Aktorstwo długo było jego planem dodatkowym
Kevin Costner dziś kojarzy się z wielkim kinem, ale start miał kompletnie przyziemny. Zanim zaczął dostawać role, budował dorosłe życie jak większość ludzi, uczył się zawodu, szukał stabilnej pracy i starał się złapać czegoś, co da mu bezpieczeństwo. Aktorstwo długo nie było pewnym planem, tylko kierunkiem, do którego skręcał stopniowo.
Zanim pojawiły się castingi, był kampus. Costner skończył studia na California State University w Fullerton, w obszarze biznesowym (często wskazuje się marketing/finanse). Brzmi nudno? Może, ale ta część historii świetnie tłumaczy, dlaczego w jego filmach jest tyle spokoju i dorosłej energii. On nie wpadł do branży jako cudowne dziecko. Wchodził do niej jako gość, który miał już w głowie zwykłe, praktyczne życie.
W czasie studiów równolegle uczył się aktorstwa na dodatkowych zajęciach. Po obronie dyplomu długo jednak zachowywał się rozsądnie i zaczął pracę zgodnie z wykształceniem. Prawdopodobnie zostałby w tym fachu na stałe, gdyby nie splot okoliczności, który wywrócił jego plany.
Kevin Costner: jedna rozmowa zmieniła wszystko
Miał wtedy 23 lata i wracał z żoną Cindy z podróży poślubnej. W samolocie trafiło mu się miejsce obok Richarda Burtona. Rozmowa zeszła na jego zainteresowanie grą aktorską, a słynny aktor namówił go, by spróbował swoich sił w Hollywood. Costner potraktował to poważnie i zaryzykował wszystko, stawiając na karierę w Fabryce Snów.
Początek okazał się trudny, telefon nie dzwonił, a rachunki trzeba było opłacać. Imał się więc różnych zajęć - pracował m.in. jako kierowca ciężarówki, nurek i przewodnik wycieczek. Pierwsze propozycje aktorskie pojawiły się z nieoczekiwanej strony, bo z branży erotycznej. Z konieczności wystąpił w kilku takich produkcjach, ale szybko się z tego wycofał.

Na prawdziwy przełom musiał czekać kilka lat. W 1983 roku dostał angaż w filmie "Wielki chłód", jednak jego udział niemal zniknął w montażu. Reżyser Lawrence Kasdan zapamiętał go mimo wszystko i wkrótce obsadził w westernie "Silverado". Sukces tego filmu otworzył mu kolejne drzwi - pojawiły się role m.in. w "Nietykalnych", "Bez wyjścia" i "Bykach z Durham". Status gwiazdy przyniósł mu dopiero rok 1990, gdy na ekrany wszedł "Tańczący z wilkami", w którym nie tylko zagrał, ale i go wyreżyserował. Film zebrał lawinę nominacji do Oscara i zakończył się zdobyciem kilku statuetek, a później przyszły kolejne głośne tytuły, takie jak "Robin Hood: Książę złodziei", "JFK" czy "Bodyguard".
Jeśli spojrzeć na późniejsze role Kevina Costnera, łatwo zauważyć, że ma w sobie energię "faceta od roboty". Nawet gdy gra bohatera w garniturze, ma w środku coś bardzo praktycznego: spokój, uporządkowanie, brak panicznych gestów. To nie jest aktor, który musi podkręcać emocje, żeby scena zadziałała.
I być może właśnie dlatego tak dobrze wypada w historiach o odpowiedzialności, zasadach i decyzjach. Jego występ w kilku sezonach "Yellowstone" pozostaje jednym z najlepszych w jego karierze.
Zobacz też: Z tej strony go nie znaliście. Zanim został wielką gwiazdą, dorabiał jako... klaun!









