Reklama

Pedro Almodovar: Kim jest ten samotny starzec?

"Nie mogę dłużej skrywać się za postacią Salvadora Mallo" - przyznał w jednym z wywiadów Pedro Almodovar. Choć twierdzi, że jego najnowszy film "Ból i blask" to fikcja, zdaje się być jednym z najbardziej osobistych obrazów.

Pedro Almodovar podczas londyńskiej premiery jego najnowszego filmu

Salvador Mallo, postać grana przez Antonio Banderasa w filmie "Ból i blask" to fikcja. Choć zdjęcia realizowane były w mieszkaniu reżysera, Banderas ma na sobie elementy jego garderoby, a życie Mallo w dużej mierze koresponduje z jego własnym, Pedro Almodovar przyznaje, że "próbuje się przekonać, że mówi o postaci".

Reklama

"Ale w głębi duszy wiem, że mówię o sobie. Nie mogę dłużej chować się za Salvadorem Mallo" - zdradził w rozmowie z "The Guardian". "Ból i blask" to kilka dni z życia wybitnego reżysera - jego namiętności, zwątpienia i tajemnic. Bez upiększeń, tylko szczerość i prawda. Podróż do przeszłości i wspomnień oraz doświadczeń daje mu siłę na mierzenie się z teraźniejszością.

"Jestem niezwykle dumny z tego filmu" - mówi Almodovar w wywiadzie, a potem spieszy z wyjaśnieniem, że wszystkie jego filmy mają wady, ale niektóre mają po prostu mniej niedoskonałości niż inne. "Więc może powinienem powiedzieć, że jestem niezwykle dumny z niektórych scen tego filmu" - dodaje.

Bez filmów życie Mallo nie ma ani sensu, ani znaczenia, sam Almodovar myśli podobnie. "Polegam na tym, to uzależnienie, potrzeba opowiadania historii. Myślę, że mój związek z kinem, filmami stał się coraz bardziej napięty, zawsze pojawia się to pytanie: kiedy skończy się mój czas? Czy to będzie ostatni film, który nakręcę?" - przyznaje w wywiadzie reżyser.

"Dotarłem, więc do punktu, w którym film jest jedyną rzeczą, która sprawia, że czuję się spełniony. Kino jest jedyną rzeczą, którą mam. Skończyło się na tym, że jest dla mnie zarówno celem, jak i środkiem" - dodał.

Przyznał również, że przyzwyczaił się do tego, że nie potrzebuje ludzi. "Pozwalałem im odejść, sam ich odsuwałem. Zapewne mógłbym odbudować te relacje, ale potrzebuję powodu" - zauważa. Co oznacza, że jego styl życia i postawa czynią go kompletnym, jako artystę, ale czy jako człowieka?

W rozmowie sam reżyser, podobnie jak bohater jego filmu, udaje się w sentymentalną podróż. "Urodziłem się w 1949 roku, La Mancha była niezwykle konserwatywna, wręcz zacofana. Moi rodzice żyli w XIX wieku, urodzili syna, który był jak XXI wiek. Zatem pojawiła się ogromna przepaść między ich oczekiwaniami i moimi. Chcieli, żebym został na wsi, ożenił się, znalazł pracę w banku. Właściwie to mi ją znaleźli. Nienawidziłem tego wiejskiego życia, przerażało mnie, nawet, gdy byłem mały. Jedyną rzeczą, która się liczyła, to to, co robią sąsiedzi i co myślą o tobie. Dla mnie to było piekło. Pragnąłem się wydostać i uciec" - wspomniał.

Czy dziś jest bardziej szczęśliwy niż w ciasnej, zaściankowej La Manchy? "Gdybym mógł spojrzeć w przyszłość i zobaczyć siebie teraz, nie sądzę, aby mój pogląd na siebie był pozytywny. Nie podoba mi się to, w co się zmieniłem. Spojrzałbym i pomyślałbym: 'Kim jest ten samotny starzec?'" - zdradza.

PAP life

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Pedro Almodovar

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje