- Josh nie daje się zwariować, nie pozwala, żeby wielkie budżety zawróciły mu w głowie. Skupia się na procesie, ale ma też zdrowy dystans. Na koniec dnia okazuje się, że wcale nie walczysz na wojnie. Nie skończysz przed plutonem egzekucyjnym. Nie zostaniesz rozerwany na strzępy. To tylko kino, można wrzucić na luz - mówi Abel Ferrara, reżyser m.in. kultowego "Złego porucznika", ikona amerykańskiego kina niezależnego. Ostatnio wystąpił w jednej z drugoplanowych ról w nominowanym do Oscara filmie "Wielki Marty".
Mateusz Demski: Słyszałem, że kilka dni temu byłeś z wizytą w Nowym Jorku. Ciekawi mnie, czy lubisz w ogóle wracać do tego miasta? Czy czujesz jakąś nostalgię za nim?
Abel Ferrara: - Jak nietrudno się domyślić, nie jestem raczej typem sentymentalnym. Biorę życie takim, jakie jest. To miasto, w którym się urodziłem, w którym spędziłem większość życia. Naturalne, że mam stamtąd mnóstwo wspomnień - jedne są dobre, inne paskudne. Bywam tam okazjonalnie, kiedy z jakiegoś powodu muszę pojawić się w mieście, kiedy robię interesy. Ale nie mieszkam tam od trzynastu lat. Z wyboru. Problem w tym, że Nowy Jork zmienia się każdego roku, a może z każdym miesiącem. Nie poznaję już tego miejsca.
Kilka lat temu rozmawialiśmy o twojej "ucieczce z Nowego Jorku". Powiedziałeś, że od zamachów 11 września miasto stało się nie do życia: "Ceny nieruchomości i czynszu skoczyły nagle dziesięciokrotnie w górę. […] Zwykły Nowojorczyk musi dziś harować 16 godzin dziennie siedem dni w tygodniu, by móc przekimać w klitce o wymiarach 12 m2, a po robocie skoczyć na jakieś śmieciowe żarcie i pozwolić sobie maksymalnie na kawałek odgrzewanej pizzy. […] Kiedy patrzę na ludzi, którzy tam zostali, mam wrażenie, jakbym widział Egipcjan zapieprzających przy budowie piramid".
- Bo rzeczywistość Nowojorczyków została doprowadzona do granic absurdu. Są drogie miasta na świecie, jak Paryż czy Moskwa, ale Nowy Jork przebija wszystko. Nie wiem, kto może sobie pozwolić na życie w tym miejscu. Kubek kawy kosztuje tam dziesięć dolców. To wyzysk w biały dzień. Inna sprawa, że po 11 września wielu Nowojorczyków wykurzono z dzielnic, które stały się atrakcyjne dla inwestorów. Dziwne, że nikt nie protestuje, jak na Wall Street zdzierają z kogoś miliony dolarów - jeszcze pomnik im za to postawią.
"Wielki Marty", film Josha Safdiego, w którym zagrałeś małą, ale jedną z bardziej wyrazistych ról, to portret powojennego Nowego Jorku. Urodziłeś się na Bronxie w 1951 roku.
- Dla mnie Josh trafił niemal w dychę z klimatem miasta. Film rozgrywa się na Lower East Side, ja dorastałem na Bronxie, ale na pewno są podobieństwa. W naszym sąsiedztwie ścierali się ze sobą różni ludzie i różne kultury. To była niby włoska dzielnica, ale tak naprawdę dorastałem wśród żydowskiej diaspory, która dominowała w tym kwartale. Inna rzecz, że "Wielki Marty" zaczyna się w 1950 roku, nie było mnie wtedy jeszcze na świecie, nie mam prawa pamiętać powojennego Nowego Jorku, ale ciągle mam przed oczami ludzi z obozowymi tatuażami na nadgarstkach. To były całe rodziny przeorane wojną.
Safdie nie kryje, że film ma mocne umocowanie w rzeczywistości, włącznie z głównym bohaterem. Jego pierwowzorem był Marty Reisman, nowojorski tenisista stołowy.
- Przyznam ci się, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Dopiero jak do projektu zaprosił mnie Josh. Potem miałem okazję poznać całą zgraję ludzi, którzy znali tego typa. Był sławny w podziemiu. W zasadzie wszystko o nim powie ci jego autobiografia, sedno zawiera się już w tytule: "The Money Player: The confessions of America's greatest table tennis champion and hustler". Bo Marty był typowym nowojorskim oszustem i kanciarzem. Takich gości nie brakowało w Lower East Side. Nigdy się jednak nie spotkaliśmy. Być może dlatego, że wolałem grać w bilarda, a nie w tenisa stołowego. Albo biegałem po ulicach z kamerą.
W tym roku mija czterdzieści siedem lat od twojego debiutu "The Driller Killer" (1979). Film był kręcony na taśmie 16 mm, na ulicach Nowego Jorku, z udziałem aktorów-amatorów.
- Nie chciałbym się powtarzać, bo pisałem o tym w swojej autobiografii "Scene: A Memoir", ale to był czysty obłęd. Skończyliśmy z moimi kumplami szkołę filmową, musieliśmy coś stworzyć. Kręciliśmy w weekendy, potem przerywaliśmy na miesiąc, skrzykiwaliśmy się ponownie i tak w kółko. Bujaliśmy się z tym miesiącami. Co weekend kombinowaliśmy, jak tanio zdobyć sprzęt, zmontowaliśmy może pół godziny filmu, myśleliśmy, że to się nigdy nie skończy. Ale mieliśmy szczęście - nagle dostaliśmy kasę na prawdziwą produkcję.
- To był dobry czas na robienie takich rzeczy. Poznałem wtedy Kenny'ego Kelscha i wiele innych osób, z którym pracowałem całe życie. Nikt z nas nie miał kasy, ale powtórzę - to był zupełnie inny Nowy Jork. Dostaliśmy na wyłączność budynek na rogu Piątej Alei i 18. Ulicy. Dziś na każdym ludzie płacą tam czynsz w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów za miesiąc. My korzystaliśmy z trzech pięter, bez ograniczeń, i nie zapłaciliśmy za to ani grosza. Na tym polega różnica między Nowym Jorkiem wtedy a tym, co mamy teraz. To był inny świat.
Dziś nie zrobiłbyś takiego filmu.
- Zapomnij! Kawa nie kosztowała dziesięciu dolarów tylko pięćdziesiąt centów. A to jest pierwsza, podstawowa zasada - filmy robi się na kawie. Kawa na planie jest ważniejsza niż cokolwiek innego. Wtedy w tym budynku, gdzie kręciliśmy, ludzie mieszkali praktycznie za darmo. Dziś najtańsze mieszkanie w tym mieście kosztuje trzy tysiące dolców.
- Ani ja, ani Basquiat, ani Keith Haring nie mieliśmy wtedy kasy na czynsz. A mimo to sobie radziliśmy, mogliśmy robić swoje. Basquiat spał w parku, kiedy go poznałem. Ja za mieszkanie przy Union Square płaciłem może pięćset dolarów. Każdego z nas było stać na życie na Manhattanie. Wszyscy byli w jednym miejscu, w samym centrum wydarzeń. Teraz ludzie mieszkają w New Jersey albo Bedford-Stuyvesant na Brooklynie i wydaje im się, że żyją w sercu Nowego Jorku. Oszukują samych siebie.
Ale początek tych zmian musiał być odczuwalny już w czasach twojego debiutu. W 1979 roku Donald Trump rozpoczyna budowę wieżowca Trump Tower.
- Powiem ci, jak to wtedy wyglądało. Nikt nie chodził na 57. ulicę. Bo nie było po co się tam zapuszczać. To miejsce było jak obca planeta. Nawet Tribeca za taką uchodziła. Podobnie Alphabet City. To był bardzo mały kwartał, gdzie ludzie po prostu robili swoje biznesy. Trochę jak osada, jak wioska. Poza tym inne nazwiska były wtedy na językach. Andy Warhol żył po drugiej stronie ulicy. I to on był ważny, a nie deweloperzy.
Wracając do kina - "The Driller Killer" to nie tylko twój debiut reżyserski, zagrałeś w tym filmie także główną rolę. Dziś oglądamy cię w "Wielkim Martym". Jak się czujesz po drugiej stronie kamery?
- Zagrałem w "The Driller Killer", bo nie było nikogo innego, kto mógłby to zrobić. Nie zrobiłem tego, bo miałem ambicję zostać chłopcem z plakatu. Po prostu tak było łatwiej. Baliśmy się, że to się może ciągnąć za nami nawet trzy lata. Nie mogłem poprosić żadnego aktora, żeby przez tak długi czas był na każde nasze zawołanie. Z "Wielkim Martym" było podobnie w tym sensie, że nie miałem ambicji, żeby wrócić na ekran. To była kwestia tego, że Josh mnie o to poprosił. Grałem już w jednym jego filmie, gość ma taki styl - stawia przed kamerą ludzi, którzy nie robią tego na co dzień. Josh jest urodzonym reżyserem, ma swoją wizję i dąży do niej. Poza tym traktuję go jak kumpla, a kumplom się nie odmawia.
Z kim bym nie rozmawiał o tym filmie, wszyscy mówią o scenie z twoim udziałem - kiedy spada na ciebie i owczarka niemieckiego wanna z Timothée Chalametem.
- Ciekawe czemu akurat to ludzi tak bawi. Kilkakrotnie spotkałem się z opinią, że kiedy patrzy się na ten cyrk z wanną, ma się wrażenie, jakbyśmy świetnie bawili się na planie. Nie wiem, skąd taki wniosek. Może patrząc na tę scenę, trudno stwierdzić, czy bardziej cierpię czy pękam ze śmiechu. Z zewnątrz to może wyglądać na ubaw, ale atmosfera na tego typu planie jest podporządkowana temu, że kręcisz wysokobudżetowy film i nie możesz zawalić. Scena z wanną to była skomplikowana sprawa. Ekipa planowała to miesiącami.
- Jednocześnie Josh kręci filmy tak, jakby to wciąż były jego filmy studenckie. Nie daje się zwariować, nie pozwala, żeby wielkie pieniądze zawróciły mu w głowie. Skupia się na procesie, ale ma też zdrowy dystans. Na koniec dnia okazuje się, że wcale nie walczysz na wojnie. Nie skończysz przed plutonem egzekucyjnym. Nie zostaniesz rozerwany na strzępy. To tylko kino, można wrzucić na luz. Przecież celebrujemy życie, a nie śmierć.
"Wielki Marty" otrzymał dziewięć nominacji do Oscara. Jaki jest twój stosunek do samych nagród i gali? Ciebie taka celebra w ogóle rusza? Czy kiedykolwiek byłeś na ceremonii w Dolby Theatre w Los Angeles?
- Nie byłem, ale żaden człowiek przed tym nie ucieknie. Hollywood zawsze był, jest i będzie. To nie tylko część Ameryki. Hollywood należy do świata, a to dlatego, że został wzniesiony rękami obcokrajowców. Nawet Chaplin i Hitchcock nie byli z Ameryki. Tak samo Murnau. Oscary nie są więc wyłącznie sprawą amerykańską. Cały świat to ogląda. Tak po prostu jest. Hollywood to jak osobna planeta w ramach planety Ziemia. Ale szczerze, nic mnie to nie obchodzi. Lata temu wyjechałem do Europy, mieszkam w Rzymie. We Włoszech ludzie mają szacunek do sztuki, szczególnie do kina. Panuje też ogólny szacunek do ludzi, istnieje też coś takiego, jak szacunek do jedzenia. W Stanach żarcie na każdym kroku jest śmieciowe i trujące. Nie jestem w stanie włożyć niczego do ust w tym popieprzonym kraju.
________________________________________
Abel Ferrara - urodzony w 1951 roku w Nowym Jorku. Ikona amerykańskiego kina niezależnego. Znany z pełnych przemocy, ale i chrześcijańskiej metaforyki, obrazów przestępczego półświatka USA. Niektóre jego filmy, jak "Król Nowego Jorku" czy "Zły porucznik", mają status kultowych. Mieszka w Rzymie, a Włochami zainteresowany jest od dawna - nakręcił tam m.in. fabularyzowany dokument "Napoli, Napoli, Napoli" (2019), biograficzny portret "Pasolini" (2014) i "Tommaso" (2019).











