Dla Riana Johnsona od zawsze bardzo ważny był casting i to, kto gra w jego filmach, nawet te mniejsze role. Nic więc dziwnego, że zaproponował, aby w drugim planie w jego "Żywy czy martwy: Film z serii ‘Na noże’" wystąpili tak wyjątkowi aktorzy, jak Andrew Scott ("Ripley", "Dobrzy nieznajomi", "Fleabag"), Cailee Spaeny ("Priscilla", "Obcy: Romulus" i "Civil War") oraz Darryl McDormack ("Siostry na zabój", "Powodzenia, Leo Grande"), który niedawno pojawił się także w najnowszej produkcji Jana Komasy "Rocznica".
Trójka aktorów wciela się w podejrzanych - każdy może być potencjalnym mordercą. Czy ktoś z nich ma coś poważnego na sumieniu? Od 12 grudnia trzecia część cyklu "Na noże" - "Żywy czy martwy" - jest dostępna na platformie Netflix.
Jan Tracz spotkał się z aktorami podczas BFI London Film Festival, aby porozmawiać o ich miłości do komedii kryminalnych, temacie wiary poruszonym w filmie oraz ekranowej chemii pomiędzy bohaterami.
Jan Tracz, Interia: "Żywy czy martwy" to film o próbie stłumienia swojego ego. Jako aktorzy jesteście częścią kolektywu, w którym każdy z was ma swoje momenty, ale jednocześnie musicie wiedzieć, kiedy się wycofać, aby inni mogli zabłysnąć. Jak pracowaliście nad tym z reżyserem Rianem Johnsonem?
Cailee Spaeny: - Rian opowiadał nam o procesie dobierania aktorów do tego tytułu - zależało mu na ludziach, którzy odnajdą się w formule "ensemble film" [wielu aktorów, często znanych, w jednym tytule - przyp. red.] i będą potrafić ze sobą współpracować. Sama byłam strasznie zestresowana - poczułam się lepiej, gdy Daniel [Craig] powiedział mi, że sam był spięty podczas pierwszego dnia zdjęciowego. A przecież to była trzecia część z jego udziałem!
Andrew Scott: - Zakładam, że Daniel i Josh [O’Connor] mieli znacznie trudniejsze zadanie, bo jednak wcielają się w postaci pierwszoplanowe i tym samym kradną większość czasu ekranowego. Natomiast my mogliśmy na spokojnie się poznać, spędzić ze sobą trochę czasu i nauczyć się tej współpracy na potrzeby filmu.
Darryl McCormack: - Wydaje mi się, że sam scenariusz pozwala wybrzmieć każdej z naszych postaci. Ale w taki sposób, aby żadna nie wyszła w pełni na pierwszy plan! Zresztą sam punkt wyjściowy tego filmu zakłada, że nasi bohaterowie znają się już od dłuższego czasu, bo należą do tej samej parafii. To fakt, który musieliśmy uwzględnić przy naszych przygotowaniach. Dlatego tak bardzo zależało nam, by skrócić ten dystans na planie.
Cailee Spaeny: - W pewnym momencie dotarło do nas, że nie musimy w pełni rozumieć tego, co właśnie kręcimy, czy przeczytaliśmy na kartce papieru. Dopiero kiedy obejrzeliśmy nasz film po raz pierwszy, to mniej więcej zrozumieliśmy, co udało nam się stworzyć wspólnymi siłami! (śmiech).
Johnson proponuje nam mariaż klasycznej układanki - puszczającej oczko do powieści Agathy Christie - z czymś nieco bardziej współczesnym i samoświadomym, wręcz zakrawającym o pastisz. Dlaczego po tak wielu latach wciąż tak bardzo kochamy takie historie?
Cailee Spaeny: - Rianowi zależy, aby każdy film był zupełnie inny. Gatunek to tylko pretekst do tego, aby opowiedzieć oryginalną historię z zagadką w tle. Lub poruszyć dla niego jakiś ważny temat. Sztuką jest zrobić tak, aby tajemnicę (czyli ten bardziej mroczny aspekt opowieści) połączyć na przykład z humorem sytuacyjnym lub ciętymi dialogami. Nie każdy "whodunnit" będzie udany. Ale te, które się wyróżniają, mają szansę skraść serca widzów na całym świecie.
Andrew Scott: - Jako widzowie uwielbiamy angażować się w daną historię. Tego typu kino daje nam poczucie jakiejś sprawczości - pragniemy być jak ekranowy detektyw i wraz z nim rozwiązać zagadkę, nawet jeśli ta będzie bardzo zawiła. Nigdy nie zapomnę, gdy jeszcze jako jedenastoletni dzieciak oglądałem "Zło czai się wszędzie" (1982) z Peterem Ustinovem jako Herculesem Poirot. Rewelacyjne kino!
Darryl McCormack: - U Riana to nie jest wyłącznie "murder mystery" w najlepszym wydaniu, ale też platforma do tego, by poruszyć znacznie ważniejsze kwestie. Sam nie oglądałem, nie czytałem zbyt wielu klasycznych tytułów tego typu. Ale za to pamiętam takie książeczki, w których mogliśmy wybierać własne ścieżki fabularne. I w zależności od decyzji musieliśmy przejść na jedną z późniejszych stron. One często miały w sobie jakąś zagadkę i całkiem ciepło je wspominam.
Cailee Spaeny: - Sama nadrobiłam ekranizacje Agathy Christie z lat 70. na potrzeby tego filmu! Dzięki temu jeszcze bardziej widzę, że Rian robi coś kompletnie swojego. To nie jest tylko i wyłącznie hołd dla Christie lub innych pisarzy gatunkowych.
Wasze postaci to cynicy. Oni już dawno temu odrzucili wartości, w które niegdyś wierzyli. W jakiś sposób stają się oni metakomentarzem na temat dzisiejszego społeczeństwa.
Andrew Scott: - Mój bohater odrzuca coś, co nazywa "popularnym liberalizmem". Jest pisarzem i wycofał się ze świata publicznego, kiedy uznał, że ten odwrócił się przeciwko niemu. Wiele osób z branży reaguje w podobny sposób.
Darryl McCormack: - Choć często nazywam go "dupkiem", to tak naprawdę mój bohater jest po prostu pełnym pasji i werwy młodym chłopakiem, który po drodze nieco się pogubił. On ciągle szuka, więc tym bardziej jest podatny na głosy z zewnątrz. Niestety - internet bardzo kształtuje go jako człowieka. I nie wyzwala w nim najlepszych emocji.
Bohaterowie filmu często coś ukrywają. Zarówno przed sobą, jak i widzem. A czy wy macie jakieś aktorskie sekrety, którymi operowaliście w trakcie pracy nad filmem?
Andrew Scott: - W "whodunnit" tego typu sekretem będzie chyba fakt, że musisz grać na dwóch płaszczyznach. Bo z jednej strony musisz pamiętać, jakim elementem tak naprawdę jest twój bohater w całej tej układance. A z drugiej - jako aktor - grasz tak, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń. Aby jak najbardziej wybielić swoją postać (albo i nie!), bo przecież dla widza z automatu wszyscy będą podejrzani (śmiech).
Cailee Spaeny: - Czyli wygląda na to, że nie masz żadnych aktorskich sekretów. Sam z siebie chcesz być zagadkowy i rzeźbisz na tym, co oferuje ci scenariusz.
Poza zagadką pojawia się cały motyw teologiczny. Część dziennikarzy uważa, że Johnson krytykuje instytucję Kościoła. A przecież on jedynie prowadzi dialog z widzem w kontekście tego, czy cuda są możliwe. Nie tylko w momencie, kiedy ktoś umiera, ale nawet w kontekście samego śledztwa. Bo nawet tak doświadczony detektyw jak Benoit Blanc czasem potrzebuje pomocy z góry.
Andrew Scott: - Sam nie powiedziałbym, że Johnson zainteresowany jest krytyką Kościoła. Wręcz przeciwnie - on szuka współczucia dla swoich postaci. To wspaniałe, że w dzisiejszych czasach można zrobić film, który - przy użyciu wielu gatunków lub komediowych wstawek - potrafi poruszyć tyle tematów "na serio".
Darryl McCormack: - Nie chcemy spoilerować, ale muszę przyznać, że mój ulubiony motyw z filmu to sposób, w jaki Rian przeprowadza wiwisekcję dwóch radykalnych podejść do tej samej wiary. To pokazuje, jak ludzie mogą się różnić. I że za każdą religią stoi człowiek, który ją konstytuuje.
Cailee Spaeny: - Świetnie to podsumowaliście (śmiech).
Na ekranie między wami mamy namacalną chemię, którą czujemy gdzieś "w powietrzu". To udowadnia, jak ważny jest casting i zespołowe zgranie. Czy wierzycie w chemię między aktorami?
Andrew Scott: - Chemia to jest fascynujący temat. Z jednej strony w nią nie wierzę, a z drugiej wiem, że wkrada się tam jakiś metafizyczny pierwiastek, którego do końca nie potrafię zrozumieć.
Cailee Spaeny: - Myślę, że to równanie sprowadza się do scenariusza i pracy samej kamery. Kamera musi was "kochać", aby widz w ogóle coś mógł "poczuć".
Andrew Scott: - Tak na dobrą sprawę, to my tylko wykonujemy naszą pracę. To widzowie doszukują się chemii ekranowej. I to oni ją tworzą, stając się jej głównym źródłem!












