"Tamte dni, tamte noce": Więcej niż wakacyjny romans

"Tamte dni, tamte noce" można już oglądać na ekranach polskich kin /UIP /materiały dystrybutora

Od piątku, 26 stycznia, na ekranach polskich kin można oglądać nowy film Luki Guadagnino "Tamte dni, tamte, noce". Produkcja, będąca zamknięciem reżyserskiej "trylogii pożądania", ma szanse na cztery Oscary

Reklama

Nowy film Luki Guadagnino ("Nienasyceni", "Jestem miłością") to sensualna opowieść o porywach pierwszej miłości. Północne Włochy, lato 1983 roku. Elio Perlman, błyskotliwy siedemnastolatek o amerykańsko-włoskim pochodzeniu, spędza wakacje w XVII-wiecznej willi, komponując i grając muzykę klasyczną, czytając i flirtując ze swą przyjaciółką - Marzią.

Cieszy go każda chwila spędzona w willi, zwłaszcza że za kompana ma swego ojca, szanowanego profesora specjalizującego się w greko-romańskiej kulturze, oraz matkę Annellę, tłumaczkę, która uczy chłopaka rozkoszować się kulturą i przyrodą Włoch.

Reklama

Obycie i wykształcenie oraz talent Elia sprawiają wrażenie, że mamy do czynienia z dorosłym, w pełni ukształtowanym mężczyzną, a jednak wielu rzeczy musi się jeszcze nauczyć - zwłaszcza w obcej mu dotąd dziedzinie - miłości. Pewnego dnia do willi przybywa Oliver, młody amerykański stypendysta, pracujący z ojcem Elia nad swym doktoratem.

W porażająco pięknych krajobrazach spalonej słońcem Italii Elio i Oliver odkrywają odurzającą siłę wzajemnego przyciągania. To lato zapamiętają na zawsze.

- Nie chciałbym, aby ten film był postrzegany jako hiperintelektualne kino, ale jako pełna czułości love story, jako pudełko pełne pralin - tłumaczy reżyser Luca Guadagnino.

Scenariusz filmu oparty jest na uznanej przez krytyków i publiczność powieści André Acimana. - Pisałem tę powieść szybciej niż potrafię to opisać. Właściwie pisała się sama. Czułem się jak zakochany, jakbym właśnie się zakochał. Proces pisania zabrał mnie w miejsca, w które normalnie nie odważyłbym się wejść. Są tam takie momenty, w których myślałem "Nie wierzę, że to napisałem". Ale napisałem! Jakby ktoś mi tę historię dyktował, jakby dyktowała się sama - wspomina Aciman.

Kiedy książka ukazała się na ryku (2007), z miejsca okrzyknięto ją mianem "współczesnej klasyki" w dziedzinie książek opowiadających o pierwszej miłości. Chwalono wyraziste opisy scen erotycznych ("New York Times" napisał wprost - "Ta powieść jest hot" i nadał jej tytuł "Książki roku") oraz głęboko emocjonalny wpływ na czytelnika

Książka z miejsca stała się dziełem kultowym wśród społeczności LGBT, ale tak naprawdę przedstawia doświadczenie pierwszej miłości niezależnie od orientacji seksualnej. - Właściwie każdy, kto przeczyta tę książkę, rozpoznaje w niej siebie. Jest w niej podniecenie i przerażenie pierwszą miłością. Miłość i ból. A więc coś, co jest zupełnie niezależne od seksualności - opowiada producent Peter Spears.

W 2014 roku do współpracy nad filmem przystąpił legendarny pisarz/reżyser James Ivory ("Powrót do Howards End", "Pokój z widokiem", "Jefferson w Paryżu"), który zgodził się napisać scenariusz.

Podstawowym problemem była... pora roku. Filmowcy wiedzieli, że historia musi toczyć się w konkretnym momencie włoskiego lata. - Każdego roku jest tylko jeden taki moment lata, w którym mogliśmy to nakręcić. Gdybyśmy go przegapili, musielibyśmy czekać kolejny rok - opowiada Peter Spears.

Guadagnino przeniósł lokację z Ligurii na Włoskiej Riwierze do miasteczka Crema w Lombardii, gdzie zresztą sam mieszka. Wiedział, że intymność tego zakątka jest esencją życia, jakie wiedzie rodzina Perlmanów. Intelektualistów, wprowadzających swego syna w życie literackie, muzyczne i arkana sztuki wysokiej. - Perlmanowie naprawdę potrafią docenić urok wiejskiego życia, tę nieuchwytność wtopienia się w naturę - opowiada Guadagnino - Są jak krajobraz, jak drzewa, jak trawa, jak płynąca woda. Są częścią świata, takiego świata. W niemal naturalny sposób szanują i doświadczają tradycji oraz cyklu zmieniających się pór roku

Kiedy już wszystko było gotowe, do Cremy ściągnęli aktorzy i ekipa. Najwcześniej, bo aż pięć tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć, na miejscu zjawił się Timothée Chalamet, wcielający się w postać Elia. - Każdego dnia przez półtorej godziny uczyłem się włoskiego, tyle samo spędzałem na zajęciach z gry na pianinie, a potem na gitarze, następnie musiałem przygotować moje ciało na siłowni - śmieje się aktor.

Warto jednak wspomnieć, że Chalamet uczył się gry na pianinie przez sześć lat, na gitarze przez rok. A jednak, by pokazać wirtuozerię gry młodego Elia, pobierał lekcje u kremońskiego kompozytora Roberto Solciego. Co ciekawe, amerykański aktor spędzał wakacje u swej babci we francuskim Le Chabron-sur-Lignon, miał więc pojęcie o europejskim krajobrazie i panującej tu atmosferze. Wiedział jednak, że wykreowanie przestrzeni włoskiej prowincji lat osiemdziesiątych będzie wyzwaniem.

Niedługo później do miasta przyjechał Armie Hammer, wcielający się w postać Olivera, młodego stypendysty, który zjawia się w domu Perlmanów. - Usłyszałem, że ktoś gra na pianinie. Och, to Timmy, natychmiast muszę go poznać - pomyślałem - wspomina aktor. Na planie i poza nim stali się nierozłączni. - Jeździliśmy na rowerach, słuchaliśmy muzyki, gadaliśmy, wyskakiwaliśmy coś zjeść, byliśmy w wielu tych miejscach, które zobaczymy w kinie - opowiada Hammer. Tak tworzyła się intymność między bohaterami filmu. Większość scen w filmie to czas, w którym Oliver i Elio poznają się, nie ma tam nawet mowy o jakiejkolwiek fizyczności. - Lubię, kiedy coś płonie powoli - opowiada Guadagnino - To uniwersalna gra w kotka i myszkę, w przyciąganie się i odpychanie między ludźmi zafascynowanymi sobą, ale nie mającymi pewności, czującymi lęk. Boją się zarazem, że intymny charakter ich relacji mógłby nie spodobać się innym.

Peter Spears: - To amerykańska tendencja, by przeć do przodu, dotyczy to tak kina, jak telewizji. Ale Luca wszystko spowalnia, pozwala toczyć się akcji w naturalnym tempie, dzięki czemu możemy poczuć zapach, usłyszeć dźwięk, odczuć dotyk, a nawet smak. Kiedy naprawdę uda ci się tego doświadczyć, czujesz zaangażowanie i - co jeszcze ważniejsze - film nie może wyjść ci z głowy.

Jednym z przykładów poetyckiego podejścia Guadagnino jest piękna scena, w której Elio i Oliver zatrzymują się, schodzą z rowerów, by zaczerpnąć wody. Nie ma w tej scenie oczywistej narracji i właściwie może wydarzyć się wszystko, ponieważ jest niewinna. - To najpiękniejsza scena tego filmu - opowiada Walter Fasano, montażysta, wieloletni przyjaciel Guadagnino. - Przede wszystkim dlatego, że przypomina leniwe dni prowadzone kamerą Bertolucciego. Oczywiście, przy tego typu scenach trzeba bardzo uważać, by nie przedobrzyć, ale zarazem trzeba się spieszyć, by czegoś nie przegapić - mówi o pracy nad sceną montażysta.

Guadagnino postrzega "Tamte dni, tamte noce" jako ostatnią, zamykającą część trylogii ("Jestem miłością", "Nienasyceni"). - Łączy je pożądanie. Bez względu na to, czy to ty pożądasz, czy jesteś obiektem pożądania i zdajesz sobie z tego sprawę. Elio jest świadomy, że jest w nim coś, o czym dotąd nie wiedział, boi się, ale także chce za tym podążać - opowiada reżyser.

- Ten film pokazuje piękno wiedzy na temat tego, jak się zmieniasz pod wpływem pozytywnych uczuć - mówi Guadagniono. - To nawet nie tak, że Elio odkrywa szczęście, bo jest w nim mnóstwo lęku, mnóstwo bólu - wyznaje Chalamet - Ale staje się mądrzejszy, to doświadczenie go zmienia.

- Ich spotkanie, to, co ich połączy, zmieni ich życie, nada mu inny koloryt, już na zawsze - opowiada Peter Spears - Może dlatego ta historia rozbrzmiewa głębszymi tonami. To coś znacznie głębszego niż wakacyjny romans, obaj mężczyźni są przesiąknięci tym, co się wydarzyło. Pamięć o sobie nawzajem cały czas rezonuje, prześladuje ich.

Każdy z trzech filmów, o których wspominał Guadagnino, przedstawia historie osadzone we wcześniejszym czasie. - Nigdy nie robię filmów historycznych, ale lubię ideę dystansu. Czas pozwala nam spojrzeć na wszystko z innej perspektywy.

- W tym przypadku historia dzieje się w latach osiemdziesiątych, we Włoszech, skąd mam wciąż powracające wspomnienia - wyznaje Aciman - Dzięki temu jest w tym obrazie pewna "elegijność", opowiadamy o czymś, co się wydarzyło i prawdopodobnie nie wydarzy się nigdy więcej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje