poziomie, że wszystko mieliśmy podane na tacy. Musieliśmy jedynie znaleźć sposób na to, aby na ekranie ukazać nasze postaci tak, jak były one rozpisane na kartce papieru. Często nawet przy dobrym scenariuszu musimy wpadać na różne pomysły, by na przykład udynamicznić naszą postać lub w jakiś sposób ją uatrakcyjnić. W tym przypadku nie musieliśmy kombinować. Nasza aktorska pewność miała swoje źródło w tym, jak solidne jest scenariopisarstwo Riana Johnsona. Chcesz flirtować z tym uczuciem, bo ono powoduje, że pragniesz wznieść się na jeszcze wyższy poziom.
Glenn Close: - Johnson opowiadał nam, że pracował aż osiem miesięcy nad samą strukturą scenariusza i rozpisaniem scen. Dopiero później skupił się na pisaniu dialogów. Jako aktor czujesz, że ten materiał był mocno dopracowany. Ale nie zdajesz sobie sprawy, że aż tak! (śmiech). Sama musiałam przeczytać ten scenariusz aż trzy razy, aby w ogóle zacząć przygotowywać się do mojej roli. Nawet wtedy nie byłam w pełni pewna, czy wszystko rozumiem. Nieraz na planie zdarzyło mi się zaskoczyć!
Josh Brolin: - Wszyscy mówiliśmy sobie pod nosem: "Wow! Czyli o to w tym chodziło!". Wydaje mi się, że nasze doświadczenie czytania tego tekstu przekłada się na to, co będą przeżywać widzowie. Już myślisz, że rozwiązałeś tę zagadkę, ale reżyser ma w zanadrzu kolejnego asa w rękawie. I tak w kółko!
Wasze postaci mają specyficzną relację. Jego Eminencja Jefferson Wicks twardą ręką rządzi lokalną parafią, a Martha Delacroix to jego przełożona. Jak to jest, że trzymają się razem od tak wielu lat?
Glenn Close: - Dziadek Wicksa był znaczącą figurą dla Marthy, więc ta widzi w Wicksie jego przedłużenie. Wierzyła w zasady, które wyznawał jego dziadek, więc Wicks w jakiś sposób jej imponuje. Znam tego typu kobiety, którym być może nie wyszło do końca w życiu, więc szukają oparcia w czymś (lub właśnie kimś) innym. Jej powołaniem jest służyć Wicksowi. A przynajmniej w to Martha zdaje się wierzyć.
Josh Brolin: - Wicks wyznaje te same religijne dogmaty, które wyznawał jego protoplasta. Czy to był na pewno dziadek? Chyba muszę przeczytać ten scenariusz na nowo... Ale słyszałem same pochlebne opinie! (śmiech).
Glenn Close: - Tak, to był jego dziadek! (śmiech).
Josh Brolin: - W każdym razie Wicks nieco zreinterpretował to, w co wierzył jego dziadek. W jaki sposób? Trzeba się przekonać na własnej skórze.

Wicks wykorzystuje religijne dogmaty na swoją korzyść.
Josh Brolin: - Pojawia się tu sporo wątków religijnych, ale rzeczy była jasność - to nie jest krytyka Kościoła per se. Wiem, że Rian napisał ten scenariusz jako coś bardzo prywatnego, bo sam pochodzi z religijnej rodziny. To nie jest takie proste wierzyć w cokolwiek w Hollywood, czyli w miejscu, które niejako podważa twoją tożsamość i przekonania. Wicks w cyniczny sposób operuje religią i pokazuje, że w każdym miejscu - choćby w Kościele - znajdziemy złych, jak i dobrych ludzi.
Postać grana przez Josha O’Connora to jego przeciwieństwo.
Josh Brolin: - Dokładnie tak. "Whodunnit" Johnsona w żaden sposób nie jest przytykiem wobec religii oraz instytucji Kościoła, czy też nie był pisany pod tezę, aby szokować wyłącznie dla "taniego szokowania". Chodzi raczej o kontrast i ukazanie dwóch stron tej samej monety.
Glenn Close: - Religia to ogromna siła, dzięki której można kontrolować drugiego człowieka. Dziś sama patrzę na nią w taki właśnie sposób, ale to tylko i wyłącznie moja prywatna opinia. I wydaje mi się, że ten aspekt religii - którzy może być bardzo destrukcyjny - jest przez Johnsona eksplorowany w naszym filmie. Ale to nie oznacza, że reżyser udziela nam jednoznacznych odpowiedzi.
Josh Brolin: - Rzadko kiedy emocjonalnie podchodzę do swoich postaci. Ale kiedy oglądałem Wicksa na ekranie - a także sposób, w jaki wyżywa się na swoich parafianach (więcej nie zdradzam!) - to łapie mnie pewnego rodzaju konsternacja.
Dlaczego?
Josh Brolin: - Nie potrafię uwierzyć, że istnieją tacy ludzie, którzy w podły sposób wykorzystują podległe sobie jednostki. On poprzez swoje kazania niejako manipuluje ludźmi i mocno na nich wpływa. I robi to z pełną premedytacją. I źle mi z tym, że gdzieś głęboko we mnie ktoś taki też może siedzieć. W końcu odgrywam tego typu postać i swoje też już przeżyłem. Być może tego typu reakcja - tak jak moja na Wicksa - rodzi się w środku tych, którzy niegdyś nadużywali władzy. Lub nadużywają - nie musimy mówić wyłącznie o czasie przeszłym. Pragnę jednak wierzyć, że gdzieś we wnętrzu mnie nie ma uśpionego Wicksa, mogącego w każdej chwili się wybudzić.
Wróćmy jeszcze na chwilę do waszych ekranowych postaci. Niektóre z pierwszych scen, w których występujecie, mają w sobie coś ze "slapsticku". Ważna jest tu synchronizacja między wami, liczy się tzw. "timing". Niby operujecie komedią, ale wkrada się tam też jakaś gra pozorów. Trudno wam było znaleźć ten balans?
Glenn Close: - Raczej nie. To mój drugi film z Joshem i muszę powiedzieć, że ja po prostu uwielbiam tego faceta. Jest niesamowity! Na aktorstwo patrzymy w ten sam sposób, więc odnalezienie się w naszych ekranowych rolach nie było dla nas żadną trudnością. Nie mieliśmy żadnych prób, a przecież odnaleźliśmy się w tych trudnych okolicznościach - tak wymagający scenariusz raczej nam nie pomagał. Przy Joshu czułam się bardzo komfortowo.
Josh Brolin: - Kiedy jesteś młody, za bardzo się napinasz. Próbujesz zrobić wszystko, aby zaskoczyć zarówno siebie, jak i partnerującą ci osobę. Jako starszym aktorom, dziś znacznie łatwiej bazować nam na własnej intuicji, wyobraźni, czy po prostu zaufaniu do innych ludzi. I tego oboje trzymaliśmy się na planie trzeciej części "Na noże".












