Reklama

Jan Komasa: Wystrzeliłem w kosmos

- "Hejter" ma sprowokować widza, żeby zaczął się bać o wszystko dookoła. Żeby przestał udawać, że wszystko jest ok i nad wszystkim panujemy - mówi Jan Komasa, którego najnowszy film "Sala samobójców. Hejter" można oglądać w kinach.

"Chciałbym zaskoczyć widzów, zrobić coś nowego" - wyznaje Jan Komasa

Gdy wyszłam z pokazu twojego filmu przypomniała mi się książka "Płynne pokolenie", którą Zygmunt Bauman pisał w dialogu z Thomasem Leoncinim. Bauman opowiadał w niej m.in. o banalizacji zła, o tym, że przesunęło się ono ze sfery czynności wykonywanych w jakimś celu do sfery bezsensownych, nieuzasadnionych czynności, przemocy dla przemocy. Dla mnie o tym jest "Hejter". Według ciebie to odpowiedź na dzisiejsze czasy?

Jan Komasa: - Bauman jest ciekawym przykładem filozofa, który bardzo inspirował mnie przy pierwszej części "Sali samobójców". Postnowoczesność, nowoczesność i społeczeństwo spektaklu, o którym on pisze - to wszystko jest przecież internetem. Każdy w sieci istnieje, buduje swoje bańki, pozyskuje followersów i w pewnym sensie tworzy własne zasady. Oznacza to, że zasady są kształtowalne, zależą bardzo mocno od ciebie i twojej siły przebicia. Kto tę siłę ma, może poczuć się bezkarny.

Reklama

- Zresztą w przeszłości też tak było. Jak tylko ktoś miał władzę, mógł np. napadać inne kraje. Na koniec - tak jak Napoleon Bonaparte - zostawało się bohaterem dla wielu albo antybohaterem dla kilku, ale w ogólnej świadomości był to wielki wódz. To jednoznaczny przykład na to, że narrację kształtuje ten, kto ma władzę. Gdzie jest dzisiaj ta władza? W rękach ludzi, którzy dalej potrafią kształtować narrację, czyli np. influencerów, youtuberów itd. O ile zbierze się odpowiednia grupa ludzi, którzy cię śledzą, możesz bardzo łatwo manipulować rzeczywistością i czuć się bezkarna. I jeśli tylko padnie na osobę, która nosi w sobie jakąś frustrację, chęć zrobienia krzywdy albo pragnienie zemsty, przepis na tragedię jest gotowy.

Jednym z centralnych punktów "Hejtera" jest taka tragedia, czyli organizowanie zamachu na kandydata na prezydenta miasta. Kiedy w trakcie prac nad filmem, w styczniu ubiegłego roku, miał miejsce zamach na prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, poczułeś dreszcz na plecach?

- My, filmowcy, bardzo często bierzemy rzeczy, które widzimy dookoła i pewne ich aspekty doprowadzamy do ostateczności. Tak zrobiliśmy też z Mateuszem Pacewiczem, scenarzystą "Hejtera". Bez trudu można było sobie wyobrazić, że kiedyś te hejty mogą przerodzić się w czyn. Kiedy pisaliśmy scenariusz, być może w Polsce to jeszcze nie mieściło się w głowie. To było, zanim doszło do pamiętnego ataku w Stanach Zjednoczonych, kiedy zaburzony, wściekły człowiek wjechał w tłum ludzi, zabijając jedną z aktywistek. Prezydentem USA nie był wtedy jeszcze Donald Trump, który dał głos trochę jak Joker - człowiek, który stworzył nowe zasady, wielokrotnie balansował na krawędzi albo przekraczał prawo. I nic mu się nie stało. Jaki to jest komunikat dla wszystkich Tomków Giemzów tego świata? Taki, że wszystko można. Wystarczy być odpowiednio silnym. Niby banał, ale internet jest ogromną tubą, która może spowodować, że ktoś staje się silny z dnia na dzień.

- Kiedyś to była długa droga. Trzeba było wspinać się po kolejnych szczeblach drabiny społecznej, być poklepanym po plecach przez odpowiednich ludzi. Wyrazem tego są Krasuccy, którzy przez większą część filmu dyktują zasady. Znajomości, klasy, najlepsze uczelnie - to jest ich świat. Tomek widzi, że nie ma w nim szans. Zacznie od najniższego stopnia, może jego dzieci lub wnuki będą na równych zasadach z dziećmi Gabi Krasuckiej, ale i to nie jest przesądzone. Postanawia nie czekać. Widzi, że nie ma granic. Granicą jesteś ty sam, a skoro tak jest - to konsekwencje są względne. Możesz łamać konstytucję, pisać obrzydliwe rzeczy na Facebooku i nic ci nie grozi. Ten film ma sprowokować widza, żeby zaczął się bać o wszystko dookoła. Żeby przestał udawać, że wszystko jest ok i nad wszystkim panujemy.

O ciemnej stronie mediów społecznościowych opowiadasz z perspektywy sprawcy, nie ofiary. To nie jest w kinie bardzo częste.

- Jesteśmy przyzwyczajeni - w zasadzie już od Arystotelesa - że osoba, za którą podążamy w opowiadaniu, ma być bohaterem. Musi być bohaterski czyn i cała historia jest temu podporządkowana. "Boże Ciało" miało w jakimś sensie ten bohaterski czyn, którym była próba pojednania społeczności poprzez niebohaterskie udawanie kogoś, kim się nie jest. I ten nadrzędny czyn neutralizował podrzędny, czyli oszustwo. "Hejter" tego nie ma. Osiągnęliśmy to z Mateuszem dzięki pewnej sztuczce. A mianowicie, Tomek Giemza jest osobą bardzo miłą, ułożoną, pomocną, zaangażowaną społecznie. Nie klnie, nie wyraża się obelżywie. Wszyscy wokół niego są mniej lub bardziej złośliwi, sarkastyczni, są hipokrytami. On udaje, ale wiemy, że robi to po coś. Tamci też to robią po coś, ale w sposób obrzydliwy, pozbawiony wdzięku. Natomiast jeśli chodzi o czyny, jest dokładnie na odwrót. Oni nie robią nic złego, nawet mu pomagają, a on robi niemoralne rzeczy.

PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Jan Komasa | Sala samobójców. Hejter

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje