Reklama

"Transformers: Wiek zagłady": Nowy start

"Jestem jednym z największych entuzjastów Transformersów od czasu, kiedy pojawili się na rynku" - wyznał kilka lat temu Steven Spielberg. Ten współczesny mag kina ową pasję zabawkami, potrafił zamienić w wielką filmową sagę.

Ojciec chrzestny i głupie zabawki

Reklama

Oczywiście Spielberg nie był osamotniony. Od samego początku towarzyszyli mu m.in. Lorenzo di Bonaventura, Tom De Santo, Don Murphy czy Ian Bryce, szare eminencje, których nazwiska nie mówią zwykle nic fanom kina, a to właśnie im zawdzięczają sukces takie hity filmowe, jak: "Red", "Salt", "Szeregowiec Ryan", "Urodzeni mordercy" czy seria "X-Men". Wszyscy oni postanowili zostać "ojcami chrzestnymi" nowo powstającej superprodukcji, jednocześnie świetnie zdając sobie sprawę z tego, że film "Transformers" powinien być rodzajem hołdu dla uwielbianej przez miliony ludzi serii figurek akcji.

Na reżysera wytypowali Michaela Bay'a, który święcił już kasowe triumfy za sprawą m.in. "Bad Boys", "Armageddonu", "Pearl Harbor" czy "Wyspy", ale za nic w świecie nie chciał się podjąć realizacji "głupiego filmu o zabawkach". Artysta zdecydowanie odrzucił ich propozycję wyreżyserowania obrazu. Zmienił jednak zdanie z dwóch powodów. Po pierwsze, przypomniał sobie, że jako młody pracownik Lucasfilm miał równie negatywną opinię o "Poszukiwaczach zaginionej arki", a jak wiadomo, obraz stał się ogromnym hitem. Uznał więc, że i tym razem może się mylić. Po drugie, Bay chciał wreszcie stworzyć film, na który do kina mogłyby chodzić całe rodziny.

Nie bez znaczenia było także to, że bardzo poważnie do projektu podchodził wspomniany Steven Spielberg, który namówił twórcę "Twierdzy" na wizytę w znajdującej się na Rhode Island siedzibie firmy Hasbro - produkującej zabawkowe Transformersy. Tam Bay całkowicie połknął bakcyla i jak twierdzi, zmiana decyzji zajęła mu całe 3 sekundy. Warto nadmienić, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat amerykańskiemu reżyserowi oferowano mnóstwo projektów, opowiadających o super-bohaterach, wszystkie jednak odrzucał z tego samego powodu - oryginalne postaci nie sprawdzały się na ekranie. Dlatego też, kiedy przyjął w końcu propozycję Spielberga i zgodził się na wyreżyserowanie superprodukcji o 20-letniej już linii zabawek - nieśmiertelnej dzięki komiksom, grom czy filmom rysunkowym, zdał sobie sprawę, że będzie musiał stawić czoła olbrzymiej armii fanów zafascynowanych oryginalnymi figurkami.

Bay wiedział też, że wspólnie ze swoją ekipą powinni maksymalnie uwiarygodnić Transformersów. "Moim zadaniem jest pokazanie czegoś na ekranie w sposób tak realistyczny, jak to tylko możliwe" - twierdził wówczas. "Naszym celem było zachowanie ducha Transformersów" - wtórował mu di Bonaventura. - "Nie chcemy rozczarować ludzi, dla których te figurki akcji są bardzo ważne".

Ich wspólne dzieło - które w przyszłości miało się okazać pierwszą częścią niesamowicie popularnego cyklu - opowiadało o wojnie, którą toczą pomiędzy sobą szlachetne Autoboty i bezwzględne Deceptikony. Konflikt pomiędzy tymi inteligentnymi gatunkami robotów narodził się miliony lat temu na ich rodzimej planecie zwanej Cybertronem. Bezwzględna walka i likwidacja wielu spośród nich nie powstrzymała żadnej z nacji od dalszych prób całkowitego unicestwienia przeciwnika.

Tym bardziej, że zwycięstwo może zależeć od przechwycenia tajemniczej Wszechiskry. Ów artefakt odnalazł przed laty pradziadek nastoletniego Sama Witwicky'ego (Shia LaBeouf). Chłopak posiada okulary przodka, na których znajdują się współrzędne poszukiwanego sześcianu, nie ma jednak o tym pojęcia, podobnie jak o grożącym mu niebezpieczeństwie ze strony galaktycznych robotów. Jego myśli zaprząta jedynie piękna Mikaela (Megan Fox) i desperacko stara się zwrócić na siebie jej uwagę. Krokiem do tego celu ma być nowy samochód, który właśnie kupił mu ojciec. Pojazd okazuje się jednak jednym z Autobotów i w ten sposób Sam i Mikaela dostają się w sam środek konfliktu pomiędzy potężnymi maszynami.

Trzeba przyznać, że wszyscy twórcy zaangażowani w powstanie pierwszego obrazu odrobili swoje zadanie. Znakomicie "ożywili" toczące między sobą wojny roboty, a w samym środku jednej z nich umieścili zwyczajnego amerykańskiego nastolatka. Dzięki temu międzyplanetarny konflikt inteligentnych olbrzymów mógł być co jakiś czas rozładowywany jego "przyziemnymi" problemami i śmiesznymi sytuacjami, jakie się w ten sposób rodziły (jak np. konto Sama na eBay'u: "Pies na baby 217").

Narodziny gwiazd(y)

Rewelacyjny okazał się także wybór dwójki młodych gwiazd, które miały wcielić się w główne role. Shia LaBeouf był co prawdą dobrze zapowiadającym się aktorem, ale do czasu "Transformersów" otrzymywał co najwyżej trzeciorzędne role. Tymczasem już od najmłodszych lat fascynowało go aktorstwo, co udowadniał, odgrywając komediowe przedstawienia w różnych miejscach w swojej rodzinnej okolicy. Pewnego dnia zobaczył w serialu "Dr. Quinn" kolegę, z którym dotąd występował, dzięki czemu przekonał się, że z odrobiną szczęścia można przebić się do telewizji czy kina. Przy pomocy mamy znalazł więc agenta, co zaowocowało pierwszą rolą na dużym ekranie.

W 2003 roku LaBeouf zagrał w obrazie "Kto pod kim dołki kopie...", gdzie wcielił się w niesłusznie oskarżonego o kradzież i osadzonego w zakładzie poprawczym nastolatka. Następnie artysta pojawił się w takich kinowych hitach, jak: "Aniołki Charliego: Zawrotna szybkość", "Ja, robot" czy "Constantine". Zagrał też w dwóch bardzo dobrze przyjętych obrazach niezależnych: "Bobby" i "Wszyscy twoi święci". Dużą rolę powierzył mu jednak dopiero D.J. Caruso, u którego wystąpił w "Niepokoju". Później wypatrzyli go twórcy "Tranformersów" i jego kariera rozkwitła. Oprócz udziału w dwóch kontynuacjach popularnej serii, LaBeouf wystąpił też w głównej roli w obrazach: "Eagle Eye", "Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki" czy "Wall Street: Pieniądz nie śpi".

Kariera wcielającej się w Mikaelę Banes Megan Fox może nie jest aż tak imponująca, ale gwiazda aktorskie braki z pewnością nadrabia wyglądem. Fox jest rówieśniczką LaBeoufa i podobnie jak on przygodę z kamerą i sceną rozpoczęła od najmłodszych lat. Małą Megan bardziej niż aktorstwo fascynował jednak początkowo taniec oraz wybieg i to na tym polu odnosiła największe sukcesy. Jej debiutem na dużym ekranie była rola Brianny Wallace w filmie "Mary-Kate i Ashley: Wakacje w słońcu", gdzie wystąpiła u boku tytułowych bliźniaczek Olsen. Następnie zagrała z inną ikoną dziecięcego kina - Lindsay Lohan w obrazie "Wyznania małoletniej gwiazdy".

Fox pojawiła się też w kilku popularnych serialach m.in. "Dwóch i pół" czy "Siostrzyczkach", aż wreszcie nadeszła rola w obrazie Bay'a, która uczyniła z niej gwiazdę. Ktoś zresztą musiał mocno wpłynąć na decyzję reżysera o jej angażu, bo od początku widać było, że nie przepada za młodą gwiazdką. Ta zresztą nie pozostawał mu dłużna. Fox m.in. porównała twórcę "Bad Boys" do Hitlera, dodając, że "nie posiada on żadnych zdolności komunikacyjnych" i jest "beznadziejnie dziwaczny". Sequel "Transformersów" - "Zemstę upadłych" określiła natomiast jako "film, w którym nie ma co grać". "Nie mogę go tak całkowicie zjechać, ponieważ otworzył mi drzwi do kariery. Ale wszyscy doskonale wiedzą, że nie chodzi tu o aktorstwo" - powiedziała.

Oczywiście Bay zareagował, stwierdzając, że aktorka "musi dorosnąć". "Wygaduje takie niedorzeczności, bo ma 23 lata i daleko jej do dojrzałości" - przekonywał reżyser. Na swoją obronę zaznaczył również, że jego filmy często okazywały się kluczowe dla późniejszych gwiazd Hollywood: Nic Cage nie był wielkim aktorem, kiedy u mnie zagrał ("Twierdza"), tak samo Ben Affleck - dopóki nie wystąpił u mnie w "Armageddonie". Shia LaBeouf także nie był gwiazdą przed "Transformersami". Nie wspomnę już Willa Smitha i Martina Lawrence'a ("Bad Boys"). - Przed "Tranformersami" nikt nie wiedział, kto to jest Megan Fox - zakończył reżyser.

Na celebrytkę narzekały też inne osoby, które poznały ją na planie "Transformers". Opisywali oni "trudne doświadczenie pracy z głupią jak gęś Megan Fox" oraz utrzymywali, że przez nią "przeżyli najgorszy okres w swoim życiu obserwując, jak... usiłuje grać". Określili ją też jako "najbardziej niewdzięczną osobę, jaką można sobie wyobrazić". Wiele osób żartuje też, że najlepsza dotąd rola Megan pochodzi z... teledysku do piosenki Eminema i Rihanny "Love the Way You Lie", w którym pojawiła się z Dominikiem Monaghanem.

Nowa Megan Fox

Po tym wszystkim, nie mogło nikogo zdziwić, że w filmie "Transformers 3" miejsce Fox zajęła modelka Rosie Huntington-Whitely, dla której, co ciekawe, był to ekranowy debiut. Czy Michael Bay odkrył kolejną gwiazdę? Niespecjalnie, kariera filmowa 27-latki zawiera jak dotąd... dwie pozycje. Oprócz trzeciej części "Transormersów" znajduje się na niej jeszcze wciąż oczekująca na premierę nowa odsłona serii o Mad Maksie.

Bayowi udało się natomiast coś innego. Podobnie jak dwie pierwsze części, również "Transformersi 3" odnieśli kasowy sukces. Zresztą w przypadku kolejnych obrazów tego reżysera to już standard. Powstałe dotychczas osłony serii o Autobotach i Deceptikonach zarobiły na całym świecie już ponad 2,6 mld dolarów ("jedynka" - 709 mln, "Zemsta upadłych" - 836 mln, "trójka" - 1,123 mln!). A przecież w dorobku reżysera są też wspomniane wcześniej przygodowy sci-fi "Armageddon" czy wojenny "Pearl Harbor"). Należy też pamiętać, że Amerykanin jest zwykle producentem własnych dzieł, dzięki czemu zarabia na nich jeszcze więcej.

Czym Bay zaskoczył w filmie z 2011 roku, wprowadzonym do kin w 3D? Trzecia odsłona jego sagi opowiadała o ostatecznym starciu Autobotów z Deceptikonami. Ma dojść do niego z powodu odnalezienia przez astronautów cybertroniańskiego statku na Księżycu. Z tego powodu w kierunku Ziemi lecą złowrogie oddziały z rodzimej planety inteligentnych robotów, wśród nich zabójczy Shockwave. Optimus Prime razem z Samem Witwicky (LaBeouf) i resztą Autobotów po raz kolejny musi połączyć siły, aby skonfrontować się z najgroźniejszymi stworzeniami we wszechświecie, które przybyły unicestwić Ziemię.

- Trzecia i ostatnia - jeśli ufać producentom (jak się okazuje, nie można im ufać) - część zmagań Autobotów z Decepticonami z ludzkością w tle powtarza sprawdzoną już (przynajmniej przy przeliczaniu zysków) formułę. Można oczywiście zaobserwować spory progres w stosunku do über kuriozalnej ''dwójki'', ale recepta na sukces wydaje się podobna: wypełniony po brzegi sucharami dziurawy scenariusz, łatany lawiną najlepszej jakości FX-ów, pierwszoligowi aktorzy robiący za błaznów na drugim planie i zupełnie zbędna pierwsza godzina projekcji - pisał o "Transformersach 3" nasz recenzent, Jacek Dziduszko.

- Całą historię tym razem spróbowano wpisać w historyczne tło pierwszych lotów w kosmos. Ten kontekst zdaje się być jednak chyba największą bolączką filmu. Najlepiej widać to na tle ''X-Menów: Pierwszej klasy" Matthew Vaughna, którzy raptem miesiąc temu mieli premierę kinową. Podczas gdy Vaughn robi z historii dobry pożytek, bez przeinaczania faktów wpisując walki pierwszych mutantów w tło kryzysu kubańskiego, co nie tylko podnosi atrakcyjność fabuły, ale i pozwala świeżym okiem spojrzeć na sam konflikt sprzed 50 lat, Bay traktuje historię niczym dzieciak kolorowankę, w opowieść o pierwszym lądowaniu człowieka na Księżycu wplątując bezdennie głupie i nie trzymające się kupy pomysły fabularne - dodał.

Co teraz?

Biorąc pod uwagę kinowe zyski poprzedniej części, chyba nikogo specjalnie nie dziwi fakt, że producenci nie dotrzymali słowa i zdecydowali się zrealizować kolejną część "Transformersów". Co więcej, ma ona być początkiem nowej serii!

Zerwanie z przeszłością najlepiej oddaje fakt zakończenia współpracy z LeBeoufem - związanym z cyklem od samego początku - i postawienie na nowych bohaterów. W produkcji o podtytule "Wiek zagłady" wcielają się w nich: Mark Wahlberg, Jack Reynor, Stanley Tucci i kolejna "nowa Megan Fox" - znana z serialu "Bates Motel" Nicola Peltz.

Szczegóły fabuły "Transformersów 4" trzymane są w tajemnicy. Znany jest jedynie jej zarys. Ludzie myśleli, że dadzą sobie radę sami. Że Transformery nie są już potrzebne. To był błąd. Tylko z pomocą Transformerów mamy szansę pokonać nowego przeciwnika - groźniejszego, potężniejszego i bardziej niebezpiecznego niż wszystko, z czym dotąd mieliśmy do czynienia. Potrzebne są nowe metody i nowa ekipa - tak zapowiada film polski dystrybutor.

Wiadomo też, że producenci liczą na pobicie rekordu wpływów poprzedniej części, a co za tym idzie "Wiek zagłady" z pewnością pełen jest zapierających dech w piersiach scen, oszałamiających wybuchów i niesłychanego rozmachu - biegający w trailerze transformers-dinozaur jest chyba tego najlepszym przykładem. Ciekawe tylko, czy pracując nad spektakularnymi efektami specjalnymi twórcy, w tym Michael Bay, nie zapomnieli po raz kolejny o... fabule?

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Transformers: Wiek zagłady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje