Zofia Marcinkowska: Zabiła się z poczucia winy

Zofia Marcinkowska w filmie "Lunatycy" /INPLUS /East News

Jej krótkie, niezwykłe życie to świetny materiał na film. Niestety, mimo kilku pogodnych scen byłby to dramat bez happy endu...

Reklama

Wróżono, że będzie jedną z tych największych. Zofia Marcinkowska miała wszystko, by zostać doskonałą aktorką. Urodę - to się bardzo liczy, inteligencję - to ważniejsze, i wrażliwość - a to już tak ważne, że aż niebezpieczne. Bo to właśnie wrażliwość ją zabiła.

Urodziła się 22 października 1940 r. w Wieliczce. Jej pochodzenie było skomplikowane. Pisarzowi i reżyserowi Józefowi Henowi (zagrała u niego swoją ostatnią rolę) opowiedziała kiedyś, że jej rodzice wyparowali. "Wyznała mi, że jest Niemką, dzieckiem porzuconym, zostawionym w Krakowie przez uciekającą po wojnie niemiecką parę" - mówił. Zaadoptować miał ją doktor Włodzimierz Marcinkowski, znany krakowski działacz antyalkoholowy, słynący z propagowania radykalnych metod, od obozów pracy dla uzależnionych po kastrację. Uwielbiał za to chwytliwe rymowanki, jak "Cały rok tylko sok" czy liryczne w swej prostocie slogany typu "Najlepszym winem jest poezja". Zofia przyjęła ostatnią z tych rad połowicznie - studenci szkoły aktorskiej kochali i poezję, i butelkę.

Na srebrnym ekranie debiutowała jeszcze w trakcie nauki. "Lunatycy" w reżyserii Bohdana Poręby byli dla niej przepustką do największej życiowej roli w awangardowym, rozgrywającym się na Ziemiach Odzyskanych "Nikt nie woła" Kazimierza Kutza. Według wielu zbyt awangardowym. O filmie krytycy pisali: "dziwny", "zatruty przez artyzm", ale widowni nie dane było tego zweryfikować.

Reklama

"Włóczono mnie po naradach jak przestępcę i lżono na wiele sposobów. To był pierwszy film, którym zajmowało się Biuro Polityczne PZPR" - mówił Kutz. - Po roku, pokiereszowany, w dwóch kopiach i bez reklamy, wyświetlany był w salach Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i zdejmowany z braku frekwencji". Na 25 lat zakazano wywożenia obrazu z kraju, a ekipie technicznej i aktorom nie wypłacono premii i ostatnich wynagrodzeń. Tylko Marcinkowską jednogłośnie chwalono. Aura sennego erotyzmu, którą wokół siebie roztaczała, robi wrażenie do dziś. Kutz już po sposobie, w jaki młodziutka aktorka podała mu rękę podczas zdjęć próbnych poznał, że to musi być ta. "Była naturalnie piękna, ale na potrzeby filmu dodatkowo wymyśliliśmy ją, wyciągnęliśmy z niej wszystko, co było potrzebne. Wykreowaliśmy ją" - mówił.

Ponoć zupełnie zatraciła się w roli, podczas przerw jakby zapadała w letarg. "Nic do mnie nie mów" - kładła palec na ustach i patrzyła gdzieś w niebo. "Widziałem, że z nią jest coś nie tak: jakby przeżywała na planie prawdziwą miłość. Ale byłem zadowolony. Promieniowała jakąś niezwykłą energią; to mi było potrzebne - dodawał reżyser. - Ten film był dla niej ekwiwalentem pierwszej miłości, której nie przeżyła" - twierdził nawet.

Chyba się mylił. Nie było tajemnicą, że w Marcinkowskiej kochało się pół szkoły aktorskiej, w tym Bohdan Łazuka - on akurat z pewnym sukcesem. "W szkole teatralnej, choć wokół roiło się od pięknych dziewczyn, miałem jedną wielką miłość. To była krakowianka Zofia Marcinkowska, jedna z najpiękniejszych kobiet w polskim kinie - rozpływał się po latach. - Jej uroda była zjawiskowa: oczy jak chabry, nosek delikatny, kilka piegów, wielka kultura osobista, a do tego wszystkiego kształtny i obfity biust". Na planie "Nikt nie woła" do Zofii wzdychał z kolei beznadziejnie operator Antoni Nurzyński. "Rozpił się całkowicie. Leżał w kącie pokoju na podłodze, a dookoła butelki" - raportował Józef Hen.

Marcinkowska wybrała jednak innego amatora alkoholu. Tuż po dyplomie dostała angaż w Starym Teatrze, gdzie poznała charyzmatycznego, 8 lat starszego aktora Zbigniewa Wójcika, wciąż czekającego na swój wielki moment (w "Jak być kochaną" miał zagrać główną rolę, ale zgarnął mu ją sprzed nosa równie nieznośny Cybulski). Na trzeźwo podobno był najcudowniejszy na świecie, ale niestety trzeźwiał coraz rzadziej. "Zosia i Zbyszek byli bardzo kochającą się parą" - twierdził mimo to jej ekranowy partner z "Nikt nie woła" Henryk Boukołowski. Być może nie wiedział o ich związku wszystkiego...

Wieczorem 8 lipca 1963 r. doszło do tragedii. Gdy kompletnie zalany Wójcik od progu rzucił się na żonę z pięściami (podobno nie pierwszy raz), ta zaczęła się bronić. Odepchnęła go, ale tak nieszczęśliwie, że padając uderzył głową o kant kuchennego zlewu. I stracił przytomność. Zofia przekonana, że zabiła ukochanego, napisała kilka słów pożegnania: "Nie potrafię bez niego żyć" - i odkręciła gaz. Miała 23 lata...

Wyniki późniejszej sekcji wykazały jednak, że to ona umarła pierwsza. W płucach Wójcika wykryto trujący gaz, z pewnością więc żył jeszcze, gdy odkręcała kurek. Na ponurą wieść aktorskie środowisko aż zatrzęsło się od plotek. Dramat przeżywała Iga Cembrzyńska, która przyjaźniła się z Marcinkowską. "Strasznie przeżyłam jej śmierć i nie mogłam dojść do siebie przez rok. Cierpiałam, bo była mi bardzo bliska" - mówiła.

Większe zainteresowanie budziły jednak domysły, czy do samobójczego kroku nie przyczynił się aby rzekomy romans aktorki z Kazimierzem Kutzem, zwłaszcza, że twórca sam mówił o sobie, że "lubił dotykać młodych aktorek". "Ale była to 'macanka' służbowa" - dodawał zaraz. - Przez moje ręce przeszło ich wiele, a niektóre wylansowałem ciężką pracą, a nie seksem". W związku ze smutnym losem Marcinkowskiej targały nim wyrzuty sumienia: "Wszedłem w osobowość Zosi zbyt daleko, poza dopuszczalną granicę, i zrozumiałem - też zbyt późno - że mogłem ją nawet okaleczyć. Przeraziłem się władzy reżysera, jego możliwości manipulowania drugim człowiekiem. Do dziś dręczy mnie sumienie, czy nie przyczyniłem się do tej tragedii" - mówił kilka lat temu.

MP

Dowiedz się więcej na temat: Zofia Marcinkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje