Reklama

Jan Nowicki: Nie chcę się spieszyć

Jan Nowicki / Jakub Kamiński /East News

Skończył 80 lat. Choć w dorobku ma setki ról, zamiast oglądać się za siebie, woli patrzeć w przyszłość. W grudniu zobaczymy go w kinach w filmie „Pan T.”, gdzie wciela się w kombatanta.

Wiem, że nie lubi pan wspomnień i nagród  za całokształt, ale niedawno obchodził pan 80. urodziny. A taki jubileusz jednak zobowiązuje...

Jan Nowicki: - Tak, 80 lat to nie żarty. Wszyscy postanowili mnie z tego powodu uczcić. Zorganizowano mi huczną imprezę w rodzinnym Kowalu. Kumple z Krakowa też chcieli fetować mój jubileusz. Do tego telewizja, wystąpienia, wywiady. Miło, ale to nie dla mnie.

Dlaczego?

- Może dlatego, że jestem człowiekiem wstydliwym? Nie lubię bywać na premierach, kłaniać się, być w centrum zainteresowania, co tak wspaniale robią aktorzy amerykańscy. Bycie ważnym to udręka. Przecież w ciągu mojej długiej kariery mogłem być i rektorem uczelni, i dyrektorem teatru. Jednak zawsze uciekałem od funkcji kierowniczych i władzy.

Za to przez 30 lat rządził pan na scenie, grając fantastyczne role w Starym Teatrze.

- To był bajeczny okres jednego z najlepszych w tamtym czasie teatrów na świecie. Reżyserami byli Jarocki, Swinarski, Wajda. Na tamtej scenie powstawały niezwykłe przedstawienia, z którymi objeżdżaliśmy cały świat. Święciliśmy triumfy od Londynu po Buenos Aires. W Starym Teatrze zagrałem kilka ważnych ról - Stawrogina ("Biesy"), Rogożyna ("Idiota"), Józefa K. ("Proces") i Artura ("Tango"). Człowiek taki jak ja składa się tak naprawdę z niewielkiej ilości ról. Zagra jedną, a potem przez jakiś czas gra podobne. 

Trafił pan przed kamerę i znowu sukces! "Popioły", "Wielki Szu", "Magnat" - role w tych filmach to wybitne kreacje!

- Kino zainteresowało się mną bardzo szybko. Strasznie dużo grałem, przyznaję. Stanowczo za dużo! Chyba dlatego, że grałem średnio, a to nie wiązało się z ryzykiem. Wielki sukces w kinie często oznaczał dla aktora grób. Reżyserzy nierzadko ciągnęli za sobą trupy aktorów. Wystarczy wspomnieć Zbyszka Cybulskiego, który po "Popiele i diamencie" długo nie otrzymał żadnej roli na miarę swego talentu. A takiego gładkiego chłopca jak ja, owszem, angażowali. Wielu filmów, w których zagrałem, nigdy nawet nie obejrzałem, bo do tego wszystkiego w ogóle nie jestem kinomanem. Najbardziej lubię przyrodę i książki.

Reklama


Skoro już o tych drugich mowa, to tej jesieni wydał pan "Moje psie myśli".

- Pochodzę z małego miasteczka na Kujawach. Gdy ludzie się tam dowiedzieli, że coś piszę, dali mi pieniądze na wydanie książki. Nazwali siebie "Przyjaciółmi z Kujaw" i sfinansowali wszystko. Super sprawa! Natomiast tytuł wymyślił mój wnuk Piotruś. Kiedy tak sobie bazgrałem na wsi, zapytał:  - Dziadek, co tak piszesz? Odpowiedziałem, że książkę, ale nie mam tytułu. Wtedy zaproponował: - Daj "Moje psie myśli". Ucałowałem go za ten pomysł. Wspaniały! Niesłychanie pojemny. Poza tym do szaleństwa kocham psy. W tej książce też rozmawiam z czworonogiem. Nazywa się Kares.

Pana towarzysz z dzieciństwa?

- Gdy byłem chłopcem, w moich stronach źle traktowano zwierzęta. Psy topiono lub zakopywano półżywe w ziemi. Coś okropnego! Kiedyś urwałem się z ostatniej lekcji, bo wiedziałem, że zakopali zwierzaka. Znalazłem świeży grób pod agrestem. Wykopałem. Jeden pies jeszcze żył. Nazwałem go Kares. On jest ze mną do tej pory. Ma 80 lat. Dokładnie tyle, co ja. Czasami sobie rozmawiamy. Nie pozwoliłem mu umrzeć. Jego następcą jest mój Bruno, 16-letni staruszek, którego też niezwykle kocham.

Równie dużą frajdę co pisanie sprawia panu czytanie?

- Książkami fascynuję się od zawsze. Dużo czytałem w szkole podstawowej. W Kowalu nie było niczego poza biblioteką i kinem objazdowym. Pochłaniało się wszystko, od Montaigne’a do Rodziewiczówny. Literatura to najważniejsza ze sztuk, bo apeluje do ludzkiej wyobraźni. Na dobrą sprawę czytelnik staje się twórcą książki. Czytanie to fruwanie, akt twórczy. 

Napisał pan setki felietonów i kilka książek. Kiedy pierwszy raz wziął pan pióro do ręki?

- Zawsze o tym marzyłem. Dziś myślę, że powinienem inaczej przeżyć życie. Nauczyć się języków, być mądrzejszym człowiekiem, objechać świat i spróbować zostać kimś takim, jak Wiesław Myśliwski. Dla mnie największą podnietą jest biała kartka papieru, nad którą siadam. Na początku nie wiem nawet, o czym będę pisał. Wiem tylko, że muszę powołać do życia jakiś świat. Daje mi to poczucie wolności. Mogę być stary, młody, mogę stać się kurą albo psem, kim tylko chcę.

I może pan mieszkać, gdzie tylko zapragnie. Po Kowalu, Krakowie i Warszawie przyszedł czas na Kielce?

- Na to miasto trzeba sobie po prostu zasłużyć. Na każde inne miejsce też. Gdy wybudowałem dom na wsi, byłem okropnie speszony. Ludzie żyli tu od pokoleń, tymczasem jakiś znany aktor jak gdyby nigdy nic stawia sobie chatę nad jeziorem. Chciałem, żeby miejscowi uznali mnie za jednego z nich. Kocham ich i chcę zasłużyć na mój Krzewent. Dlatego przez 15 lat przebierałem się za Mikołaja i rozdawałem dzieciom prezenty. Teraz chcę zasłużyć na moje Kielce. Być przydatnym, wysłać tekst do miejscowej gazety. Ja sobie piszę, a moja Ania prowadzi genialny teatr alternatywny. 

Małe jest piękne?

- Lubię takie rzeczy - poziomki, maliny, jeżyny, niewielkie jeziora i kałuże, w których odbija się niebo. Mnie to wystarczy. Nie mogę żyć w mieście, gdzie nie mam jak zaparkować samochodu, to poniżające. Mam za sobą epizod warszawski. W stolicy nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Poza tym cały czas wszyscy mówili o pieniądzach. Tam nawet jak człowiek nic nie robi, to jest wciąż zajęty. A przecież powinniśmy mieć jak najwięcej wolnego czasu. Kiedyś z Piotrem Skrzyneckim potrafiliśmy usiąść i przez osiem godzin rozmawiać. Co tam rachunki, ważna była rozmowa. Nicnierobienie także jest ważne. Po co tak biegać?

Wkrótce na ekrany kin wejdzie film "Pan T." z pana udziałem.  Czyli od czasu do czasu daje się pan namówić na granie.

- Pewnie. Aktorem się jest przez całe życie. 16 lat występuję z dżezmenami. Mówię różne teksty, a oni grają. Nie ważne, czy to Metropolitan Opera, czy Stodoła - wszędzie z tym samym zapamiętaniem. Aktorzy tacy powinni być. Tak, od czasu do czasu lubię sobie wystąpić. I zaskoczyć. Gdy mnie ktoś pyta, jakie mam plany, to odpowiadam, że nie wiem. Może coś napiszę, pójdę na spacer, albo się zdrzemnę. 

Ewa Jaśkiewicz

***Zobacz także***


Tele Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jan Nowicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje