Artur Żmijewski: Nie boję się porównań z trylogią Sylwestra Chęcińskiego
Oprac.: Tomasz Bielenia
Artur Żmijewski jest albo niezwykle odważny, albo oszalał. Takie komentarze pojawiły się w sieci pod koniec maja tego roku, gdy opublikowano informację, że popularny aktor reżyseruje film "Sami swoi. Początek", czyli prequel uwielbianej przez miliony Polaków trylogii o Kargulach i Pawlakach. Pytania o odwagę są uzasadnione. Żmijewski zagrał mnóstwo świetnych ról, ale dorobek reżyserski ma skromny - zrealizował dotąd kilka przedstawień Teatru Telewizji i kilka odcinków serialu "Ojciec Mateusz". W rozmowie z PAP Life słynny aktor tłumaczy, dlaczego podjął się tego zadania, czy nie boi się porównań do trylogii Sylwestra Chęcińskiego i czemu nie zdecydował się zagrać choćby niewielkiej roli w filmie "Sami swoi. Początek".
Artur Żmijewski na planie filmu "Sami swoi. Początek"PodlewskiAKPA
Artur Żmijewski: - Zadzwonił do mnie producent tego filmu Mikołaj Fajks i złożył mi taką propozycję. Na początku trochę się zdziwiłem, ale potem, gdy przeczytałem scenariusz, zdecydowanie ucieszyłem. Scenariusz jest bowiem świetny, więc po prostu nie mogłem i nie chciałem nie skorzystać z takiej okazji. Oczywiście, gdzieś tam z tyłu głowy pojawiała się myśl: "Boże to jest szaleństwo", ale z drugiej strony pojawił się też głos: "A dlaczego nie? Jak spadać, to z wysokiego konia". Po namyśle oddzwoniłem więc do producenta i powiedziałem, że się zgadzam.
- Nie, uznałem, że nie ma żadnego znaczenia, dlaczego to właśnie ja dostałem tę propozycję. Skoro tak się stało, to znaczy, że producenci mieli do mnie zaufanie, widzieli, co robiłem wcześniej. Media określiły mnie jako debiutanta i nie zamierzam z tym walczyć, choć debiutantem się nie czuję, bo już od kilkunastu lat stawałem po drugiej stronie kamery. Wyreżyserowałem kilka spektakli dla Teatru Telewizji, kilka odcinków "Ojca Mateusza".
Film to jednak dużo większy projekt.
- To prawda. Ale przyznam, że od dawna marzyłem o tym, żeby wyreżyserować film. Zwłaszcza taki jak "Sami swoi. Początek". Inny wymiar, inny sposób opowiadania, inni bohaterowie, inny świat. Takiego świata jeszcze nie pokazywałem, dlatego była to dla mnie przygoda i duże wyzwanie. Przed rozpoczęciem zdjęć zbieraliśmy materiały, robiliśmy dokumentację, spotykaliśmy się z charakteryzatorami i scenografami, by porozmawiać o tym, jak ten świat ma wyglądać. Większość zdjęć kręciliśmy w Parku Etnograficznym w Tokarni. To jest przepiękne miejsce, ale ten skansen trzeba było ożywić przez odpowiednio ubranych statystów, jeżdżenie furmankami, saniami, konno, prowadzenie krów. Takich inscenizacji tu się na co dzień nie urządza. Mam z wspomnienia wsi z dzieciństwa, z lat 60. i 70. Wbrew pozorom to nie było bardzo odległe realiów z początku XX wieku, które pokazujemy w filmie. Większość rekwizytów, które spotykamy w skansenie w Tokarni, pamiętam z domu moich dziadków: dzieże, rzeszota, maselnice i inne sprzęty. Nie był to więc dla nie świat kompletnie nieznany, potrafiłem się w nim dość łatwo odnaleźć.
"Sami swoi": Na planie filmuPiotr PodlewskiAKPA
"Sami swoi": Na planie filmuPiotr PodlewskiAKPA
"Sami swoi": Na planie filmuPiotr PodlewskiAKPA
"Sami swoi": Na planie filmuPiotr PodlewskiAKPA
"Sami swoi": Na planie filmu Piotr PodlewskiAKPA
Czy dziś, po zakończeniu zdjęć, może pan powiedzieć, że warto było wziąć udział w tym projekcie? Dużo pan musiał poświęcić?
- Poświęciłem tyle, ile było trzeba, żeby ten projekt zrealizować. Na ostatnim etapie realizacji zdjęć przez cztery tygodnie nie byłem w Warszawie, dzięki czemu mogłem całkiem skupić się na pracy, ominęły mnie różne codzienne problemy. Z bliskimi się widywałem, bo przyjeżdżali do mnie na plan, trochę zwiedzaliśmy okolicę, a jest tutaj wokół mnóstwo malowniczych miejsc. Sporo z nich znam z kręcenia "Ojca Mateusza", ale odkryłem nowe. A czy było warto wziąć udział w tym projekcie? Oczywiście, że tak. Niezależnie od tego, jak zostanie oceniony, dla mnie jest niezwykle ważny. Wszystko, co jest nas w stanie rozwijać, pokazywać nam nowe drogi, jest warte zaangażowania.
Wiele emocji wzbudziła obsada głównych ról. Postawił pan na niezbyt znanych aktorów.
- Nie chcę chwalić dnia przed zachodem słońca, ale uważam, że wybraliśmy bardzo dobrze i odtwórcy głównych ról świetnie się sprawdzili. Zarówno Adam Bobik jako Pawlak, jak i Karol Dziuba jako Kargul. Te role są wiodące, bo to jest film o konflikcie Pawlaka z Kargulem. Na Adama zdecydowaliśmy się dość szybko, trudniejsze okazało się znalezienie kandydata do roli Kargula, choćby ze względów na warunki fizyczne. W końcu Kargul mówi do Pawlaka: "Ty konusie", więc musi być to uzasadnione. Dość długo szukaliśmy aktora, który będzie co najmniej 10 centymetrów wyższy od Adama.
- Bardzo dobrze zagrały też filmowe partnerki bohaterów: Weronika Humaj i Paulina Gałązka. Pozostałe role są drugoplanowe, tym niemniej bardzo ważne. Dlatego cieszę się niezmiernie, że wielu znakomitych aktorów, których znam zarówno z pracy, jak i prywatnie, zechciało się pochylić nad tym projektem: Zbyszek Zamachowski jako stary Pawlak, Janusz Chabior w roli starego Kargula, Mirosław Baka, Agnieszka Suchora. No i zgodziła się też Ania Dymna, która czterdzieści kilka lat temu jako młoda dziewczyna zagrała w drugiej i trzeciej części trylogii Sylwestra Chęcińskiego, czyli filmach "Nie ma mocnych" oraz "Kochaj albo rzuć".
Film reżyseruje Artur Żmijewski. "Chcę zrobić film, który będzie zrozumiały dla współczesnego widza, który wytłumaczy genezę sporu Pawlaków i Karguli oraz opisze świat, w którym żyli przed przybyciem na Ziemie Odzyskane. Chcę, żeby była to zupełnie nowa, uniwersalna opowieść o nas - takich, jakimi jesteśmy na co dzień, z wszystkimi wadami i zaletami. Niezależnie od miejsca, w którym żyjemy" - mówi. "W jednym z wywiadów Andrzej Mularczyk powiedział: 'Prawdziwa komedia musi bawić i wzruszać'. I właśnie taką komedię chcę zrealizować" - dodaje.Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Historia rodzin Pawlaków i Karguli jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Wśród osób opuszczających swe domy na Kresach, leżących dziś w granicach Ukrainy, był Jan Mularczyk, stryj znakomitego scenarzysty i pisarza Andrzeja Mularczyka, autora scenariusza do kultowej trylogii i prequelu. To właśnie on stał się, wiele lat później, pierwowzorem postaci Kazimierza Pawlaka, doskonale znanej z trylogii "Sami swoi", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". Jan Mularczyk, osiedlił się w Tymowej, w okolicy Lubina, na terenie Dolnego Śląska. Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Pawlak i Kargul - bohaterowie kultowej trylogii ,,Sami swoi", przed trafieniem na Ziemie Odzyskane byli sąsiadami we wsi na Podolu. I już wtedy było to wybuchowe sąsiedztwo... "Sami swoi. Początek" to barwna opowieść, w której drobne złośliwości przeplatają się z życiowymi kamieniami milowymi. Charakterne postaci w połączeniu z wielką historią w tle zabiorą widza w sentymentalną, ale też porywającą i pełną humoru podróż. Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Producent filmu, Tomasz Kubski, tak mówi o produkcji: "Wszyscy zadają nam przemiennie dwa pytania: 'Dlaczego?', 'Po co?'. Odpowiedź jest banalnie prosta: to jest początek całej historii i to miała być pierwsza część kultowej serii, ale pod koniec lat 60. ze względów politycznych nikt by nie pozwolił na produkcję filmu, który w negatywny, trochę prześmiewczy sposób ukazuje bratni naród radziecki. Tak naprawdę trylogia bez części, którą obecnie produkujemy jest niepełna, uboższa o świat, w którym Pawlak pierwszy raz się zakochał, pierwszy raz miał złamane serce, pierwszy raz walczył o swoje".Jarosław Sosińskimateriały prasowe
"Miał za sobą bogatą historię życia, a przy tym był wspaniałym narratorem. Słuchałem opowieści jego życia przez kilka tygodni i spisywałem je w zeszytach, które zachowałem do dziś. W tych opowieściach był i dramat, i melancholia, i humor" - mówi Andrzej Mularczyk.Jarosław Sosińskimateriały prasowe
Pański film na pewno będzie porównywany do tych trzech komedii Sylwestra Chęcińskiego, które są uznawane za kultowe. Nie boi się pan tych porównań?
- Wszelkie obawy, jakie mógłbym mieć, schowałem głęboko do kieszeni w momencie, w którym podjąłem decyzję, że to robię. To samo zresztą powiedziałem współpracownikom podczas naszego pierwszego spotkania poświęconego czytaniu scenariusza. Oczywiście mam świadomość, że nasz film wzbudzi duże kontrowersje i będzie porównywany. My nie możemy jednak podchodzić do filmów Chęcińskiego z pokorą i na kolanach, bo nie kręcimy kolejnej części jego trylogii. Historia, którą my pokazujemy, jest kompletnie inna. Wspólnym mianownikiem jest konflikt Pawlaków i Karguli, ale w innych pokoleniach. Opowiadamy o tym, co się stało przed ich przyjazdem na Ziemie Odzyskane, przedstawiamy zupełnie inny świat, którego w filmach Sylwestra Chęcińskiego nie ma, poza scenami wspomnień, które Pawlak snuje w "Samych swoich". W tym sensie jest to film zupełnie odmienny od trylogii Chęcińskiego, nie zamierzamy konkurować z żadną z jej części. Robimy osobną opowieść, choć wiemy, że będzie ona traktowana jako swego rodzaju dopełnienie.
W 2008 roku twórców uhonorowano Specjalną "Złotą Kaczką 100-lecia Polskiego Kina" w kategorii: "najlepsza polska komedia stulecia" (przyznawana przez czytelników miesięcznika "Film").EAST NEWS/POLFILM
Zwaśnione rodziny godzi dopiero ślub syna Pawlaka - Witi z Jadźką, córką Kargula.EAST NEWS/POLFILM
"Wraz z wyrazistymi postaciami przenika do świadomości ludzi jakaś cząstka naszej historii" - mówił o filmie autor scenariusza Andrzej Mularczyk.EAST NEWS/POLFILM
Braworowe kreacje stworzyli w filmie Władysław Hańcza (Kargul) i Wacław Kowalski (Pawlak).EAST NEWS/POLFILM
Tutaj dalej ciągną swoje kłótnie i spory.EAST NEWS/POLFILM
Latem 1945 roku na Ziemie Odzyskane przybywają z kresów dwie skłócone ze sobą od lat rodziny Karguli i Pawlaków, i zajmują sąsiadujące ze sobą gospodarstwa.EAST NEWS/POLFILM
"Samy swoi" w reżyserii Sylwestera Chęcińskiego to jedna z najlepszych komedii w historii polskiego kina. 15 września 2012 roku mija 45 lat od premiery kultowej produkcji o rodzinach Pawlaków i Kargulów.EAST NEWS/POLFILM
W serialu "Ojciec Mateusz" stawał pan zarówno przed, jak i za kamerą. Miał pan pokusę, by w filmie "Sami swoi. Początek" też zagrać jakąś rolę?
- Były takie zakusy, ale odpowiem żartem: skoro nie mogłem zagrać księdza, to nie interesowała mnie żadna inna rola. A mówiąc poważnie, uznałem, że skupienia się na jednym zadaniu, czyli reżyserii, jest w tym przypadku zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem.
W swojej karierze aktorskiej pracował pan z wieloma wybitnymi reżyserami, którzy mieli różne metody pracy. A jakim pan jest reżyserem?
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Ale mogę powiedzieć, co dla mnie jest w najważniejsze w reżyserii. To jest to, czego uczyłem się dawno temu, jeszcze w czasach, kiedy w kamerze była taśma i na początku zdjęć ważne było to, ile tej taśmy mamy. Teraz nas to nie obowiązuje, natomiast zawsze obowiązuje nas zbudowanie relacji pomiędzy bohaterami i pilnowanie, żeby te relacje nie wyszły poza pewne tory. Wyznaję zasadę, którą przekazał mi nieżyjący już niestety Maciej Prus, że dobry reżyser to jest taki, który doskonale wie, w którym momencie aktor na temat granej przez siebie roli wie troszkę więcej niż on. Wtedy trzeba mu pozwolić grać, pilnując tylko, że te wszystkie sznurki ładnie się składały, czyli pilnując relacji między ludźmi.
- Uważam, że co najmniej połową sukcesu jest dobre obsadzenie ról. Jeżeli aktor rozumie, co ma zagrać, jeżeli czuje i wie, czego się od niego wymaga i czego wymaga od niego postać, to potem relacje buduje się na zaufaniu. Ja nigdy nie lubiłem pracy w konflikcie, ani jako aktor, ani jako reżyser. Uważam, że jeżeli stworzy się fajna ekipa, to wtedy powstają dobre rzeczy. Tu mam wrażenie, że udało nam się taką ekipę stworzyć. Nastąpił dobry splot okoliczności, szczęście nam sprzyjało, może poza nielicznymi momentami, gdy potrzebowaliśmy do zdjęć słońca, a padał deszcz albo kiedy miał być śnieg, a padał deszcz i nagle wszystko spłynęło, więc musieliśmy śnieżyć. Ale to częste przy pracy nad filmem.
Czy doświadczenie aktorskie przydaje się w pracy reżysera? I odwrotnie, czy kiedy staje pan przed kamerą, wykorzystuje pan to, czego dowiedział się jako reżyser?
- To, że jestem aktorem, bardzo mi pomaga w pracy reżyserskiej, dlatego że rozumiem fizyczne ograniczenia człowieka. Jeżeli tworzymy jakąś scenę i ja od kolegów oczekuję czy wymagam pewnego efektu, to potem, gdy sam staję przed kamerą, rozumiem, z czym oni muszą się mierzyć. Tego typu doświadczenie, jakim jest reżyseria, uczy przede wszystkim pokory. Rozumiem, że ten zawód też ma swoje słabości, z którymi trzeba walczyć.
W 2006 roku aktor zagrał kilka mniejszych ról: w kolejnym filmie Zatorskiego "Tylko mnie kochaj", "Bezmiarze sprawiedliwości" Wiesława Saniewskiego czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Marka Koterskiego, ale to kolejny rok miał się okazać bardziej udany dla jego kariery. Wystąpił wówczas w słynnym "Katyniu" Andrzeja Wajdy (na zdjęciu) oraz w sensacyjnym "Świadku koronnym" Jarosława Sypniewskiego, Jacka Filipiaka oraz Michała Gazdy i jego serialowej wersji, czyli "Odwróconych".Fabryka ObrazuEast News
Artur Żmijewski tworzy szczęśliwy związek z młodszą o dwa lata Pauliną Petrykat-Żmijewską. Poznali się w licealnych czasach. W przyszłym roku para obchodzić będzie 30. rocznicę małżeństwa.
Rozstali się tylko raz. Na początku związku. Gdy aktor stracił głowę dla koleżanki ze studiów, Magdaleny Wójcik. Dla jasnowłosej piękności porzucił swoją szkolną miłość. Ale nie na długo - jak twierdził, szybko zrozumiał swój błąd i wrócił do Pauliny, która wybaczyła mu tę zdradę.
"Nie zdarzyło mi się wrócić do domu po premierze dwa dni później. Nie błądziłem, choć były okazje. Nie mam ochoty na żadne ekscesy czy skandale. Nie chadzam do knajp, nie jestem typem rozrywkowym. Mam tak mało czasu, że wolę go spędzać z rodziną" - aktor zdradził w rozmowie z "Faktem".
"Nigdy nie chciałem, żeby moje prywatne życie stało się przyczynkiem do dyskusji medialnej. I nigdy nie chciałem tą prywatnością handlować. To mój świadomy wybór" - wyjaśnił Żmijewski.Marek SkorupskiAgencja FORUM
Zakuty w kajdanki, zakrwawiony, w kołnierzu ortopedycznym. Widok Artura Żmijewskiego w filmie "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" był szokiem dla wszystkich miłośników "Ojca Mateusza". W filmie Patryka Vegi aktor na chwilę rozstał się z wizerunkiem księdza-detektywa i pokazał dawno nieoglądane oblicze. Wcielił się w rolę Szpilki - powiązanego z mafią agenta skarbówki, prywatnie brutala i "damskiego boksera".
"Ostatni raz zostałem tak ‘przeczołgany’ przez film, gdy byłem znacznie młodszym człowiekiem. I pewnie nikt już tego nie pamięta" - komentował aktor.Anna Gostkowska /PNK CEnt One Investments materiały prasowe
Kolejne sezony "Ojca Mateusza" i dodatkowe obowiązki spowodowały, że aktora zdecydowanie rzadziej oglądamy ostatnio w filmach pełnometrażowych. Pojawił się w "Małej maturze 1947" (2010) Janusza Majewskiego, "Oszukanych" (2013) Roberta Solarza i "Kamieniach na szaniec" (2014) Roberta Glińskiego, ale jego zdecydowanie najbardziej udaną kreacją z tego okresu była rola pianisty w filmie "Mój rower" (2012) Piotra Trzaskalskiego.GałązkaAKPA
W 2008 roku aktor przyjął tytułową rolę w produkcji TVP1"Ojciec Mateusz", polskiej wersji włoskiego serialu kryminalno-obyczajowego "Don Matteo". Jego ksiądz-detektyw spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem w milionach polskich domów, o czym świadczą wciąż realizowane kolejne sezony "Ojca Mateusza". Z biegiem lat aktor przestał się ograniczać jedynie do występów przed kamerą w telewizyjnym hicie, ale coraz śmielej zaczął stawać także po jej drugiej stronie.
"Najtrudniejsze w pracy reżysera jest to, że trzeba znać odpowiedź na każde, nawet najbardziej niepotrzebne i głupie pytanie. Trzeba ogarniać każdy szczegół tej opowieści" - wyznał w jednym z wywiadów. Mieszko PiętkaAKPA
W przerwach między zdjęciami do "Na dobre i na złe" Żmijewski wciąż pojawiał się też w filmach kinowych i telewizyjnych. Wcielił się w bezwzględnego esesmana w "Wyroku na Franciszka Kłosa" (2000) Andrzeja Wajdy i ojca Stasia, Władysława Tarkowskiego, w kolejnej ekranizacji "W pustyni i w puszczy" (2001) Henryka Sienkiewicza, tym razem przeniesionej na ekran przez Gavina Hooda.
Z kolei w 2004 roku oglądaliśmy go na ekranie w dwóch komediach romantycznych. W "Nigdy w życiu!" Ryszarda Zatorskiego, ekranizacji bestsellerowej powieści Katarzyny Grocholi, grał ukochanego głównej bohaterki (na zdjęciu), natomiast w Ławeczce" Macieja Żaka, na podstawie sztuki Aleksandra Gelmana, romansował z Jolantą Fraszyńską.Niemiec AKPA
Aktora można było także oglądać w wojennych: "Złocie dezerterów" oraz "Demonach wojny wg Goi", a także słynnym "Amoku" Natalii Korynckiej-Gruz (wszystkie z 1998 roku).
Jego życie zawodowe zmieniło się jednak o 180 stopni dopiero za sprawą przyjęcia głównej roli w serialu "Na dobre i na złe", opowiadającym o lekarzach szpitala w Leśnej Górze. Jako doktor Jakub Burski artysta rozkochał w sobie miliony Polek, stając się ulubionym aktorem w kraju nad Wisłą, o czym najlepiej świadczą zdobywane w latach 2001-2003 Telekamery "Tele Tygodnia".PrończykAKPA
Następnie Żmijewskiego oglądaliśmy m.in. w kolejnym filmie Pasikowskiego "Słodko gorzki" (1996), a także w produkcjach innych uznanych polskich twórców "Daleko od siebie" (1995) Feliksa Falka (na zdjęciu - pierwsze ekranowe spotkanie z Małorzatą Foremniak) oraz "Deszczowym żołnierzu" (1996) Wiesława Saniewskiego. Najgłośniej w tamtym okresie było jednak o kreacji aktora w "Gniewie" (1997) Marcina Ziębińskiego, gdzie wraz z Rafałem Maćkowiakiem wcielili się w braci, których drogi rozeszły się po śmierci rodziców.Krzysztof Wellman/Afa PixxGallo Images Poland
W 1992 roku Żmijewski zagrał niedużą rólkę w "Psach" Władysława Pasikowskiego. Dwa lata później jego Wolf był już pełnoprawnym bohaterem "Psów II: Ostatniej krwi" i co ważne odcisnął, niezatarte - póki co - piętno także na aktorze. "Zacząłem kląć jak szewc. Niestety to się przyjęło i funkcjonuje do dziś. Żona już się przyzwyczaiła. Przy dzieciach staram się jednak powstrzymywać" - aktor opowiadał o "spadku" po swoim filmowym bohaterze.INPLUSEast News
Artur Żmijewski urodził się w Radzyminie. W 1990 roku ukończył Akademię Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza (niegdyś Państwową Wyższą Szkołę Teatralną) w Warszawie. W latach 1989-1991 występował w Teatrze Współczesnym, a następnie w Teatrze Ateneum oraz w Teatrze Scena Prezentacje. Najdłużej związany był z Teatrem Narodowym (1998-2010). Jeszcze przed ukończeniem studiów aktor zagrał swoją pierwszą ważną filmową rolę. Wystąpił w słynnej produkcji Tadeusza Konwickiego "Lawa. Opowieść o "Dziadach" Adama Mickiewicza" (1989).INPLUSEast News
Niektórzy reżyserzy mówią, że nie chcieliby być aktorami, bo wtedy nie mają kontroli nad całością. Reżyser rządzi, aktor słucha.
- Na pewno coś w tym jest. W tym sensie rozumiem kolegów aktorów, którzy wolą grać w teatrze, bo na scenie praca reżysera na pewnym etapie się kończy, a potem zostaje przedstawienie, które jest żywym organizmem, wciąż się zmienia, rozwija, bo aktorzy za każdym razem grają inaczej. Natomiast w filmie nad całością panuje reżyser i to on ma decydujący głos co do ostatecznego kształtu. Prawda jest taka, że nierzadko wyobrażenia aktora o roli, którą zagrał, są odmienne od tego, co potem widzi na ekranie. Z doświadczenia wiemy i nikt nie robi z tego tajemnicy, że czasem w montażowni można ze słabo zagranej sceny zrobić zupełnie dobrą. Ale można też spartolić wybitną.
- Lubię oba swoje zawody i nie zamierzam rezygnować z żadnego.
Ma pan już konkretne plany zawodowe na przyszłość?
- Muszę dokończyć film "Sami swoi. Początek", a w wakacje wracam na plan "Ojca Mateusza". Będę musiał więc pogodzić obowiązki związane z montażem oraz postprodukcją z graniem w serialu. To na razie tyle. Są na horyzoncie plany bardziej dalekosiężne, ale jeszcze nie na tyle sprecyzowane, by o nich mówić.
Dawno nie mieliśmy okazji zobaczyć pana w dużej roli w filmie. Dlaczego?
- To pytanie nie do mnie. Ja bardzo chętnie bym taką rolę zagrał, ale od jakiegoś czasu takich propozycji nie dostaję. Być może muszę jeszcze trochę poczekać na swój czas. Może na pewne role jestem już za stary, a na inne z kolei za młody.