Reklama

Reklama

Roman Wilhelmi: Ciężar uprawiania aktorstwa

"Role teatralne pamiętam lata całe, filmowych wcale, z telewizyjnych - scenki" - mówił w 1984 roku jeden z najwybitniejszych polskich aktorów Roman Wilhelmi. Ironia losu, że największą popularność przyniosły mu właśnie serialowe kreacje?

Roman Wilhelmi w filmie Janusza Morgensterna "Mniejsze niebo"

Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o Romanie Wilhelmim? Chyba za sprawą roli czołgisty Olgierda Jarosza w serialu "Czterej pancerni i pies" Konrada Nałęckiego. Brat aktora, Adam, przyznał jednak, że aktor nigdy nie przepadał za tą rolą.

"Nie lubił tego serialu, nie chciał 'zaszufladkowania'. Pamiętam, że często zastanawiał się, dlaczego zdecydował się na rolę w tym filmie. Był szczęśliwy, gdy jego produkcja się skończyła" - przyznał Adam Wilhelmi.

Wśród najwybitniejszych kreacji filmowych i teatralnych Wilhelmiego wymieniane są m.in. rola McMurphy'ego w spektaklu "Lot nad kukułczym gniazdem" w reż. Zygmunta Hubnera, Dyzmy w serialu "Kariera Nikodema Dyzmy" w reż. Jana Rybkowskiego, Stanisława Anioła w serialu "Alternatywy 4" w reż. Stanisława Barei oraz Fryderyka Haendla w spektaklu Teatru Telewizji "Kolacja na cztery ręce" Paula Barza w reż. Kazimierza Kutza.

Reklama

Utarło się, że w kinie stał się ucieleśnieniem męskiego brutala. Wilhelmi inaczej widział jednak swoich bohaterów.

"Na siedem, czy osiem dużych ról w filmie, pięć to byli (...) mężczyźni z kompleksami. Przypomnę 'Ćmę', 'Wojnę światów'. A nawet jeśli pomyślimy o postaciach słodkich brutali, to oni też mieli kompleksy. (...) Poza tym to szalenie nie interesujące grać anioły. Ciekawsze są postacie takie jak Dyzma, można przecież zapytać, dlaczego ci ludzie są tacy, a nie inni - przecież coś nimi powoduje? Film Borowczyka [ekranizacja skandalizującej powieści Żeromskiego "Dzieje grzechu" - red.] wyłączyłbym z tych rozważań, a to dlatego, że postać Pochronia tam zagrana niesłychanie mnie bawiła. Można było go zagrać tak, jak kiedyś go grywano - jako potwora, ale to przecież byłoby fatalne" - mówił Ewie Moskalównej w rozmowie dla "Głosu Wybrzeża" w 1984 roku.

We wcześniejszym wywiadzie dla "Walki młodych" tłumaczył zaś: "W tym zawodzie chodzi o to, ażeby nie tworzyć jednolitych, prostolinijnych sylwetek. Aktor grając postaci jednoznaczne przestaje interesować widownię.(...) dramat leży tak blisko komedii, że wystarczy dać jeden krok, ale też trzeba być w miarę elastycznym, ażeby się nie poślizgnąć".

Niespomplikowany, prosty, szczery gość

W tym samym roku, w którym na ekrany trafiły "Dzieje grzechu", w kinach oglądać można było również "Zabójcze rewiry" - ekranizację powieści Henryka Worcella w reżyserii Janusza Majewskiego.

W filmie Wilhelmi gra brutalnego kelnera Fornalskiego w przedwojennej restauracji. To wielka rola; jedna z tych, gdy w postaci negatywnej odkrywamy niespodziewanie czysty tragizm. Pod powłoką agresji, szykan i intryg Fornalskiego wobec młodszych kelnerów kryje się całe morze goryczy - jemu też ktoś kiedyś wymierzył gorzką lekcję. W ostatniej scenie filmu bohater zostaje sam, a my patrzymy na niego ze współczuciem.

"Roman Wilhelmi był typowym kumplem, takim do bitki i do wypitki - nieskomplikowany, prosty, szczery gość. Posługiwał się z wielkim wdziękiem językiem knajackim, lekko parodiując akcent warszawski i zachowując się na co dzień trochę tak, jak jego najbardziej znane wcielenie, Nikodem Dyzma. Miał cudowne powiedzonka ('Całuję Cię w serducho!' - mawiał na zakończenie rozmowy telefonicznej), wszyscy darzyli go sympatią i cenili za solidną sztukę aktorską, gdzie najsilniejszą jego stroną było obdarzanie wszystkich ról, wszystkich działań prawdą. Cokolwiek zrobił, było prawdziwe. I to wypływało z niego samo, jakby bez udziału świadomości, jeśli natomiast zaczął poddawać coś jakiejś konwencji, męczył się i prawie nic z tego nie wychodziło" - Janusz Majewski wspominał Wilhelmiego w swym filmowym pamiętniku "Ostatni klaps".

Reżyser "Zaklętych rewirów" nie miał wątpliwości, że Wilhelmi był też "rasowym aktorem filmowym".

"Był dość niezręczny w posługiwaniu się rekwizytami, wykonanie prostej czynności na zbliżeniu, jak postawienie szklanki w określonym miejscu, podpisanie się, podniesienie słuchawki telefonicznej, sprawiało mu trudności często dochodzące do kosmicznego pułapu tragikomedii - przedmioty wypadały mu z roztrzęsionych rąk, woda się wylewała, krawat wpadał mu do zupy. Za to świetnie panował nad mimiką twarzy, miał wyczucie wielkości planu - inaczej grał w zbliżeniu, inaczej w planie ogólnym, w tym był rasowym aktorem filmowym, mimo że jak prawie wszystkich aktorów w Polsce wychował go teatr.. To samo wyczucie miał przed kamerami TV" - tak Majewski opisał aktorskie rzemiosło Wilhelmiego.

"W aktorstwie się pogrążam..."

Podobny ładunek napięć, co kreacja w "Zaklętych rewirach", niesie w sobie rola Jana w "Ćmie" Tomasza Zygadły. Wilhelmi musiał zresztą prosić o nią reżysera, który początkowo myślał raczej o Jerzym Treli. Jan, dziennikarz nocnej audycji radiowej, prowadzi na żywo program dla bezsennych słuchaczy. Jak ćmy ściągają do niego ludzie samotni, zrozpaczeni, na granicy samobójstwa. Każdy kolejny telefon to wezwanie do walki o czyjeś życie. On sam też żyje tylko nocą - w dzień opada z sił; wszystko mu się wymyka.

Wilhelmi zagrał Jana całym sobą; z niesamowitą intensywnością. Oglądając film, ulegamy iluzji, że tam w kadrze męczy się i miota prawdziwy człowiek. Może to po części dlatego, że uprawiał swój zawód tak samo fanatycznie, jak jego bohater prowadzi nocne rozmowy ze słuchaczami? Mówił: "W aktorstwie się pogrążam, aktorstwu oddaję się całkowicie i zupełnie, bo ten zawód jest dla mnie wszystkim. Ludzie nie zdają sobie sprawy z ciężaru uprawiania aktorstwa".

Brat Wilhelmiego wspominał zaś, że "Roman w pracy był perfekcjonistą".

"Przygotowując się do roli potrafił zadzwonić do reżysera w środku nocy, by wypytać go o jakieś kolejne szczegóły. On wchodził do każdej roli całym sobą. Nie był lubiany wśród kolegów, aktorów. Ale to dlatego, że był konkretny: dawał z siebie wszystko i od innych wymagał tego samego" - wyjaśnił Adam Wilhelmi.

W innym filmie Zygadły - "Odwecie" - nad głowami bohaterów wisi plakat z "Ćmy". 8 lat przed śmiercią Wilhelmi stworzył tu postać człowieka rozliczającego się ze swoim życiem. Na taki bilans w jego przypadku było wciąż za wcześnie - jeszcze nie zagrał swoich największych ról; nie znalazł bohatera, w którym zmieściłby się cały - ze swoim talentem, niepokojem, całą złożoną osobowością. "Nigdy nie byłem aktorem łatwym. Mam w sobie coś kontrowersyjnego, coś niegładkiego" - mówił.

"Wybierałem drogę trudniejszą"

W 1980 roku - tym samym, w którym stworzył wybitną kreację w "Ćmie" - Wilhelmi zagrał też główną rolę w filmie Janusza Morgensterna "Mniejsze niebo".

Była to historia dojrzałego mężczyzny, który porzuca swoje na pozór bardzo udane życie i szuka nowej drogi, równie dobrze bowiem jak przed 30 laty mogłaby się zdarzyć i dzisiaj. Słowa Artura - "muszę swojemu życiu nadać nowy sens" - tak samo przekonująco zabrzmiałyby w ustach współczesnego 40-latka, który właśnie uświadomił sobie, że to, co uchodzi za życiowy sukces - kariera naukowa, mieszkanie, piękna żona, udane dzieci - przestaje mu wystarczać. Wie, że tego już nie chce, ale jeszcze nie wie, czego chce naprawdę, stąd pomysł, by zamieszkać na dworcu. Ta przerwa w podróży ma mu pomóc wybrać nowy kierunek, tyle że ludzie, zarówno bliscy jak i obcy, nie mogą zrozumieć, dlaczego porzucił poprzedni...

Jednym z atutów "Mniejszego nieba" była zaskakująca na tle wcześniejszych ról kreacja Romana Wilhelmiego. Janusz Morgenstern od dawna uważał, że potencjał aktora jest niewykorzystany, bo granie różnego typu życiowych cwaniaków nie pokazuje skali jego talentu. Wilhelmi czytał scenariusz podczas zimowych wakacji, siedząc w odciętej od świata górskiej miejscowości. Gdy skończył, nie wytrzymał i w środku nocy dotarł do najbliższego telefonu, by powiedzieć reżyserowi, że go uszczęśliwił, bo długo czekał na taką szansę.

Tym, co wyróżnia świadomego aktora, było według Wilhelmiego "postanowienie, żeby nie grać wszystkiego".

"Mógłbym (...) zagrać przechodnia pierwszego, barmana, wskoczyć jak dróżnik, mignąć jako leśniczy (w filmach o zupełnie czym innym), tak się przecież robi... Ale wtedy mój ekranowy wizerunek nie byłby tak wyraźny. Wybierałem drogę trudniejszą - albo grać to, co mnie interesuje, albo wcale. Trzeba tu bardzo silnej woli i konsekwencji. Na coś się trzeba w życiu zdecydować. Grać we wszystkim, brać udział, być stale obecnym. Albo - za cenę także m. in. mniejszych pieniędzy, wybrać tylko to, w czym można uczestniczyć od początku do końca. Pierwsza wymieniona przeze mnie możliwość - (brak wyobraźni), to - powiedzmy - jak romans z przypadkową kobietą, po którym pozostaje niesmak i... nie bardzo wiadomo, kto to był" - obrazowo wyjaśnił Ewie Moskalównej swe artystyczne credo.

Aktorstwo jest matematyką

Przez blisko 30 lat pracował w Teatrze Ateneum. Do 1986 roku wziął tam udział w przeszło 50 spektaklach. Następnie przeniósł się do warszawskiego Teatru Nowego, z którym pozostał związany aż do śmierci.

Ostatnią premierą teatralną Wilhelmiego był "Mały światek Sammy Lee" Kena Hughesa w 1991 roku w poznańskiej Scenie na Piętrze. Aktor zmarł 3 listopada 1991 roku w Warszawie, na raka wątroby. Pochowany jest na warszawskim Cmentarzu Wilanowskim.

"W tym zawodzie najbardziej cenię precyzję. Nie znoszę, kiedy ktoś zmienia scenę zaskakując partnera i sam nigdy tego nie robię. Aktorstwo jest dla mnie matematyką. Muszę doskonale wszystko wiedzieć. A potem, w ramach tych warunków - robimy co możemy. Nie wierzę w aktorstwo teatralne różne różnych wieczorów. Z nieufnością słucham opinii typu 'on był wczoraj znakomity', bo nie wierzę, żeby mogły być tak znaczne różnice. Jeśli jest rola przygotowana dobrze, można być bardzo dobrym lub porywającym, ale nie jednego dnia znakomitym, a drugiego fatalnym. Takie przeskoki mają tylko amatorzy. Po to ma się dyplom, żeby uniknąć improwizacji. To jest zawód i trzeba po prostu umieć go wykonywać" - tłumaczył w wywiadzie dla "Głosu Wybrzeża".

Kiedy dziennikarka zapytała go na koniec rozmowy o ulubionego aktora, Wilhelmi przekornie uchylił się od odpowiedzi.

"Rozmowa była bardzo serio. Wypada zakończyć ją żartem. Na podobne pytanie - o najlepszego aktora na świecie - pewien aktor amerykański miał odpowiedzieć: 'Jest nas kilku'. Ja powiem, że jest kilku aktorów... na których się uczę" - zakończył Wilhelmi.

Choroba zaatakowała aktora nagle. To był rak wątroby z przerzutami do płuc. Wilhelmi zmarł 3 listopada 1991 roku w wieku 55 lat. Wciąż go brakuje, dzisiaj takich aktorów już nie ma.

"Kiedy byłem u Romka w szpitalu na trzy dni przed jego śmiercią, nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Pamiętam, że dzwonił do Francji, by załatwić sobie angaż. Chciał osiąść w Paryżu - to były takie czasy, byli tam już i Pszoniak, i Seweryn. W kalendarzu wciąż notował daty spotkań" - mówił brat aktora w wywiadzie dla "Super Expressu".

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Roman Wilhemi

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje